A co jeśli COŚ się stanie??? – o bezpieczeństwie porodów domowych

Dzisiaj mam zamiar rozprawić się z najczęściej pojawiającymi się argumentami przeciwko porodom w domu. Szykujcie się na ogromną ilość danych, statystyk, tabelek i… krzywą Gaussa.

Nikt dziś nie rodzi w domu, od tego są szpitale

Zacznijmy od takiego prostego stwierdzenia – to, że coś jest dziwne w Polsce nie oznacza, że jest dziwne w ogóle. W naszym kraju porody domowe są uznawane za hipisowską fanaberię[1] i oznakę nierównoważenia psychicznego lub skrajnej nieodpowiedzialności. Jest to uwarunkowane historycznie. W latach 50-tych XX wieku w Polsce prawnie zabroniono przyjmowania porodów w domu[2]. Co więcej, jeśli kobieta urodziła poza szpitalem, to razem z dzieckiem miała być obowiązkowo przetransportowana do szpitala. Uważano to za przejaw nowoczesności i dbanie o zdrowie i życie kobiet i noworodków[3].

Oficjalnie, poród domowy jest legalny w Polsce dopiero od siódmego kwietnia 2011 roku [edytowano 19.10.2018. – na grupie fb poród domowy zostałała mi zwrócona uwaga, że to nie jest prawda i porody domowe były legalne wcześniej, na pewno w latach ’90-tych były już legalne. Starałam się znaleźć jakieś informacje na ten temat, ale mi się nie udało. Zostawiam więc tekst tak, jak był, a jeśli uda mi się znaleźć jakieś rzetelne informacje, to edytuję wpis jeszcze raz] czyli od momentu wejścia w życie rozporządzenia Ministra Zdrowia o tak zwanym standardzie opieki okołoporodowej (SOO). Znajduje się tam zapis, że kobieta ma prawo wyboru miejsca porodu i może to być jej dom. Wynika z tego, że mieliśmy ponad 60 lat, gdy w Polsce porody odbywały się tylko w szpitalach. Czyli wyrosło kilka pokoleń, dla których niepodważalną zasadą i oczywistością jest to, że kobieta ma rodzić dziecko w szpitalu. Dlatego też, gdy ktoś słyszy o porodzie domowym pierwszy raz, to wydaje mu się to tak samo abstrakcyjnym pomysłem jak operacja wycinania wyrostka robaczkowego w domu.

Dzisiaj żadnych obrazków – tylko statystyki, tabelki i cytaty. Ta tabelka pochodzi z rocznika statystycznego GUS 2016.

W Polsce w 2015 roku urodziło się 370 706 dzieci (urodzenia żywe)[4]. Z czego porodów poza szpitalem było 680, czyli 1,8 promila (i to tylko, jeśli założymy, że wszystkie te porody były planowanym porodami domowymi, a nie sytuacjami „nie zdążyliśmy do szpitala”[5]). Więc tak, w Polsce poród w domu jest szaloną ekstrawagancją, ale Polska to nie cały świat. Istnieją wysokorozwinięte kraje[6], gdzie poród domowy jest, jeżeli nawet nie standardem, to jedną z równoważnych opcji branych pod uwagę przez ciężarne. Przoduje Holandia[7], gdzie porody domowe stanowią około 30 procent wszystkich narodzin. Poród w domu jest też popularną opcją w: Wielkiej Brytanii, Niemczech, Austrii, Nowej Zelandii i Kanadzie (prowincja Ontario – 20% porodów). Jak widzicie, to nie tylko hipisi i oszołomy mają takie pomysły.

Jak już argument „ale tak się nie robi” mamy już za sobą, to teraz przejdźmy do najważniejszego argumentu przeciw porodom domowym:

A co, jeśli COŚ się stanie???

Zanim zaczęłam pisać ten wpis, to przeszperałam internet w poszukiwaniu informacji o porodach w domu i wszelkich komentarzy, które ludzie pisali pod artykułami na ten temat. I wyszło mi, że w przytłaczającej większości ludzie się oburzają, ponieważ nie mają żadnej wiedzy na temat tego, jak taki poród się planuje i jak on przebiega. W wyobraźni ludzi pojawiają się obrazy w stylu „jesień średniowiecza” – kobieta wyjąca w zakrwawionym łożu i babcia-szeptucha okadzająca ją ziołami i śpiewająca rytualne pieśni. To może zacznijmy od urealnienia tego obrazu.

Jak wygląda przygotowanie do porodu domowego.

Poród domowy jest prowadzony przez wykwalifikowaną położną (a najczęściej dwie położne). Zanim położna zgodzi się na prowadzenie porodu domowego, to ciężarna musi przejść kwalifikację. A wymagania są wysokie. Wszystkie ciążowe wyniki muszą być prawidłowe. Płód musi być także zdrowy. Jest prowadzony szczegółowy wywiad dotyczący zdrowia matki zarówno w trakcie ciąży, jak i wszystkich możliwych wcześniejszych obciążeń. Ciąża musi być uznana za w pełni fizjologiczną. Dodatkowo, położna musi być przekonana, że zarówno rodząca, jak i osoby, które planują być obecne podczas porodu, też są przekonane do porodu w domu (moja położna przy pierwszym spotkaniu powiedziała, że jak mąż „jest na nie”, to ona się nie podejmuje).

Przebieg porodu domowego.

Rodzącej towarzyszą najczęściej dwie położne, które nie mają żadnych innych obowiązków w tym samym czasie – nie mają innych rodzących, nie mają papierów do wypełnienia (W którym szpitalu kobiety mają na wyłączność dwie położne?). Położna to nie jest babcia-szeptucha, tylko osoba z wykształceniem medycznym (co najmniej 3-letnie studia) i według polskiego prawa może samodzielnie prowadzić i przyjąć fizjologiczny poród[8]. Położna przywozi ze sobą w torbie „mini-salę porodową” – może podłączyć kroplówkę, dać zastrzyk, naciąć krocze czy zszyć krocze. Ma też sprzęt do badania tętna płodu i resuscytacji noworodka.

Nie znam autora tego zdjęcia, ale ze względu na jego edukacyjny charakter zakładam, że autor nie poczułby się urażony, że z niego skorzystałam.

W razie jakichkolwiek komplikacji położna zarządza transfer do szpitala. Komplikacje w porodzie naturalnym nie pojawiają się nagle i znikąd. Najczęściej pewne symptomy można zauważyć wcześniej, jeżeli położna jest uważna i doświadczona (W szpitalach czasami ulegają przeoczeniu, ponieważ położna lub lekarz ma więcej niż jedną rodzącą pod opieką.). „Transfer do szpitala” nie oznacza dzikiego rajdu przez miasto z wykrwawiającą się rodzącą na tylnym siedzeniu, czy panicznego wzywania karetki. Najczęściej jest to spokojna decyzja „ok, no to jedziemy”. Poród po transferze do szpitala i tak najczęściej kończy się naturalnie (a nie cesarskim cięciem)[9].

Ze statystyk fundacji Dobrze Urodzeni. Ogólna liczba porodów – 630.

W szpitalu jest bezpiecznie, a w domu, jak się COŚ stanie, to co zrobicie?

Szpital nie jest super-bezpiecznym miejscem. – Istnieją zagrożenia związane stricte z porodem w szpitalu, których nie uświadczy się podczas porodu w domu.

– Ludziom, którzy niewiele wiedzą o porodach domowych może się wydawać, że szpital jest bardzo bezpiecznym miejscem, by powitać nowe życie. Na przykład w szpitalu dba się o aspetykę – wszystko jest czyszczone, odkażane albo jednorazowe. A w domu tak nie jest. Tylko że ta dbałość o czystość w szpitalach nie wynika z tego, że dla noworodka najlepsza jest jałowość. Dziecko wychodzi z matki jałowe i następnie jego skóra, jama nosowa i przewód pokarmowy są kolonizowane przez florę bakteryjną[10]. Jeżeli jest od razu kładzione na matce i ich kontakt nie jest przerywany, to następuje skolonizowanie przez najbardziej odpowiednią dla dziecka florę matki. Jeżeli dziecko jest zabierane od matki, to zostaje skolonizowane przez mikroflorę szpitalną, która jest szkodliwa dla dziecka (i dla każdego innego człowieka też).

– W szpitalu zdarzają się także błędy personelu, które mogą doprowadzić do bardzo poważnych konsekwencji (w tym nawet śmierci)[11]. Oczywiście, takie sytuacje przydarzają się bardzo rzadko. I w żaden sposób nie chciałabym nikogo straszyć szpitalem czy odwodzić ludzi od korzystania ze szpitali. Chodzi mi tylko o to, by trochę urealnić rozmowę o porodach domowych. To nie jest sytuacja „szpital = kompletne bezpieczeństwo, dom = totalne niebezpieczeństwo i śmierć”. Nawet w szpitalu mogą nam się przydarzyć złe rzeczy (ogólnie wszędzie i zawsze mogą).

– Medykalizacja porodu i kaskada interwencji medycznych. Jeżeli chodzi o te dwa poprzednie zagrożenia, które opisałam, to ich prawdopodobieństwo jest niewielkie. Tymczasem ryzyko, że podczas porodu w szpitalu kobieta zostanie poddana niepotrzebnym interwencjom medycznym, które utrudnią prowadzenie porodu naturalnego albo doprowadzą do cesarskiego cięcia jest bardzo duże. Polecam Wam zapoznanie się z raportem fundacji Rodzić po Ludzku Medykalizacja porodu w Polsce 2017[12]. Bardzo prawdopodobne jest też, że kobieta rodząca w szpitalu stanie się ofiarą tak zwanej kaskady interwencji medycznych[13]. Kaskada interwencji najczęściej zaczyna się, gdy personel medyczny postanawia (niepotrzebnie) przyspieszyć fizjologiczny poród. Akcja porodowa po przybyciu kobiety do szpitala często zwalnia, ponieważ jest ona zależna w dużej mierze od poczucia bezpieczeństwa rodzącej. Jeżeli kobieta czuje się spięta i przestraszona w nowym miejscu (np. dlatego, że została nieprzyjemnie potraktowana przez personel), to akcja ulegnie chwilowemu wyciszeniu. Zamiast cierpliwego czekania, personel najczęściej namawia kobietę na podanie oksytocyny, by przyspieszyć akcję. Podanie oksytocyny powoduje, że skurcze robią się bardzo bolesne. Co więcej, oksytocyna może wpływać na zaburzenia tętna płodu. Więc kobietę kładzie się na łóżku i podłącza do KTG. Leżenie powoduje, że skurcze są jeszcze boleśniejsze. Kobieta błaga o znieczulenie lub cesarkę. Znieczulenie zewnątrzoponowe wpływa na spowolnienie akcji porodowej. Pojawia się kolejna dawka oksytocyny, aby „rozkręcić” poród. Rodząca jest już potwornie zmęczona, poród nie postępuje lub postęp jest bardzo wolny. Zapada decyzja o cesarskim cięciu ze względu na „brak postępu porodu” albo „zaburzenia tętna płodu”. Kurtyna.

Ok, w takim razie, co realnie może wydarzyć się podczas porodu w domu? Czy przedstawiając te wszystkie argumenty przeciwko szpitalowi, próbuję Was przekonać, że poród domowy jest bezpieczniejszy niż ten szpitalny? Nie, w żadnym wypadku. Niebezpieczeństwem porodu w domu jest to, że nie ma tu sali operacyjnej, na którą kobieta może być niezwłocznie przewieziona „w razie czego”. A co się kryje pod hasłem „w razie czego”? Jak często potrzebna jest tak nagła interwencja medyczna podczas fizjologicznego porodu, że minuty czy sekundy są na wagę złota i decydują o życiu i śmierci zarówno matki jak i dziecka?

Jak napisałam wcześniej, większość powikłań podczas porodu naturalnego ma wcześniejsze objawy, które uważny personel medyczny powinien zauważyć. Niestety, często pierwsze objawy pozostają niezauważone lub zignorowane przez położną czy lekarza. W porodzie domowym rodzącej towarzyszą dwie położne, które są tylko z nią i tylko dla niej. Gdyby jednak coś przeoczyły, to wypisałam Wam potencjalne zagrożenia i powikłania, które mogą wymagać natychmiastowej interwencji medycznej i dostępu do sali operacyjnej[14]:

– przedwczesne oddzielenie łożyska – częstotliwość występowania 0,5 do 1,5% wszystkich porodów[15]. Prawdziwe zagrożenie stwarza jedynie oddzielenia II i III stopnia, które stanowią tylko ułamek z ogólnej liczby przypadków;

– pęknięcie macicy – częstotliwość występowania 0,08 – 0,1% wszystkich porodów[16];

– dystocja barkowa – częstotliwość występowania 0,1 – 0,6% wszystkich porodów[17];

– krwotok poporodowy – najczęstsza przyczyna zgonu kobiet z bezpośrednich przyczyn położniczych (30% wszystkich zgonów). Zdarza się w 10,5 procentach porodów[18]. 1 poród na 10??? to strasznie dużo! Tak, ale to nie oznacza, że 1 na 10 kobiet igra ze śmiercią Za krwotok poporodowy uważa się każdy krwotok z dróg rodnych powyżej fizjologicznego poziomu (500ml dla porodu siłami natury, 1000ml dla cesarki), który pojawi się w przeciągu sześciu tygodni od porodu. Natychmiastowej reakcji wymaga krwotok III i IV stopnia, które mogą doprowadzić do szybkiej śmierci rodzącej (niestety, nie udało mi się znaleźć informacji o częstotliwości występowania), czyli utrata krwi powyżej 1800ml. Statystyki porodów domowych[9]:

Utrata krwi u kobiet rodzących w domu – statystyki fundacji Dobrze Urodzeni, liczba porodów – 630.

– pęknięcie krocza III lub IV stopnia – częstotliwość występowania (w zależności od źródeł) od 0,4% do 2,5%[19]. Nie mam pewności, czy pęknięcia tego rodzaju są w stanie spowodować krwotok tak masywny, by zagrażał życiu rodzącej. Postanowiłam go wymienić, ponieważ bardzo często pojawia się jako argument przeciwko porodom w domu. Jak już jesteśmy przy tym temacie, to warto zaznaczyć, że w polskich szpitalach nadal, wbrew wszelkim wynikom badań naukowych[19], personel medyczny uważa, że świetnym sposobem na ochronę krocza jest zabieg nacięcia krocza.

Statystyki porodów domowych – na 630 porodów 23 nacięcia (4,3%)
Statystyki szpitalne – nacięcie w 50% porodów. [20]

Jak widzicie, te wszystkie poważne powikłania, którymi są straszone kobiety chcące rodzić w domu, to jednocześnie powikłania niezwykle rzadkie. Co więcej, ja podałam Wam tutaj tylko dane epidemiologiczne, czyli ogólną częstotliwość występowania danego zjawiska, bez wgłębiania się w przyczyny. A na przykład:

– 30 procent wszystkich krwotoków śródporodowych wynika z przodującego łożyska – ciężarna z przodującym łożyskiem nigdy nie przeszłaby kwalifikacji do porodu domowego;

– wśród przyczyn pęknięcia macicy znajduje się pęknięcie urazowe wynikające z niepoprawnie wykonanych zabiegów medycznych (np. próżnociąg, kleszcze), których nikt podczas porodu domowego nie będzie wykonywał;

– wystąpienie dystocji barkowej nie jest równoznaczne z poważnym uszkodzeniem dziecka czy jego śmiercią w razie braku możliwości wykonania cesarki[17] – np. chwyt McRobertsa w 40% przypadków powoduje uwolnienie barków dziecka (i nie jest to jedyna możliwa interwencja pozaoperacyjna).

Takie są niebezpieczeństwa związane z porodem w domu – bardzo rzadkie i mało prawdopodobne, ale niewątpliwie prawdziwe. Nie ma co się czarować, istnieją sytuacje, gdy brak szybkiego dostępu do sali operacyjnej może mieć straszliwe skutki. I to jest niebezpieczeństwo związane z porodem w domu. Niebezpieczeństwa związane stricte z porodem w szpitalu też już znacie. Jak widać, wybierając poród w domu, nie zamieniam bezpieczeństwa na niebezpieczeństwo. Zamieniam jedno niebezpieczeństwo (medykalizacja, jatrogenne interwencje i środowisko, błędy w sztuce lekarskiej) na inne niebezpieczeństwo (brak możliwości przeprowadzenia natychmiastowej operacji w razie potrzeby).

Nie ma porodu w stu procentach bezpiecznego. I tym niektórzy lekarze straszą ciężarne. Że nawet super-fizjologiczny poród w KAŻDEJ chwili może zamienić się w śmiertelne zagrożenie dla matki lub dziecka. Tak, to jest prawda, nie zamierzam z tym dyskutować. Rzeczywiście może tak się zdarzyć. Tak samo, za każdym razem, gdy jadę odwieźć córkę do przedszkola, to nasza pięciominutowa przejażdżka przez osiedle może się zamienić w krwawą łaźnię, z której żadna z nas nie wyjdzie żywa. I to niezależnie od tego, jak bardzo mam bezpieczny samochód, fotelik i jak bardzo ostrożnym kierowcą jestem. A mimo to podejmuję codziennie to ryzyko i biorę na siebie odpowiedzialność za możliwe skutki swojej decyzji. I według mnie, na tym polega rodzicielstwo – nie na inwestowaniu całej energii w próby uchronienia siebie i dziecka przed każdym, nieważne jak mało prawdopodobnym, zagrożeniem. Tylko na racjonalnym rozważeniu potencjalnych korzyści i szkód, wybraniu tego, co uważamy za najsłuszniejsze i wzięciu na siebie odpowiedzialności za naszą decyzję.

I jedną z takich decyzji do podjęcia jest wybór miejsca porodu. Tymczasem badania naukowe wskazują, że… na razie nie wiadomo, który rodzaj porodu jest lepszy dla kobiety i dziecka[21]. Są starsze badania, które sugerują wyższość porodu w szpitalu i coraz więcej nowych badań, których wyniki mówią, że lepiej rodzić w domu[22]. Ale z naukowego punktu widzenia to wciąż za mało, by wydać „ostateczny werdykt”. Dlatego uważam, że każda zdrowa ciężarna w fizjologicznej ciąży powinna sama zdecydować, co uważa za najlepsze dla siebie i dziecka. Bo (jak na razie) nie ma tu ostatecznie dobrej lub złej odpowiedzi, a najważniejszy dla powodzenia porodu naturalnego wydaje się być komfort psychiczny kobiety.

To już wszystko, jeżeli chodzi o argumenty przeciwko porodom w domu. Na koniec chciałam podzielić się z Wami swoją refleksją. Bardzo chciałabym, żeby poród w domu i poród w szpitalu były w Polsce równoważnymi opcjami. Żeby poziom szacunku i wsparcia dla rodzącej był w obydwóch przypadkach taki sam. Przecież od 2011 roku mamy jedne z najnowocześniejszych i najlepszych standardów opieki okołoporodowej. Niestety, mamy je tylko na papierze. Raport NIK z 2016 roku ujawnił, że SOO są raczej listą pobożnych życzeń niż opisem rzeczywistości na polskich porodówkach[23]. Niestety, nastawienia personelu medycznego do rodzących nie da się zmienić za pomocą aktu prawnego. A wydaje mi się, że właśnie to jest główną przeszkodą. Jak długo lekarze czy położne uważają, że poród to sytuacja zagrożenia, że to oni wiedzą zawsze lepiej niż rodząca, co jest dla niej dobre i że rolą rodzącej jest się podporządkować ich poleceniom i urodzić jak najszybciej, to nic się nie zmieni.

Różnicę pomiędzy nastawieniem personelu szpitalnego a położnymi prowadzącymi porody domowe widać najlepiej, gdy spojrzy się z jednej strony na raport fundacji Rodzić po Ludzku dotyczący medykalizacji porodów w Polsce[12], a z drugiej strony – na statystyki dotyczące porodów domowych w Polsce[9]. Zachęcam Was do przejrzenia obydwóch w całości. Dla przykładu skupmy się na jednym, prostym rozróżnieniu – pozycji rodzącej w II fazie porodu. Doniesienia naukowe ostatnich lat mówią, że pozycje wertykalne podczas I i II fazy porodu skracają czas trwania porodu, zmniejszają odczuwany ból i zmniejszają liczbę interwencji medycznych (nacięcie krocza, oksytocyna, cesarskie cięcie)[24]. Lekarze o tym wiedzą, położne o tym wiedzą, SOO o tym mówią. Więc jak się rodzi na polskich porodówkach? Dwie najczęstsze pozycje: na plecach na łóżku (59%) i na boku na łóżku (62%).

Tymczasem na 630 porodów w domu w pozycji na plecach urodziło… 10 kobiet (1,6%), na boku – 25 (3,9%). Dane mówią same za siebie – przekroczenie przez kobietę progu porodówki powoduje automatyczne przejście rodzącej w „tryb leniwca” i odcięcie dopływu krwi do nóg. A nie… czekajcie…, to chyba jednak nie jest główny powód tych różnic[25].

Statystki porodów domowych w Polsce.

Na koniec chciałam podkreślić, że nie jestem przeciwniczką leczenia czy medycyny jako takiej. Wręcz przeciwnie, ogromnie cenię sobie naukę, a w szczególności dokonania medycyny. Nasze córki są szczepione, a jeżeli była potrzeba, to nigdy nie wzbraniałam się przed podaniem im antybiotyku czy zabraniem do szpitala. Po prostu uważam, że w kwestiach porodu nowoczesna medycyna się zagalopowała. I myślę, że ma to dużo wspólnego z „syndromem zebry”.

O tej „dolegliwości” studentów medycyny i lekarzy opowiadał kiedyś Andrzej Szczeklik[26] podczas jakiegoś wykładu otwartego. Tłumaczył, że jak student medycyny uczy się o tych wszystkich egzotycznych, bardzo rzadko spotykanych chorobach, to zaraz odnajduje u siebie wszystkie objawy i doszukuje się ich też u innych. I to jest tak, jakby spacerował po lesie i usłyszał tętent kopyt za plecami. I gdyby się go spytać: „co to może być za zwierzę?”, to on odpowie: „zebra!”.

I tak to jest z porodami i nowoczesną medycyną według mnie. Lekarze tak bardzo skupili się na rzadkich i niespotykanych patologiach, które ZDARZAJĄ się przy porodzie i tak bardzo starają się im zapobiegać, że zupełnie zapomnieli, że poród sam w sobie patologią nie jest. Cudownie, że w dzisiejszych czasach kobiety i noworodki nie umierają podczas porodów[27]. Ale poród zaczął być postrzegany nie jako wydarzenie, na które ciało kobiety jest w pełni przygotowane, ale jako stan zagrożenia życia, który, dla bezpieczeństwa matki i dziecka, trzeba jak najszybciej zakończyć.

Kliknij obrazek, aby powiększyć.
Cytat stąd: http://www.czytelniamedyczna.pl/3575,humanizacja-porodu-we-wspolczesnym-poloznictwie.html

Wpisuje się to w pewien typowy dla ludzi z krajów rozwiniętych sposób widzenia rzeczywistości. Świat nigdy nie był tak bezpiecznym miejscem, jak teraz, a to wszystko dzięki rozwojowi techniki i medycyny w ostatnich mniej więcej stu latach. Ale ludzie zdają się nie dostrzegać tego i zajmują się wyszukiwaniem i próbami zniwelowania coraz mniej prawdopodobnych zagrożeń. Tak, jakbyśmy liczyli, że możemy nasze życie uczynić w stu procentach bezpieczne, że możemy przewidzieć każde niebezpieczeństwo i się przed nim zabezpieczyć. Znam kogoś, kto Wam zaraz wytłumaczy, że tak nie jest. I ten ktoś nazywa się krzywa Gaussa.

Wszystkie czynności, które w życiu podejmujemy, niosą za sobą pewien poziom ryzyka. A większość niesie ze sobą przeciętny poziom ryzyka. Jasne, gdzieś tam na świecie niejedna osoba zmarła, bo zakrztusiła się płatkami śniadaniowymi. Ale to nie powód, by z nich rezygnować. Świat stał się bardzo zero-jedynkowy. Albo coś jest w stu procentach bezpieczne albo jest… niebezpieczne! I tak właśnie został potraktowany poród. Nie jako wspaniała chwila przyjścia na świat, tylko jako potencjalne niebezpieczeństwo.

Bardzo bym chciała, by moje córki mogły rodzić (o ile będą chciały mieć dzieci) w innej Polsce. Na porodówce, gdzie będą szanowane i otoczone opieką niezależnie od tego, czy to będzie poród naturalny czy cesarka. Że lekarze i położne będą ich słuchali. Ale wiem, że na dzień dzisiejszy to jest tylko marzenie, a rzeczywistość wygląda inaczej. I dlatego chcę rodzić w domu. Oczywiście, jeżeli zajdzie taka potrzeba, to nie będę się wzbraniać przed transferem do szpitala. Ale jeżeli mam możliwość przeżycia porodu na swoich warunkach i w atmosferze szacunku, wsparcia i intymności, to tak właśnie wolę.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Ok, teraz jest ten moment, gdy możecie napisać te wszystkie komentarze zaczynające się od „a co, jeśli…”.

P.s.2. Oczywiście, jak będzie po wszystkim, to dam znać. A jak się ogarnę, to wszystko dokładnie opiszę.

P.s.3. Jeżeli znajdzie się tu ktoś z wiedzą medyczną, kto widzi, że strzeliłam jakąś gafę w danych medycznych, to bardzo proszę o poprawienie – starałam się, jak mogłam, ale wiele opracowań danych nie było dla mnie dostępnych, ponieważ nie jestem lekarzem.

P.s.4. Narobiłam się jak dziki osioł przy tym wpisie (czytanie i wyszukiwanie informacji w internecie zajmuje naprawdę ogromne ilości czasu). Jeśli chcecie docenić mój wysiłek i uważacie, że udało mi się napisać coś wartościowego, to proszę udostępnijcie ten wpis na fb. Dzięki!

[1] Przepraszam wszystkich hipisów, nic do Was nie mam! Używam słowa „hipisi” tak, jak Sheldon z „Big bang theory” – gdzie sztywny, skrajnie racjonalny człowiek z zaburzeniami kompulsywno-obsesynymi używa słowa „hipisi” na określenie ludzi według niego kompletnie nieodpowiedzialnych (a tak naprawdę są to ludzie po prostu bardziej wyluzowani od niego).

[2] Informacja, którą pierwszy raz znalazłam w książce Sylwii Szwed Mundra, a później w wielu innych miejscach w internecie. Niestety nie udało mi się znaleźć ani dokładnej daty ani treści tego aktu prawnego.

[3] Polecam Wam książkę Sylwii Szwed Mundra – to zbiór wywiadów z różnymi położnymi. Tam możecie się więcej dowiedzieć, jak porody w szpitalach wyglądały w Polsce na początku i jak ewoluowały z czasem. Wiele opisów było dla mnie szokujących.

[4] Dane z rocznika statystycznego 2016 GUS – można sobie ściągnąć za darmo z ich strony.

[5] Liczba 680 może jednak dość realnie odzwierciedlać liczbę porodów domowych w Polsce (a na pewno lepiej niż statystyki fundacji Dobrze Urodzeni, które podają, że takich porodów jest w Polsce niewiele ponad 100 rocznie), ponieważ jeżeli kobieta urodziła poza szpitalem przypadkowo, to najczęściej i tak wzywana jest karetka i kobieta z noworodkiem trafia pod opiekę szpitala. W takim wypadku szpital zgłasza urodzenie dziecka. Więc jeżeli podstawą do uznania czy poród odbył się w szpitalu czy nie jest to, kto wystawił papiery potwierdzające urodzenie, to przypadki „nieplanowego” urodzenia poza szpitalem będą liczone jako porody szpitalne.

[6] Odnoszenie się do krajów Afryki czy krajów rozwijających się nie wydaje mi się sensowne, ponieważ bardzo różnią się od Polski jeśli chodzi o rozwój wiedzy medycznej i poziom służby zdrowia.

[7] Dane stąd →KLIK http://www.rodzicpoludzku.pl/Na-swiecie/Rodzic-po-holendersku-o-roli-poloznej-w-holenderskim-systemie-opieki-okoloporodowe.html

[8] http://www.pielegniarki.info.pl/article/view/id/1061

[9] Statystyki fundacji Dobrze Urodzeni do pobrania tutaj →KLIK http://www.dobrzeurodzeni.pl/statystyki.html

[10] http://www.rodzicpoludzku.pl/Pierwszy-kontakt/Jak-kontakt-cialo-do-ciala-STS-chroni-uklad-odpornosciowy-noworodka.html

[11] Na przykład tak jak w tej sprawie: http://krakow.wyborcza.pl/krakow/1,44425,20396114,ustalenia-po-smierci-dziewczynki-w-krakowskim-szpitalu.html

[12] Do ściągnięcia na stronie fundacji. Możecie też zajrzeć tutaj, gdzie streszczono najważniejsze wnioski: https://ciaza.mp.pl/aktualnosci/161775,porod-w-polsce-jest-zbyt-zmedykalizowany

[13] Świetny artykuł opisujący, jak jedna ingerencja w poród fizjologiczny doprowadza do lawiny kolejnych interwencji: →KLIK http://www.rodzicpoludzku.pl/Wiedza-o-porodzie/Kaskada-interwencji-i-jej-wplyw-na-przebieg-porodu.html

[14] Fajny wątek na forum gazeta.pl, gdzie kilka uczestniczek naprawdę odwaliło kawał dobrej roboty w wyszukiwaniu naukowych źródeł: →KLIK http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,91098399,91098399,Czym_sie_straszy_kobiety_chcace_rodzic_w_domu_.html

[15] https://pl.wikipedia.org/wiki/Przedwczesne_odklejenie_%C5%82o%C5%BCyska

[16] Stany zagrożenia życia w położnictwie – prezentacja w PowerPoint do ściągnięcia za darmo.

[17] Nagłe przypadki na sali porodowej – dystocja barkowa prezentacja w PowerPoint autorstwa Agnieszki Herzig do ściągnięcia za darmo (źródła informacji na ostatnim slajdzie).

[18] Krwawienia w II połowie ciąży, w czasie porodu i połogu prezentacja w PowerPoint autorstwa Agnieszki Sotowskiej do ściągnięcia za darmo – tutaj macie bardzo dużo informacji na temat przyczyn krwawienia. Jest to temat tak obszerny, że nie dam rady go tu opisać w całości. Zajrzyjcie jeszcze do artykułu naukowego Krwotok poporodowy – przyczyny, objawy, postępowanie przedszpitalne – do ściągnięcia za darmo.

[19] Zapobieganie śródporodowym urazom kanału rodnego oraz struktur dna miednicy – pdf do ściągnięcia za darmo.

[20] Nacięcie krocza – konieczność czy rutyna – materiały do ściągnięcia z strony fundacji RpL. Polecam Wam szczególnie przeczytanie części zatytułowanej Pozamerytoryczne powody nacięcia krocza

[21] Tutaj →KLIK http://cochranelibrary-wiley.com/doi/10.1002/14651858.CD000352.pub2/full macie bardzo rzetelne podsumowanie tego, co do tej pory wiadomo na temat bezpieczeństwa porodu szpital vs. dom. Kończy się podsumowaniem: There is no strong evidence from randomised trials to favour either planned hospital birth or planned home birth for low-risk pregnant women.

[22] Tu macie kilka przykładowych artykułów naukowych i artykułów prasowych z polskich stron z odniesieniami do literatury:

http://www.cmaj.ca/content/181/6-7/377.short

https://onlinelibrary.wiley.com/doi/abs/10.1111/j.1523-536X.1997.00004.pp.x

https://obgyn.onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1111/j.1471-0528.2009.02175.x

https://ciaza.mp.pl/porod/69766,porod-w-domu

https://ciaza.mp.pl/aktualnosci/135626,porod-w-domu-nie-zwieksza-ryzyka-powiklan-w-przypadku-ciaz-nieobarczonych-ryzykiem

http://ciaza.siostraania.pl/porod-domowy-nie-zwieksza-ryzyka-powiklan-jezeli-ciaza-przebiega-bezproblemowo/

http://ciaza.siostraania.pl/porody-domowe-sa-bezpieczne-wywiad-z-katarzyna-oles-polozna-niezalezna/

http://www.rodzicpoludzku.pl/Porod-w-domu/Czy-to-bezpieczne.html

Tutaj odniesienie do badania na bardzo dużej grupie kobiet – http://www.rodzicpoludzku.pl/Pozaszpitalne-miejsca-do-porodu/Porod-w-domu-jest-bezpieczny-wyniki-badania-kohortowego-obejmujacego-529-688-porody-kobiet-niskiego-ryzyka.html

[23] Cały raport dostępny tutaj →KLIK https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-opiece-okoloporodowej-na-oddzialach-polozniczych.html

[24] Zajrzyjcie na przykład do tych badań:

https://onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1111/j.1523-536X.1979.tb01297.x – 95 procent kobiet wolało (!) pozycje wertykalne

https://onlinelibrary.wiley.com/doi/abs/10.1111/j.1523-536X.1993.tb00420.x – wpływ pozycji kucznej na poród

https://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/01674820410001737423 – metaanaliza dotycząca rutynowego stosowania pozycji leżącej (na plecach) podczas porodu – „In conclusion, the results do not justify the continuation of the routine use of the supine position during the second stage of labor.”

https://obgyn.onlinelibrary.wiley.com/doi/abs/10.1111/j.1471-0528.1989.tb03226.x

https://www.hindawi.com/journals/bmri/2014/638093/abs/

[25] Na stronie fundacji Rodzić po Ludzku doczytałam, że szpitale tłumaczą się, że oni proponują pozycje wertykalne, ale kobiety wolą rodzić na leżąco. Tymczasem rodzące stwierdzają, że nie wiedziały, że mają taką możliwość albo że kazano im się położyć. Niestety, nie mogę teraz znaleźć linku do tego artykułu.

[26] https://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Szczeklik

[27] Przeczytajcie książkę Jurgena Thorwalda Ginekolodzy.