Cztery żeby przeżyć

Nie wiem, czy Wy to odczuwacie, ale jesteście ze mną w drodze. Drodze do stawania się dobrą matką, drodze do doceniania doświadczenia macierzyństwa i czerpania z niego. Gdy zaczynałam pisać ten blog w marcu zeszłego roku (tak! To już ponad półtora roku!), to byłam naprawdę zupełnie inną mamą, niż teraz. Nie chcę pisać, że gorszą (chociaż tak naprawdę, to tak), ale taką, która jeszcze nie znalazła swojej drogi, jeszcze się w tym wszystkim nie odnalazła i stara się przetrwać to rodzicielstwo trochę tak, jak inni próbują przetrwać katastrofę naturalną – z jak najmniejszymi stratami własnymi.

Z każdym wpisem zabieram Was ze sobą w drogę. Większość rzeczy, o których piszę, są dla mnie samej nowością i odkryciem. Nie czuję się specjalistą, nie czuję się mentorem, to są raczej takie zapiski z podróży. Wielokrotnie podkreślałam, że to, co dla mnie jest odkryciem, dla Was może być oczywistością. I tak też jest tym razem. Myślę, że nauczyłam się utrzymywać z dziewczynami łączność. To nie znaczy, że zawsze i w ogóle już będziemy tylko razem hasać po łące i tańczyć trzymając się za ręce. Ale ja już w końcu WIEM, jak to się robi. A, jak mówiła moja Terapeutka: „jak się wie, jak zrobić dobrze, to dużo trudniej zrobić źle”.

Wszystkie zdjęcia we wpisie oraz obrazek wyrózniający pochodzą z unsplash.com

To może od początku. Przeczytałam ten cytat Virgini Satir ostatnio i się zachwyciłam: „Żeby przetrwać potrzebujemy czterech przytuleń dziennie. Żeby utrzymać dobry stan zdrowia – ośmiu. A żeby rozkwitnąć – dwunastu.”. A po pierwszym zachwycie przyszły myśli krytyczne. No tak, jeszcze jedna rzecz do dopisania do listy codziennych rodzicielskich obowiązków. Oprócz oczywistości, jak: nakarmić, umyć, ubrać, uczesać, zawieźć, przywieźć, mamy jeszcze ogrom tego, co NALEŻY robić, jeżeli leży nam na sercu dobro naszego dziecka: co najmniej 30 minut czytania dziennie, codzienny kontakt z naturą, codzienne pięć porcji warzyw i owoców, codzienny „czas specjalny” dla każdego dziecka z każdym rodzicem, codzienny kontakt ze sztuką, codzienne muzykowanie, codzienne nie-wiem-co-jeszcze-ale-na-pewno-jak-tego-nie-zrobisz-to-jesteś-złą-matką. I do tej puli dochodzi jeszcze codziennie 12 przytuleń.

Od razu zaczęłam się zastanawiać: „ale jak długie musi być to przytulenie, żeby się liczyło? A czy mogę odfajkować wszystkie naraz? A jak karmię na leżąco i tak „zagarniam” córkę ramieniem, to to się liczy jako przytulenie czy nie?”. Kolejne zadanie, więc nastawienie też zadaniowe. No bo przecież to JEST kolejne zadanie, prawda? Kolejny obowiązek, na który muszę wykrzesać z siebie kolejne zasoby (pamiętać, mieć to w głowie, odhaczyć). Tak sobie o tym zaczęłam myśleć. Ale jak człowiek skrajnie zadaniowy uznałam: „ok, zróbmy to”. Rano – długie przytulanie jeszcze w łóżku i przed wejściem do przedszkola, po wyjściu z przedszkola, na narożniku, gdy oglądają bajki (Tak! Zamiast sobie w spokoju wypić herbatę!), przed kolacją, przy wieczornym śpiewaniu w łóżku. I tak sobie myślałam, że to będzie taki kolejny cholerny wysiłek. Tymczasem, taki człowiek mądry i oczytany, a taki głupi. Myślałam sobie: „no tak, jestem mamą. Moim obowiązkiem jest ładować ich emocjonalne baterie”.

A potem przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, kiedy warto je pzytulić. Przy każdym zalążku kłótni, każdym „NIE!” wykrzyczanym w moją stronę. Wtedy, gdy normalnie we mnie zaczynał narastać gniew, irytacja, frustracja, a w najlepszym razie zmęczenie. Na pierwszą oznakę nadciągającej burzy albo po prostu klękam i rozkładam ramiona albo mówię: „chodź do mnie, Kochanie, wytłumacz mi, o co chodzi, bo chyba nie zrozumiałam”. Te uczucia, które budziły we mnie te sytuacje – złość, irytacja, zmęczenie – ustawiały mnie naprzeciwko moich dzieci. A teraz, gdy siedzą mi na kolanach, gdy je przytulam, wtedy nie mogę stać naprzeciwko. Wtedy mogę stać tylko obok. Zapomniałam, chociaż się uczyłam, chociaż czytałam. Zapomniałam, jacy my wszyscy, ludzie, jesteśmy prości w obsłudze. Że fizyczna bliskość, dotyk ludzi, których kochamy, powoduje wyrzut oksytocyny. Nie trzeba się o to starać. To się robi w nas samo. A gdy ta prosta fizyczność zacznie działać, to nie da się już ustawić naprzeciwko kogoś. Można tylko być blisko, obok, po tej samej stronie. Przytulanie nie jest jak czytanie bajek czy zapewnianie zdrowych posiłków. To nie jest jednostronny wysiłek na rzecz moich dzieci. To nie JA ładuję ICH emocjonalne akumulatory SWOIM kosztem. To nie JA je przytulam. To MY SIĘ przytulamy.

Taka pocztówka z podróży. Dla Was, ode mnie.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

  • źdźbło

    Taki piękny wpis! aż się wzruszyłam, a jestem słabo wzruszliwa (przynajmniej tak mi się wydaje ;))

  • borq

    łał! to my też będziemy się przytulać na „nie”. zobaczymy co wyjdzie 🙂

    • Mam wrażenie, że ten tekst „chodź, wytłumacz mi, bo nie zrozumiałam” działa świetnie. Tzn. rozbija w mojej głowie taką pewność, że ja świetnie wiem, o co im chodzi i one się czują bardziej zauważone czy wysłuchane.