Co to znaczy „być miłym dla innych”?

Mogłoby się wydawać, że „bycie miłym” to takie nieostre pojęcie. Tymczasem są osoby, które z matematyczną precyzją wyliczyły, co trzeba zrobić, by zasłużyć sobie na to miano. I dzisiaj chciałabym Was zapoznać z tymi liczbami.

Od 1972 roku psycholog John Gottman zaprasza do swojego laboratorium pary małżeńskie i poddaje je obserwacji podczas codziennych kontaktów, zwyczajnych rozmów i krótkich sprzeczek. Dzięki informacjom, które zebrał, udało mu się wyciągnąć niesamowite wnioski i odnaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego jedne związki się rozpadają, a inne nie? Ja wiem, że każdy autor podrzędnego poradnika chwali się w podobny sposób. Ale żaden z tych autorów nie ma udokumentowanych 45 lat badań ani tysięcy przebadanych par. Żaden też nie umie przewidzieć rozpadu związku w ciągu najbliższych siedmiu lat na podstawie zapisu pięciominutowej rozmowy pomiędzy małżonkami. A Gottman umie[1].

Dlatego też dzisiaj opowiem Wam o najważniejszej zasadzie, którą odkrył Gottman i jego współpracownicy podczas swoich wieloletnich badań. Okazało się, że to, czy para przetrwa próbę czasu czy nie, zależy od tego czy… w związku dominują pozytywne czy negatywne myśli i emocje wobec partnera. Wiem, co teraz sobie pomyśleliście. „Szok i niedowierzanie! Ależ wstrząsające odkrycie! Nigdy by mi to do głowy nie przyszło!”. Wiem, to brzmi strasznie banalnie, wszyscy to wiedzą. No ale, jeżeli wszyscy to wiedzą, to czemu na 1000 nowych związków małżeńskich w Polsce przypada około 350 rozwodów[2]? To, co ludzie „teoretycznie świetnie wiedzą” często nie przekłada się na działanie. Chociażby dlatego, że jest to pewien ogólnik. No bo co to znaczy „przewaga pozytywnych uczuć”? No przecież sobie z mężem nie dajemy po mordzie na powitanie i nikt na nikim nie gasi papierosów. Tymczasem Gottman poszedł dalej w swoich badaniach i policzył DOKŁADNIE ile ma wynosić stosunek informacji pozytywnych do negatywnych – 5 do 1. I to już jest konkret! Mam nadzieję, że teraz wszyscy sobie robią w głowie szybki rachunek sumienia w tej kwestii. Nie wiem, jak Wam wyszedł, ale chętnie Wam opowiem, jak mnie wyszedł za pierwszym razem i co, w związku z tym, stało się dalej.

Dzisiejszy wpis będzie okraszony zdjęciami ludzi, którzy są ze sobą i wygląda na to, że im miło. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unslpash.com

Gdy sześć lat temu pierwszy raz przeczytałam o badaniach Gottmana, to sobie pomyślałam: „O, matko! Zaraz stracę tego faceta!”. Przecież jakby policzyć każdy mój komentarz na temat tego, że bluzę to można złożyć i schować, a nie na krześle wieszać, a pustą butelkę po wodzie mineralnej to się zgniata i wyrzuca, a nie zostawia koło wersalki to stosunek informacji pozytywnych do negatywnych w naszym związku wynosi jakieś 1 do 1548 (może na sucho te komentarze nie brzmią jakoś fatalnie, ale ja mam specjalny, nieprzyjemny ton głosu dedykowany do wygłaszania tego typu uwag). Więc postanowiłam wziąć się za siebie. Obiecałam sobie, że od tego momentu żadnych negatywnych komentarzy. Wytrzymałam dwa tygodnie. I prawie mi żyłka w mózgu pękła od powstrzymywania się od powiedzenia tych wszystkich rzeczy. Po tym czasie zasiadłam z moim (wtedy jeszcze tylko) chłopakiem do poważnej rozmowy. Na początku spytałam czy zauważył w ostatnim czasie jakąś zmianę w moim zachowaniu. Wyraz zaskoczenia na jego twarzy był bezcenny. W końcu, po dłuższej chwili, powiedział: „tak… taka milcząca jesteś ostatnio”. Tadam! Kurtyna, koniec przedstawienia.

Teraz ta historia wydaje mi się nieprawdopodobnie śmieszna. Ale zaufajcie mi, że wtedy, po tych dwóch tygodniach gryzienia się w język, nie było mi do śmiechu. Na szczęście, zanim postanowiłam rzucić wynikami badań Gottmana w kąt, dotarło do mnie, że to nie badania są błędne, tylko moja ich implementacja. Mój związek wcale nie jest na przegranej pozycji dlatego, że ja jestem Człowiekiem Przypierdalaczem. Wręcz przeciwnie, 5 do 1 jest cudowną informacją dla wszystkich ludzi, którzy są chociaż trochę jak ja. To znaczy dla tych wszystkich, którym zawsze coś nie pasuje. Którzy zawsze powiedzą: „nie no, to było dobre, ale…”. Ja i wszyscy inni Ludzie Przypierdalacze nie musimy przestać się czepiać! Przecież to 5:1 można załatwić nie tylko zmniejszając negatywne informacje do 1. Można też zwiększyć liczbę pozytywnych informacji do 5! Czyli, jeżeli na tamten moment sosunek pozytywów do negatywów wynosił 1:1548, to wystarczy powiedzieć (1548 x 5) 7740 miłych rzeczy. Bułka z masłem (w porównaniu z wcześniejszym wyzwaniem). I tak zaczęłam praktykowanie pozytywnych informacji zwrotnych oraz wdzięczności w związku.

Od tego czasu minęło już naprawdę dobre kilka lat, ale nadal uważamy z Mężem, że to jest jedna z najfajniejszych rzeczy w naszym małżeństwie. Że żaden wysiłek, żadne starania jednej strony, żadna miła sytuacja nie przechodzą niezauważone przez drugą stronę. Że doceniamy nawzajem swoje wysiłki i codzienny trud. Przykład? „fajnie, że wyniosłeś śmieci”. Ktoś się może oburzyć, że co to za wyczyn wynieść śmieci. W każdym domu trzeba to robić prawie codziennie. I w każdym domu ktoś to robi prawie codziennie. Tak, to prawda. Ale to nie znaczy, że nie można drugiej osobie podziękować, że dzisiaj to ona się tym zajęła. Tak samo zauważamy i cenimy miłe chwile w naszym związku. Mówimy sobie, że to był miły dzień, przyjemny wieczór, fajny spacer albo wyjątkowo udane i sprawne wspólne… sprzątanie. I to wszystko naprawdę wniosło nową jakość w nasze życie. Mój Mąż do tej pory mówi, że na początku uważał za dziwaczne, tak sobie co chwilkę dziękować, mówić, że miło, że fajnie. Ale szybko zobaczył, że to działa i w naszym związku jest dzięki temu dużo przyjemniej.

I nie wyobrażajcie sobie, że tu chodzi o sztucznie miłą, słodko-pierdzącą atmosferę. Wręcz przeciwnie, to, że zazwyczaj jest między nami sympatycznie, pozwala, by sytuacje konfliktowe rozwiązywać łatwiej. Dlaczego? Bo nawet jeśli któreś z nas powie coś nieprzyjemnego, to ogólna atmosfera jest na tyle miła, by słowa drugiej strony zostały interpretowane jako informacja zwrotna, nad którą warto się zastanowić, a nie jako agresywny atak. Celem tworzenia pozytywnej atmosfery w związku jest właśnie przygotowanie go do wspólnego przeżywania trudnych sytuacji i wychodzenia z nich cało. Świetny przykład dał sam Gottman w swojej książce. Jeżeli żona do męża mówi ze złością: „och, zamknij się na chwilę i daj mi powiedzieć, bo to ważne!”, to w związku, gdzie na co dzień pozytywnych emocji jest niewiele, taka wypowiedź będzie zaproszeniem do awantury („jak Ty się do mnie odnosisz?!?”). W związku z przewagą pozytywnych emocji, mąż nie będzie się skupiał ani na podniesionym tonie ani na doborze słów, tylko uzna, że rzeczywiście żona potrzebuje, żeby ją teraz wysłuchać (a to, że nie spodobał mu się ton czy hasło „zamknij się”, może jej powiedzieć później).

Wyniki badań Gottmana, choć dotyczą par małżeńskich, można przełożyć na wszystkie inne relacje międzyludzkie. Wszędzie można zastosować zasadę 5 do 1 by tworzyć fajne relacje z innymi. Co więcej, oznacza to, że można tworzyć bliskie i przyjacielskie relacje, pomimo że będziemy mówić też mniej przyjemne rzeczy. I to jest, według mnie, najbardziej niesamowity wniosek z badań Gottmana: MOŻNA być niemiłym dla ludzi, jeśli ZAZWYCZAJ jest się miłym dla ludzi. Ludzie boją się, że jak będą dla kogoś niemili, jeśli jakoś mocnej wyrażą swoje zdanie, to czeka ich odrzucenie czy niechęć (pisałam o tym więcej tutaj →KLIK). Tymczasem, jeśli masz u kogoś uzbierany „kapitał”, to pojedyncza sytuacja nie nadszarpnie waszej relacji (no chyba że chcecie tej osobie nasrać na wycieraczkę. To może wiele zmienić w waszej znajomości). Tylko pytanie brzmi: czy masz u tej osoby uzbierany „kapitał”?

Ludzie często uważają, że jeśli nie są wobec kogoś wprost niemili, nie krytykują i nie obrażają, to oznacza automatycznie, że są „miłymi osobami” i wzbudzają ciepłe uczucia. Jak w dowcipie o Stalinie[2]:

Nic bardziej mylnego. W ten sposób można zostać co najwyżej „niewidzialną osobą” – taką, co to nikt się nie spyta czemu nie przyszła na wspólne piwo po pracy, bo jasne, nie jest nielubiana, ale żeby ktoś ją tak naprawdę lubił, to też nie bardzo. Bycie miłym, „odfajkowanie” tych pięciu razy wymaga wykonania jakiejś akcji. Trzeba coś miłego powiedzieć, zainteresować się. Trzeba zrobić coś, co świadczy o naszej trosce i ciepłych uczuciach. A nie tylko powstrzymywać się przed byciem niemiłym.

Tymczasem mam wrażenie, że ludziom mówienie miłych rzeczy przychodzi z wielkim trudem. Już nawet, jak się odpowiednio wkurwią, to są gotowi wygarnąć komuś wszystkie złe rzeczy, co w sobie kisili od wielu lat. Ale powiedzieć: „kurczę, nikt tak dobrze nie tłumaczy jak posługiwać się tym programem” albo „nie znam nikogo, kto by tak umiał dobierać kolory ciuchów, że to tak świetnie wygląda” albo „od kilku lat czytam każdy Twój wpis z wypiekami na twarzy i bardzo podoba mi się Twój styl pisania” to nie da rady. Dlaczego? Niektórzy uważają, że przecież na pewno ta osoba to wie, więc nie ma o czym gadać. Niektórzy czują się skrępowani mówiąc takie rzeczy. Inni uważają, że druga strona poczuje się skrępowana (spora szansa, że tak. Ale, zaufajcie mi, przeżyje. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że od wysłuchania szczerego komplementu jeszcze nikt nie umarł[3]). A niektórym nigdy nie przyszło do głowy, że takimi informacjami warto byłoby się podzielić. I to nie z kimś trzecim, tylko właśnie z osobą, której dotyczy dane przemyślenie. Przykład: zostaliśmy zaproszeni w weekend na grilla na działkę znajomych. Mnie nie było. Mój Mąż zapakował młode koleżany do auta i jeszcze zadzwonił, czy trzeba coś kupić. Koniec końców pojechał do supermarketu i zrobił spore zakupy dla wszystkich obecnych. Jak dotarł na miejsce, to wszyscy byli pod wrażeniem, że on sam, z dwójką małych dzieci, no i jeszcze te zakupy. Ale on dowiedział się o tym wrażeniu, które zrobił… ode mnie. Bo podczas spotkania nikt się do niego w tej sprawie nie odezwał. A jak pojechał, to wszyscy wspólnie stwierdzili, że są pod wrażeniem. I że w sumie nie wiedzą, czemu mu tego nie powiedzieli.

Kilka lat temu się na tym złapałam, że ja tyle dobrych, miłych rzeczy myślę o innych, ale nigdy im tego nie mówię! I że najprawdopodobniej te osoby nie mają o tym pojęcia. Więc uznałam, że czas to zmienić. I zaczęłam mówić ludziom komplementy. Pierwszy komplement, na który się odważyłam spotkał się z zadziwiającym odzewem. Dziewczyna powiedziała do mnie: „jejku! Dawno nie usłyszałam czegoś tak miłego. Ale mi miło!… Mogę cię uściskać?”. I mnie uściskała. Z mojej strony – totalna konsternacja, w życiu nie spodziewałam się tak entuzjastycznej odpowiedzi. Uznałam, że ten mój pomysł, to chyba całkiem do rzeczy jest i próbowałam dalej. Z czasem, zdecydowałam się mówić nawet coś więcej niż komplementy. Powiedziałam na przykład: „polubiłam cię od pierwszego dnia”, „masz w sobie coś takiego, że jak tylko pierwszy raz porozmawiałyśmy, to sobie pomyślałam, że chciałabym się z tobą kumplować”, „jesteś dla mnie bardzo ważna i zawsze możesz na mnie liczyć”. Po tych wypowiedziach często pojawiało się więcej zakłopotania czy zdziwienia, ale zawsze było ono podszyte uśmiechem albo nawet łzami radości. Nikt od tego nie umarł.

Bycie miłym to nie tylko komplementy. To też informowanie innych, jak się z nimi czujemy, jaka jest nasza relacja. Troska o stan psychiczny czy fizyczny innego człowieka i realna gotowość do zrobienia czegoś dla kogoś. I świetnym przykładem na to, jak rzadko ludzie mówią sobie coś takiego, jest moja Matka. Pracuje w firmie ubezpieczeniowej i ma zwyczaj wręczać ludziom swoje wizytówki (np. w sklepie, gdy wymieni parę zdań ze sprzedawczynią) z tekstem: „nazywam się Marta Kowalska[5]. Jakby Pani miała kiedyś jakiś kłopot, to proszę dzwonić”. No i ludzie dzwonią! I to w takich sytuacjach, że w życiu by mi nie przyszło do głowy, by kontaktować się w takiej sprawie z obcą kobietą, co się z nią raz dziesięć minut rozmawiało. Że komuś matka umarła, że ktoś pracę stracił, że komuś dziecko ciężko choruje, a komuś innemu syna ze szkoły wyrzucili. I ten telefon nie wynika z przekonania, że moja Matka jest jakąś Wielką Szychą i może „coś załatwić”. Ludzie dzwonią, bo ona powiedziała, by do niej zadzwonić, jak będą mieli kłopoty. A oni naprawdę nie wiedzą, co teraz zrobić. I nie wiedzą do kogo się zwrócić. Bo nikt im nigdy nie powiedział: „możesz na mnie liczyć, pomogę ci, jak będziesz mieć kłopoty”. A moja Matka powiedziała.

Dlatego, gdy następnym razem ktoś, kogo lubisz, powie Ci o czymś smutnym, co go spotkało (ktoś umarł, poronił, wyleciał z pracy, rozwodzi się), to zamiast szybkiej zmiany tematu albo wyburczanego pod nosem „przykro mi” czy „wszystko będzie dobrze” proponuję coś innego. Powiedz: „czy mogę coś zrobić, żeby Ci pomóc?”. Może ta osoba chciałaby o tym pogadać? A może nie wie, jak sobie poradzić z przeprowadzką, bo nie ma auta. A może… jeszcze setki innych rzeczy, o których nigdy się nie dowiesz, bo nie zapytasz, a druga strona nie odważy się poprosić. Bardzo często w takich trudnych sytuacjach uzyskujemy pomoc od ludzi, z którymi wcale nie byliśmy wcześniej szczególnie blisko. Ale często byli to jedyni ludzi, którzy zaoferowali swoją pomoc i nie dali się zbyć wypowiedzianym odruchowo: „Nie, nie, nie trzeba. Poradzę sobie.”.

Podsumowując: bądźcie dla innych tak mili, jak jesteście w swojej głowie. Mówcie komplementy. Informujcie ludzi, których lubicie, że są dla Was ważni. Oferujcie swoją pomoc. I uczcie tego swoich dzieci. Bo to jest jedyna droga do posiadania prawdziwych, bliskich relacji. Aha, no i raz na sześć razy możecie się przypierdolić. Nic się nie stanie. To obiecuję ja – Człowiek Przypierdalacz.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. Ponieważ moje myśli w ostatnich miesiącach krążą wokół tematu szczerości i otwartości w relacjach, to okazało się, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, napisałam trzy wpisy, które dotykają tych tematów i łączą się w pewną całość. Bardzo chciałabym za ich pomocą przekonać ludzi (albo chociaż jednego człowieka, nie mam jakichś wielkich wymagań), że jeśli chcesz mieć bliskie relacje, to otwartość nie jest opcjonalna. Otwartość i szczerość w tym wypadku są fundamentalne (dla fanów matematyki i logiki – są warunkiem koniecznym).

Odwaga w sercu – o szczerym mówieniu innym o naszych uczuciach wobec nich KLIK.

Ludzie nie są z kruchego szkła – o tym, że dawanie ludziom negatywnej informacji zwrotnej może być pozytywnym doświadczeniem dla obydwóch stron dyskusjiKLIK.

P.s.2. Mój Mąż (specjalista od spraw technicznych, bez którego ciężkiej pracy ten blog nie miałby racji bytu) zamontował na moją prośbę Disqusa. Napisanie komentarza nie będzie wcale wymagało więcej pracy niż wcześniej, a bardzo ułatwi nam to dyskutowanie. Niestety, nie wiemy jeszcze jak zlikwidować moderację, więc jeśli piszesz jako Gość, to Twój komentarz nie pokaże się od razu.

[1] Malcolm Gladwell Błysk! Potęga przeczucia. Cały rozdział 1 jest o Gottmanie i jego badaniach. Ale polecam całą książkę, bo Gladwell jest człowiekiem, który obserwuje świat z wyjątkowa wnikliwością. Oraz książka samego Gottmana – Siedem zasad udanego małżeństwa. A tu możecie go też obejrzeć w króciutkim filmiku: https://www.youtube.com/watch?v=Xw9SE315GtA

[2] http://www.rp.pl/Spoleczenstwo/302029849-Jak-czesto-rozwodza-sie-Polacy.html

[3] Dowcip stąd: http://szto.pl/2195/A-m%C3%B3g%C5%82-zabi%C4%87

[4] Żart to był.

[5] Obawiam się, że moja Matka nie byłaby zadowolona z ujawniania jej prawdziwego imienia i nazwiska, więc jest zmyślone.