Dlaczego wybieram poród domowy?

W końcu wpis na miarę bloga „parentingowego” – będzie fizjologia, śluz, fazy porodu i wszystko, co dla ludzi bez dzieci jest zupełnie nieinteresujące. A także o tym, jak zostałam hipiską i oszołomem. Zapraszam.

Gdy zaszłam w trzecią ciążę, drugim najważniejszym pytaniem (zaraz po: „czy płód jest zdrowy?”), które zaczęłam sobie zadawać było: „gdzie i jak urodzić?”. Po swoich wcześniejszych doświadczeniach wiedziałam, że chcę rodzić naturalnie, o ile nie zaistnieją żadne poważne wskazania do cc[1]. Ale gdzie? Rodziłam w Krakowie w dwóch różnych szpitalach, obydwa miały dobre opinie, a tymczasem żadnego z nich bym nie poleciła innej rodzącej. Więc co? Kolejny krakowski szpital? A co jest lepsze – wady, które już się zna, czy nowe miejsce, które może okazać się lepsze, ale może też okazać się dużo gorsze? I tak, poszukując rozwiązania dla naszej rodziny, trafiłam na hasło „poród w domu”. Moje pierwsze skojarzenia to wioska hipisów i kobiety w luźnych szatach o uduchowionym wyrazie twarzy opowiadające o „sile Matki Ziemi”. I w mojej głowie pojawiła się myśl: „no fucking way” albo grzeczniej: „nie no, fajnie, ale wiesz… to po prostu nie są moje klimaty”. Ale na wszelki wypadek, postanowiłam przełamać swoje opory i dowiedzieć się czegoś więcej na temat porodu w domu.

Im więcej czytałam, tym bardziej ten pomysł do mnie przemawiał. A dziś, siedzę pisząc te słowa w 40-stym tygodniu ciąży. W szafie mam pudło z naszykowanymi rzeczami, w zamrażarce składniki na „rosół porodowy”, a w telefonie numer do „mojej” położnej. I całą sobą jestem przekonana, że poród w domu to najlepsza decyzja dla naszej rodziny. No i w głowie mi się nie może pomieścić, że jeszcze kilka miesięcy temu moja wiedza na ten temat ograniczała się do mglistej myśli, że to jakieś skończone oszołomstwo jest.

Temat porodu w Polsce zaczął bardzo zajmować moje myśli, ze względu na wszystkie „matkowe” grupy na fb, do których należę. Od momentu zajścia w ciążę rzucałam się z fascynacją na każdy post z opisem porodu. Na początku interesowały mnie tylko te z szpitali krakowskich, ale od pewnego momentu czytałam już dokładnie wszystkie. I im dłużej przeglądałam takie wątki, tym bardziej zadziwiona się czułam. Bo wyglądało na to, że nie ma czegoś takiego jak „dobry szpital”. Że przy zapytaniu o jakąkolwiek porodówkę pojawia się tyle samo historii pozytywnych, co negatywnych. A jeśli padnie pytanie dotyczące negatywnych przeżyć porodowych! Ho, ho! Całe historie i kilkuzdaniowe opisy sypią się bez końca. I co jeden, to gorszy. Opisy pełne przemocy, chamstwa, czy po prostu braku szacunku dla rodzącej to standard. Co więcej, pisząc „to standard” nie chodzi mi tylko o statystycznie wysokie prawdopodobieństwo. Chodzi mi też o to, w jaki sposób kobiety opisują swoje doświadczenia. Jest w tym jakaś niesamowity ton rezygnacji (pogodzenia z rzeczywistością?), na zasadzie: „jak było? No wiesz, jak to w szpitalu – traktowali mnie jak cielną krowę, darli się na mnie, rozkazywali, chamsko komentowali. No ale najważniejsze, że dzieciątko zdrowe”.

Wszystkie zdjęcia we wpisie pochodzą ze stronu unspash.com. Bardzo chciałam pokazać Wam zdjęcia z porodów domowych, ale nie znalazłam żadnych, co do których miałabym pewność, że nie naruszam czyichś prawa autorskich. Ale polecam wpisanie w wyszukiwarkę grafiki hasła „homebirth”.

Im dłużej czytałam te wszystkie komentarze (a naprawdę, można je liczyć w tysiącach), tym bardziej krew się we mnie gotowała i miałam coraz głębsze poczucie, że coś tu jest głęboko nie tak. Bo jak to jest możliwe, że aż tyle kobiet ma aż tak złe wspomnienia z porodu w szpitalach, które na stronie https://www.gdzierodzic.info/ mają dobre oceny? A co z tymi, które uważały, że ich poród był ok albo nawet fajny? Czasami zdarzała się taka kobieta. Ale najczęściej, jeśli napisała coś więcej na temat przebiegu porodu, to okazywało się, że wcale nie był tak różowo. Tylko ona miała tak niskie wymagania wobec personelu szpitalnego, że sytuacje, które powinny oburzać, a nawet być podstawą do wytoczenia sprawy w sądzie, przechodziły bez echa. Wypowiedzi w stylu: „fajny poród, jestem zadowolona z tego szpitala. Podali mi oksy, żeby przyspieszyć poród, bo był tłok na porodówce i przez to skurcze bolały tak, że błagałam, żeby mnie zabili i pękła mi szyjka. No ale wszystko skończyło się ok, a córeczka zdrowa”. Ogromna część kobiet, które opisywały swój poród jako pozytywne doświadczenie, tak naprawdę oceniały je przez pryzmat „mogło być dużo gorzej”. „Bo jak rodziła moja matka/ciotka/przyjaciółka, to lekarz wyciskał z niej dziecko tak, że jej żebra połamał/powiedział, że trzeba było się nie puszczać, to by teraz nie bolało/przeoczył zaburzenia tętna dziecka i urodziło się w zamartwicy/kazał jej przeć, gdy nie było pełnego rozwarcia, więc pękła jej szyjka macicy i dostała krwotoku”. I dalej w ten deseń. Ogólnie jak w dowcipie o Stalinie.

A większość skarg na przebieg porodu jest „przyklepywane” przez inne matki stwierdzeniami:„najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło”/„najważniejsze, że dzidzia zdrowa”/„to jeszcze nic! Bo jak moja koleżanka/ciotka/siostra rodziła, to…”.

No żeż kurwa, NIE! Nie jest najważniejsze, że się dobrze skończyło. Najważniejsze jest, że się wydarzyło i jak nie dopuścić do czegoś takiego następnym razem. To, że jakieś traumatyczne, fatalne, odzierające z godności osobistej doświadczenie nie skończyło się tragedią nie oznacza automatycznie, że było „w porządku”! Albo, że „nie ma o czym gadać”. Albo, że kobieta nie ma prawa czuć się źle, być przygnębiona, dostać depresji albo PTSD[2] (Swoją drogą, zaskoczyło mnie jak często w wypowiedziach kobiet powtarzało się stwierdzenie: „z tego powodu nie zdecyduję się na kolejne dziecko”. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że może istnieć całkiem spora grupa kobiet, które mają mniej dzieci, niż by chciały, bo doświadczenie porodu było dla nich tak traumatyczne, że nie zdecydują się na ciążę kolejny raz.).

Zapraszam Was na moje dwie historie porodowe. Podczas których przecież nic strasznego się nie stało, a obydwie dziewczynki zdrowe.

Starsza

Według wyliczeń z daty ostatniej miesiączki, mój termin pierwszego porodu przypadał na 11-go marca 2014. Przez całą ciążę płód był ewidentnie mniejszy, a termin porodu z USG wypadał na później (co przy moich niezwykle długich cyklach było jak najbardziej logiczne), ale wyglądało na to, że żaden lekarz ani położna nie biorą tej informacji pod uwagę. Dlatego też 13-go marca, po zapisie KTG, zostałam przyjęta na patologię ciąży. Trudno było mi uzyskać od kogokolwiek z personelu informację, dlaczego zostaję zatrzymana w szpitalu, oprócz tego, że jestem „po terminie”. Kolejnego dnia porozmawiałam z szefem oddziału i dowiedziałam się, że wyniki KTG, USG i badania ginekologicznego nie wskazują na to, że cokolwiek złego się dzieje ze mną albo z dzieckiem, ale on mnie nie wypisze, bo: „jakby to wyglądało w papierach, że kobietę po terminie wypisałem”. Wyszłam na własne żądanie. W domu spędziłam jeszcze cztery dni, co drugi dzień zgłaszając się na KTG. 18-go marca, po kolejnym KTG, zostałam skierowana na oddział patologii ciąży. Gdy spytałam się dlaczego, to dostałam odpowiedź, że jestem „tyle dni po terminie” (termin porodu z USG miałam na 17-go marca). Skurcze rozpoczęły się następnego dnia rano razem z sączeniem wodnistego śluzu. Poszłam do pielęgniarek, uznały, że to czop śluzowy i nie ma się czym przejmować. Skurcze się nasilały i były bolesne. Przez cały dzień na zmianę spacerowałam po korytarzu podpierając się o ścianę i stałam pod gorącym prysznicem, nikt się mną nie zainteresował. Późnym popołudniem jakiś lekarz zabrał mnie na badanie i stwierdził, że to, co sączyło się ze mnie przez cały dzień, to były wody i mam rozwarcie półtora centymetra. Zabrano mnie na salę porodową, w międzyczasie dotarł do mnie Mąż. W sali od razu zostałam położona na łóżko i podpięta do KTG. Po pół godziny przyszła położna, pokręciła głową i szybko zawołała lekarza. Lekarz przyszedł i od razu zadecydował, że trzeba zrobić cesarskie cięcie ze względu na spadające tętno dziecka podczas skurczów. Nagle wokół mnie rozpoczęła się jakaś szalona bieganina, przewieźli mnie na salę operacyjną, kilka osób jednocześnie mnie dotykało, rozbierało, sadzało na łóżku, ktoś robił mi wenflon, ktoś dotykał po plecach. Na kolejnym skurczu szarpnęłam się z bólu, na co usłyszałam wściekły wrzask kobiety za mną. Wrzeszczała na mnie, że co ja sobie w ogóle wyobrażam i czy ja chcę inwalidką zostać, bo on mi się tu w kręgosłup wbija, a ja się szarpię. Położono mnie na łóżku, a ja dokładnie czułam, jak lekarze dotykają mnie w miejscu, gdzie planują robić nacięcie. Przestraszona powiedziałam, że znieczulenie nie zaczęło chyba jeszcze działać, na co dostałam odpowiedź, że „to teraz jest nieistotne”. Znieczulenie zaczęło jednak działać, ale zanim to się stało, byłam przekonana, że będą mnie rozkrawać „na żywca”. Kobieta-anestazjolog, która zaczęła na mnie wrzeszczeć podczas wkłuwania w kręgosłup, cały czas do mnie mówiła i ani przez moment nie były to komentarze uspakajające czy chociażby merytoryczne. Dopytywała mnie, czy jadłam od rana, gdy potwierdziłam, to zaczęła na mnie krzyczeć, że jestem nieodpowiedzialna. Wyjęli ze mnie Pierworodną, przyłożyli mi na moment do policzka i zabrali (powiedzieli tylko, że wszystko z nią w porządku). Poczułam ból, gdy lekarze zaczęli oczyszczać mi macicę, powiedziałam o tym, zaczęłam szybko oddychać, bo dosłownie czułam, jak ktoś grzebie mi we wnętrznościach i przeraziło mnie to. Anestezjolog zaczęła wrzeszczeć na mnie, że jestem histeryczką i mam się uspokoić, bo się hiperwentyluję. Następnie dopytała się kogoś na sali, jakie miałam rozwarcie zanim trafiłam na salę operacyjną i skomentowała, że: „jak ma się taką słabą wytrzymałość na ból, to się nie powinno w ogóle próbować rodzić naturalnie”. Po operacji zostałam przewieziona na salę poporodową, gdzie czekał już na mnie Paweł z dzieckiem. Położna wytłumaczyła mi, że mam się starać zacząć ruszać nogami, a następnie złapała za głowę Pierworodną, która leżała na mnie i zaczęła walić (tak!) nią o moją pierś. Robiła to tak długo, aż Pierworodna złapała za sutek. Wtedy pielęgniarka wyszła. Dziecko puściło sutek, a jak dostałam dreszczy tak silnych, że całe łóżko się trzęsło. Paweł przykrył mnie swoją kurtką.

Podczas trzech dni na oddziale poporodowym, położne „przystawiały” Pierworodną do moich piersi nadal dokładnie w taki sam sposób, jak za pierwszym razem. Proszone przeze mnie o pomoc, przychodziły, patrzyły kilkanaście sekund, co robię i stwierdzały, że „no przecież ssie” i wychodziły. Do domu wróciłam z obydwoma sutkami pękniętymi na krzyż. Karmienie bolało tak straszliwie, że zaczynałam płakać, gdy wiedziałam, że za chwilę będę musiała ją nakarmić. Ogólnie pierwsze dwa tygodnie po porodzie, jeżeli nie spałam, to siedziałam na łóżku, z płaczącym noworodkiem na kolanach i sama płakałam. Płakałam cały czas i w sumie nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Nie chciałam widzieć nikogo, oprócz Pawła. Oczywiście to wszystko przeszło po kilku tygodniach. Ale samo wspomnienie porodu wracało do mnie każdego dnia przez następne dwa lata (aż do momentu urodzenia Młodszej) i za każdym razem powodowało, że oczy zachodziły mi łzami.

Młodsza

Gdy dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży, to byłam zdeterminowana, by nie pozwolić na kolejną cesarkę tylko dlatego, że „jak raz cc, to zawsze cc”. Ciąża przebiegała książkowo, wszystkie badania były w normie, a i tak każdy lekarz i położna, z którymi rozmawiałam, byli co najmniej lekko zaskoczeni, że zależy mi na porodzie naturalnym. Wybrałam na stronie https://www.gdzierodzic.info/ szpital z dobrymi ocenami i podobno bardzo pro-sn. Znalazłam i opłaciłam położną, której wytłumaczyłam, że najważniejsze dla mnie jest to, by żaden lekarz nie próbował mnie w trakcie porodu zmuszać do cc „bo tak” i, że jej rola ma polegać głównie na chronieniu mnie przed zbędnymi interwencjami medycznymi.

W czwartek, cztery dni przed terminem, zaczęłam czuć skurcze – nieregularne i niezbyt bolesne. Nasilały się i znikały, ale nigdy na dłużej niż godzinę. W piątek przyjechała moja Matka i zabrała do siebie Starszą. Zostaliśmy sami z Mężem, spędzaliśmy ten czas miło i spokojnie – oglądaliśmy seriale, gadaliśmy, gotowaliśmy, graliśmy w planszówki. Mniej więcej też od czwartku przyplątało mi się jakieś choróbsko – głównie objawiało się gorączką powyżej 38 stopni, więc cały czas brałam paracetamol. W niedzielę około czwartej rano obudziły mnie skurcze trochę silniejsze niż wcześniej. Wyszłam z łóżka i poszłam do drugiego pokoju, gdzie zawinięta w kocyk zajęłam się czytaniem książki, co jakiś czas zapisując na kartce kolejny skurcz. Ponieważ nadal były nieregularne i niezbyt bolesne, więc położyłam się na drzemkę. Później wzięłam ciepłą kąpiel i poszłam z Mężem „rozchodzić” skurcze na spacerze z psem. Po telefonicznej konsultacji z położną postanowiliśmy jechać do szpitala. Na izbie przyjęć okazało się, że mam już 6cm rozwarcia. Zostałam wysłana na salę porodową, tam od razu dostałam kroplówkę nawadniającą, ponieważ lekarz stwierdził, że jestem odwodniona po kilku dniach gorączki (informacja o kroplówce jest o tyle istotna, że na karcie wypisu jest informacja, że dostałam oksytocynę. Jeżeli tak było, to zrobiono to totalnie bez mojej zgody i bez poinformowania mnie. Co więcej, podawanie oksytocyny kobiecie po cc jest niebezpieczne – zwiększa ryzyko pęknięcia macicy). Na sali kazali mi się położyć do KTG i to był pierwszy moment, gdy skurcze naprawdę zaczęły mnie boleć. Nie pozwolono mi wstać przez godzinę. W tym czasie odeszły mi wody. W końcu, po odłączeniu od KTG, położna zbadała mnie, stwierdziła, że „to już” i przesadziła na piłkę. Gdy na niej usiadłam, położna powiedziała: „no przyj! To już, przecież chce Ci się przeć!”, na co ja zrobiłam zdziwioną minę, bo zupełnie nie wiedziałam, o co jej chodzi. Próbowałam jakoś wczuć się w moje ciało, ale nie czułam, że „chcę przeć”. W ciągu dosłownie minuty położna stwierdziła: „ty nie umiesz przeć” i kazała mi się położyć na boku na łóżku. Z poleceń położnej zrozumiałam, że mam się starać napinać mięśnie tak, jakbym chciała się wypróżnić. Bardzo chciało mi się krzyczeć przy każdym skurczu, ale położna wrzeszczała na mnie, że mam nie krzyczeć, bo wtedy nie prę. W końcu kazała mi się położyć na plecach. Położna i lekarka złapały mnie za nogi i podciągnęły mi je prawie pod uszy (to było bolesne). Podawały mi sprzeczne polecenia („napnij te nogi!”, „czemu tak napinasz te nogi?!”) i cały czas mówiły, że mam nie wrzeszczeć i przestać tak napinać twarz, bo mi popękają naczynka w oczach. Po którymś skurczu położna zaczęła mi grozić, że jak na następnym skurczu nie wypchnę dziecka, to mnie natnie. Ta informacja była dla mnie kompletnie niezrozumiała, bo ja nadal nie wiedziałam jak niby miałabym spowodować, że córka wyjdzie akurat na najbliższym skurczu. O dziwo, dokładnie to się stało. Młodsza pojawiła się na świecie dwie i pół godziny po wejściu do szpitala.

[Dla wszystkich nieobeznanych z tematem porodu. Skurcze bolą dużo bardziej, gdy kobieta musi leżeć i jest unieruchomiona – czyli dokładnie tak, jak przy zapisie KTG. Przed fazą parcia bardzo często następuje chwilowe wyciszenie akcji porodowej, by rodząca zdążyła nabrać sił – nie trzeba zaczynać przeć od razu, gdy pojawi się pełne rozwarcie. Pozycja leżąca jest najbardziej niekorzystną pozycją dla rodzącej i dziecka (ale najwygodniejszą dla położnej i lekarza, bo nie muszą się schylać). W pozycji leżącej kobieta odczuwa silniejszy ból i musi wyprzeć z siebie dziecko „pod górkę”- wbrew grawitacji. Najlepsze dla matki i dziecka są pozycje wertykalne (klęcząca, stojąca, w kucki, na czworaka). W pozycjach wertykalnych kobieta w ogóle nie musi przeć – grawitacja i skurcze macicy same spowodują wypchnięcie dziecka.]

Trafiłam na salę poporodową z trzema innymi kobietami. Jeszcze tego samego dnia dziewczyna obok mnie dowiedziała się, że jej świeżo narodzony syn ma poważną wadę serca i najprawdopodobniej zespół Downa. Dziecko zostało zabrane, ona – w histerii i spazmach, została na sali z nami. Młodsza miała problem z zassaniem piersi. Co chwilę przychodziła do mnie kolejna położna i miała swoje pomysły na to, jak mam ją karmić (oczywiście na moje tłumaczenie, że ja przystawiam poprawnie tylko dziecko nie ssie, reagowały pełnym wyższości uśmieszkiem). Po trzech dniach, żeby móc w końcu wyjść do domu, spiłam Młodszą sztucznym mlekiem do nieprzytomności, by tylko waga wykazała przyrost masy ciała. Lekarka na obchodzie nie chciała mnie wypisać, bo „nie karmię piersią”, dała się przekonać dopiero gdy powiedziałam, że poprzednią córkę karmiłam naturalnie.

Tak wyglądają moje doświadczenia porodowe. Traumatyczne? Pewnie nie. Straszne? Pewnie znacie dużo kobiet, które przeszły dużo gorsze porody. Niemniej jednak są to dwa wydarzenia naznaczone: brakiem empatii, przedmiotowym traktowaniem, a w niektórych momentach po prostu zwyczajnym brakiem szacunku. Czy mam traumę? Nie. Ale czuję niechęć. Niechęć do personelu szpitalnego, który mimo całego swojego profesjonalizmu (moje cc było wykonane wzorowo) nie potrafi potraktować mnie jak istoty ludzkiej, a już na pewno nie potrafi potraktować mnie jak kogoś równego sobie i zasługującego na szacunek i wsparcie.

Poród to bardzo specyficzna sytuacja w medycynie. Chyba jedyna, gdy w szpitalu ląduje osoba zdrowa. Rodząca nie jest chora, poród to nie patologia. Poród, w ogromnej większości przypadków, to czysta fizjologia. Coś, z czym ciało kobiety jest w stanie poradzić sobie samo, o ile nikt mu nie przeszkadza. Poród jest też niesamowicie silnie powiązany ze sferą psychiki – poczucie bezpieczeństwa, komfort, poczucie sprawczości są tu kluczowe. I dlatego uważam, że na porodówkach wymagania wobec personelu medycznego powinny być szczególne. Empatia, wysoka kultura osobista, szacunek[3] wobec rodzącej to nie powinna być „wygrana na loterii” tylko standard. A w Polsce mało, że tak nie jest, to wydaje się, że nawet nikt nie wierzy, że tak by mogło być. Wygląda na to, że wymagania wobec personelu medycznego są wśród Polek są tak niskie, że każde chamstwo ujdzie płazem. A kobiety, które się skarżą, od razu zostają przywołane do porządku sugestią, że powinny się cieszyć, że dziecko zdrowe, zamiast się nad sobą rozczulać.

Ale ja nie mam zamiaru kolejny raz pozwolić, by ktoś potraktował mnie bez szacunku i narzucał mi (dla swojej wygody), jak ma wyglądać mój poród. Dlatego tym razem będę rodziła w domu. Bo tym razem to ja chcę wyznaczać rytm porodu i to moje zdanie ma się liczyć i ma być szanowane.

Może się wydawać, że brzmi to bardzo samolubnie, że „mój komfort”, „moje zdanie”, no bo gdzie w tym wszystkim to dziecko? Pamiętam, jak zdewastowana psychicznie się czułam po pierwszym porodzie. I jak niewiele w związku z tym potrafiłam dać z siebie Pierworodnej. Pamiętam, jak bardzo czułam się zmęczona pobytem w szpitalu po porodzie Młodszej i jak źle na nasze wspólne początki karmienia wpłynęły wszystkowiedzące położne. I ile czasu trzeba było, byśmy złapały wspólny rytm i polubiły czas karmienia (podpowiem – cztery miesiące). Dlatego też uważam, że temu dziecku nie mogę dać nic lepszego niż MÓJ komfort podczas porodu. Że w im lepszym stanie psychicznym będę po tym porodzie, im więcej uzyskam wsparcia i poczucia bezpieczeństwa, tym lepszą matką będę potrafiła być.

Myślę, że poród to jest jedno z największych przeżyć w życiu kobiety. Albo inaczej. Uważam, że poród MOŻE być jednym z najważniejszych przeżyć dla kobiety. Może być niesamowicie niszczący – zarówno dla ciała, jak i psychiki. Może poważnie zaburzyć nawiązywanie więzi z dzieckiem. Może zniszczyć poczucie własnej wartości kobiety, odrzeć ją z godności, pozostawić w poczuciu porażki, wrażeniu, że „nie dała rady i nie jest dobrą matką”. A z drugiej strony, gdy podarujemy rodzącej poczucie sprawstwa, wsparcie, bezpieczeństwo i szacunek dla niej, jako człowieka i dla jej ciała, kiedy powiemy jej: ‘wierzę w Ciebie. Twoje ciało wie, co robić, a Ty jesteś silna i pomożemy Ci przez to przejść”, to wtedy poród może być jednym z najlepszych i najważniejszych doświadczeń w życiu kobiety. Może dać jej siłę i wiarę w siebie na całe życie. Może pomóc jej się urodzić jako matce.

Niektórzy zastanawiają się, po co w ogóle szarpać się na coś takiego. Przecież przy dzisiejszym rozwoju medycyny można po prostu umówić się na cesarkę. A jak ktoś już koniecznie chce naturalnie, to poprosić znieczulenie, a potem jeszcze oksytocynę, żeby szybciej poszło i mieć to z głowy. Ale dla mnie, to jest tak, jakby ktoś się mnie pytał: „po co ćwiczysz miesiącami, żeby przebiec maraton, jak możesz wsiąść w samochód i przejechać 42 195 metrów w kilkanaście minut?”. No można. Ale uczucie po minięciu mety nie będzie takie samo. Chcę, aby ten poród był największym prezentem, jaki kiedykolwiek sprawię sobie, jak i naszej trzeciej córce. I proszę, trzymajcie kciuki, żeby się udało.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Błagam, zanim posypią się komentarze w stylu: „a nie boisz się, że coś się stanie tobie albo dziecku?”. Ten wpis ma 6 stron. Gdybym miała odpowiedzieć na to pytanie, to miałby drugie tyle. Wpis o bezpieczeństwie porodu domowego właśnie tworzę. Proszę, wstrzymajcie się z obiekcjami do momentu, aż go przeczytacie.

P.s. Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze pod poprzednim wpisem. Nadal dysponuję bardzo ograniczonym siłami i bardzo mi zależało, by opublikować ten wpis (i, jeśli się uda, kolejny) przed porodem. W związku z tym na razie wszystkie moje rezerwy energetyczne inwestuję w dokończenie tego tematu. A potem to już nic innego nie będę robić tylko odpisywać i odpisywać 😉

[1] „Raz cesarka – zawsze cesarka” to nie jest poważne wskazanie. Dziecko o wadze koło 4kg to nie jest poważne wskazanie.

[2] PTSD – zespół stresu pourazowego KLIKTo nie jest coś, co dotyka tylko żołnierzy po powrocie z Afganistanu albo ofiary brutalnego gwałtu.

[3] Nie zrozumcie mnie źle. Ja uważam, że to są cechy, którymi personel medyczny powinien wykazywać się zawsze. Nie tylko personel medyczny, ale w ogóle wszyscy ludzie.

[4] To jest stare i przede wszystkim błędne przekonanie funkcjonujące w świecie medycznym.

  • Matkoświęto! Obie moje dziewczyny rodziłam w Szwajcarii i nawet nie miałam pojęcia, że taka ze mnie szczęściara i że tak to wygląda w Polsce. Przecież to nienormalne! Jak kobiety mogą się na to godzić? Dobrze, że o tym piszesz. Kiedyś była taka akcja „Rodzić po ludzku”, ale chyba nic nie dała…
    Sama rodziłam naturalnie, raz ze znieczuleniem, raz bez. I może to zabrzmi heretycko, ale poród bez znieczulenia był lepszy, chociaż o wiele bardziej bolał. Za to naprawdę czułam, że rodzę, że jesteśmy w tym obie z córką i weszłam w taki stan, w jaki nigdy w życiu. To było niesamowite.
    Życzę zatem szczęśliwego rozwiązania w przyjaznym otoczeniu. Masz rację, poród JEST bardzo ważny.

  • Monika Grzybowska

    Dzis mija rok od mojego porodu, wiec w tej podnioslej chwili napisze jak bylo u mnie. Miałam rodzic w Warszawie na żelaznej w domu narodzin, czyli poród ala w domu ale w szpitalu, z położna bez ktg i wenflonow. Odeszly mi wody w nocy i po 6 h czekania na skurcze pojechaliśmy. Na ktg nic, brak skurczy i nie przyjeli mnie do domu narodzin, chociaż ciąża książkowa i miałam wstępne przyjecie pod koniec ciąży. No to blok porodowy. Zaczęło się, ktg ciągłe, oksytocyna, antybiotyk. Siedzialam i plakac mi sie chciało, bo bylam okablowana jak umierajaca a tu miało byc naturalnie. I myślałam ze to nic nie da i ze zaraz mnie skroja. Na szczęście po godzinie mialam juz regularne skurcze i poszlo rozwarcie. To dało mi kopa i nadzieję ze sie uda. Położne byly super mile i ciagle pytaly jak pomóc. Mialam tens i cieple oklady, kapiel, pelne wsparcie. W końcu zdecydowalam sie na znieczulenie zo, ktore położna zaproponowala. Mialam ktg mobilne ale za bardzo się rzucalam w skurczach zeby mogło rejestrować, a przy oksy chcieli miec ciągły zapis. Pol godziny po znieczuleniu urodziłam😉 oczywiście z nacieciem, ale za zgodą i z moja wiedzą, bolało mimo znieczulenia! Malutka od razu na mnie😃 i tu zaczyna się ta gorsza część, bo musieli mi wyczyścić do konca łożysko. Wiec dziekowalam sobie za znieczulenie i to ze jestem na bloku. Porod wspominam bardzo fajnie mimo wszystko. Jestem dumna z,siebie i z męża. Personel mega pomocny, czuć bylo ze maja sytuacje pod kontrola. Dni po porodzie ciężkie i dlugie. Mało snu, bol przy karmieniu, byłam az 5 dni i zdazylam sie tak zmęczyć szpitalem i zastrzykami, wenflonami i płaczem wszystkich noworodków.

  • Pat

    Gratuluję odważnej decyzji. Również rodziłam w domu, chociaż droga do decyzji jak również realizacja celu były trudne, zwłaszcza jak się mieszka w małym mieście. Na szczescie położne są mobilne mogą dojechać nawet te 100 km do rodzącej. Jak się bardzo czegoś chce to się zawsze osiągnie cel. Przeżycie choć bolesne to piękne:) Pomoc i wsparcie położnej nieocenione. Niestety taki porod to duży wydatek, bo niestety nie jest to refundowane przez NFZ:/

  • VK

    Rodziłam pierwsze dziecko w domu. 20 godzin. I to było takie przeżycie, jak piszesz: niezwykle, cudowne, budujące na całe życie. Jedno z najważniejszych i najpiękniejszych w życiu.Niedałaby ani minuty i z pewną dozą niecierpliwości czekam na powtórkę. Trzymam mocno za Ciebie kciuki. PS. Też nie jestem hippiską 😉

  • Kocz1lla

    Nie rodziłam, nie planuję rodzić, a i tak przy czytaniu chciało mi się płakać. Twoje historie to realizacja moich koszmarów o spotkaniu z lekarzem. Przed każdą wizytą specjalisty boję się, że ktoś na mnie na wrzeszczy, wyśmieje, wytknie, że coś zaniedbałam, że będzie bolało, no i oczywiście, że coś złego się okaże. Myślę, że byłaś bardzo dzielna, ja bym dostała spazmów.
    Oczywiście rozumiem, że w takim momencie człowiek nie powinien czuć się zobligowany do bycia dzielnym.
    Nie ukrywam też, że czekam na drugą część Twojego wpisu, bo przy porodzie domowym bardzo bałabym się komplikacji.
    A przede wszystkim życzę, żeby wszystko poszło po Twojej myśli i zostawiło miłe wspomnienia! 🙂

  • Joanna

    Magdo, powodzenia. Niech bedzie tak jak zaplanowałaś. Bez dodatkowych atrakcji.

  • Eenn

    Przesyłam Ci dużo dobrej energii! Żeby wszystko poszło zgodnie z planem! Czekam na kolejny wpis i opowieść o Waszym pięknym porodzie.

  • kurcze blade! akurat teraz ten post!
    w ogóle to tak: kończę właśnie 32 tydzień ciąży. nie chcę rodzić tam, gdzie rodziłam, mam podobne doświadczenia jak ty. co prawda nie skończyło się cesarką, ale miałam wszystkie możliwe interwencje jakie się dało (przebicie pęcherza, oxy, znieczulenie, nacięcie), też słyszałam, że poród „nie może wiecznie trwać”, mało poszanowania intymności. oczywiście na „rodzić po ludzku” szpital ma wysokie referencje. miałam opłaconą położną, plan porodu. jednak najgorsza była współpraca z pielęgniarkami noworodkowymi po porodzie. mówiły do mnie „mama”, rzucały pogardliwe komentarze, usłyszałam, że chcę zagłodzić dziecko piersią. no, było źle. raz zaczęłam spazmatycznie płakać, bo trudno mi było pogodzić się z tym, co się dzieje. usłyszałam: „nie płacz, mama, jeszcze ktoś pomyśli, że ci krzywdę robią” :/
    siedzę i przeglądam te szpitale. pytam znajomych lekarek. ciągle nie wiem. boję się powtórki. nie wiem, czy będzie trzeci poród, chciałabym to lepiej przeżyć. napisałam półtora roku temu wpis „chciałabym urodzić w domu”. jest mi to bardzo bliskie, co piszesz.
    czekam na wpis później – jak było.

    • MatkaSkaut

      No widzisz, też taki miałaś poród, że przecież „oj tam, oj tam, nic wielkiego się nie stało”. A tak naprawdę, to aż mi się smutno zrobiło, jak przeczytałam to, co napisałaś. Poród i te pierwsze dni po porodzie to są naprawdę chwile, gdy kobieta jest szczególnie delikatna i bezbronna i takie komentarze i zachowania personelu potrafią być niesamowicie raniące.
      P.s. u mnie jeszcze pielęgniarki miały zwyczaj łapać (bez pytania i bez ostrzeżenia) za skutek i ściskać, żeby sprawdzić „czy jest mleko”. No przecież nie ma się o co boczyć, te panie miały dobre intencje.