Dobrze we własnym ciele

Każda podróż do samopoznania zaczyna się od niewygody. Przynajmniej u mnie. Dyskomfort narasta, czuję, że nie mieszczę się ze swoimi uczuciami w kokonie z moich przekonań i strategii działania.

Że one już nie wystarczają, żeby poradzić sobie z tym, co się dzieje we mnie. Albo mogłyby wystarczyć, ale ja czuję, że nie chcę już się w ten sposób zachowywać, w ten sposób siebie traktować. I wtedy przychodzi czas na niepokój i wewnętrzne drżenie. Bo zostać się już nie da, a jeszcze nie wiadomo, gdzie iść. Tym razem ten opis dotyczył mojego stosunku do mojego ciała.

Najpierw nakreślę Wam sytuację, od której wszystko się zaczęło (tzn. nie tak od początku, na historię mojej głębokiej nienawiści do własnego ciała i wyglądu od czasów nastoletnich jeszcze przyjdzie czas). Po urodzeniu Najstarszej i Młodszej udało mi się za każdym razem wrócić do wagi sprzed ciąży. Niestety, nie jestem jedną z tych kobiet, którym wystarczyło karmić piersią i zajmować się dzieckiem, by kilogramy niepostrzeżenie zniknęły (jak piszę to zdanie, to wręcz fizycznie czuję niechęć wobec wszystkich kobiet, które tak miały. To okropne.). Ale kilka lat przed zajściem w pierwszą ciążę obiecałam sobie, że już nigdy więcej sobie tego nie zrobię. „Tego” czyli nie będę się odchudzać. Miałam wtedy za sobą 7 lat naprzemiennego odchudzania się, objadania i „uważania na jedzenie”. Więc po obydwóch ciążach schudłam tylko i wyłącznie za pomocą ćwiczeń. Ćwiczyłam co najmniej 6 dni tygodniu po godzinie dziennie. I myślałam, że po trzeciej ciąży zrobię dokładnie to samo. Tymczasem okazało się (szok i niedowierzanie), że wygospodarowanie godziny dziennie przy opiece nad trójką małych dzieci jest trudne. Dodatkowo (jeszcze większy szok), okazało się, że nawet gdybym wygospodarowała tę godzinę, to jestem tak potwornie zmęczona i niewyspana, że nie jestem w stanie ćwiczyć (wiecie, „nie jestem dość zmotywowana”). W związku z tym, w pierwszych tygodniach po porodzie, schudłam kilka kilogramów, a potem przestałam chudnąć. A potem przytyłam z powrotem te kilka kilogramów. A po kilku miesiącach przytyłam jeszcze kilka. Koniec końców, od grudnia ważę mniej więcej tyle, co w dniu porodu (czyli, kiedy miałam jeszcze dziecko w sobie). I jest to waga 20 kilogramów większa, niż moja „standardowa” (podkreślam – „standardowa”, a nie „wymarzona”).

No i okazało się, że to jest dla mnie nie do zniesienia. Patrzenie na siebie w lustrze, patrzenie na siebie po prostu, ubieranie takich wielkich ubrań, kupowanie takich dużych rozmiarów. To wszystko powodowało, że w mojej głowie wciąż kotłowały się nienawistne myśli: „to tak nie może wyglądać. Muszę coś z tym w końcu zrobić. Wyglądam obrzydliwie. Jestem obrzydliwa. Jestem obrzydliwym grubasem.”. Ale jednocześnie jakaś dojrzalsza część mnie równolegle czuła, że nie chce sobie „tego” robić. „Tego” czyli podejmować nieskuteczne próby odchudzania, ale też organizowania sobie codziennych wyczerpujących ćwiczeń kosztem totalnego wycieńczenia, braku czasu i narastającej wściekłości z tej sytuacji. I wtedy zaczęło się drżenie.

Najpierw trafiłam (nie mam pojęcia, jakimi ścieżkami) na blog Uli (Galantej Lali). Przeczytałam jej teksty o tym: jak bardzo dzisiejsza kultura nienawidzi grubych ludzi, czy związki pomiędzy nadwagą a zdrowiem są rzeczywiście tak bardzo oczywiste, jak społeczeństwo traktuje grubych, jak czują się kobiety z nadwagą. I te wpisy zaczęły mi przestawiać w głowie. Potem pojawiła się książka „Obsesja piękna” polecona przez Basię z tumnieboli. I to było coś, co po prostu rozsadziło mi głowę. Czytałam, podkreślałam, robiłam wykrzykniki, czytałam Pawłowi na głos, płakałam. Wynikiem tej książki był tekst o niepięknym ciele KLIK. Ale to nie był koniec. Potem była jeszcze grupa fb Syreny Lądowe, stworzona przez Ulę, gdzie zobaczyłam społeczność kobiet, które często nie wpasowują się w kulturowe kanony „piękna”, ale są szczęśliwymi, fascynującymi i pełnymi energii ludźmi. A na koniec pojawił się (znowu polecony przez Basię) fanpage Antydieta i powiązany z nim blog https://www.pieknobezgranic.pl/ .

Zdjęcia jak zawsze z unspash.com

I teraz jestem niby w tym samym ciele, ale jakby w zupełnie innym miejscu w swojej głowie. Dla mnie zmiana jest ogromna, jest to jakościowy skok w moim życiu, który spowodował, że pomimo że obiektywnie moje ciało jest teraz „najbrzydsze”* z całego życia, to ja czuję się z nim najlepiej z całego życia. Pcha mi się pod palce, że napisać, że zawarłam rozejm z moim ciałem. Ale ono nigdy ze mną żadnej wojny nie prowadziło. Moje ciało zawsze chciało dla mnie dobrze – żebym była zdrowa, najedzona, sprawna. To ja zajmowałam się nieustannym torturowaniem swojego ciała, karaniem go za to, że nie dopasowuje się do moich wyobrażeń. Dziś, gdy o tym myślę, to czuję potworny smutek. Żal mi swojego ciała. Równocześnie żal mi samej siebie.

Dzisiaj chciałam Wam napisać nie tyle o tej przemianie, która działa się w głowie (choć macie już zarys tego procesu), ale o rzeczach, które realnie robiłam (lub nie robiłam), które wsparły ten proces. No to po krótkim (liczącym 776 słów) wstępie zapraszam do adremu.

-Pozbyłam się ubrań, które są na mnie za małe. Najpierw schowałam je w szafie, ale jakoś tak cały czas wpadały mi w ręce i za każdym razem wzięcie takiego ubrania do ręki powodowało, że czułam się ze sobą bardzo źle i zastanawiałam się czemu jestem taka leniwa i beznadziejna, że nie umiem się zmobilizować do ćwiczenia i jedzenia mniej. Potem za małe ubrania wylądowały w pudle, ale w końcu zdecydowałam się je wydać. Oddałam je osobom, które lubię i które szczerze się z nich ucieszyły. Pomyślałam sobie, że to przecież nie jest wina tych ubrań, że są na mnie za małe i dlaczego ja je karzę więzieniem na dnie szafy? Niech idą cieszyć innych ludzi. To było dla mnie trudne, ale po wszystkim poczułam sporą ulgę. Chyba potrzebowałam psychicznie pożegnać się z nadzieją, że „przecież jeszcze kiedyś schudnę”.

-Przestałam chodzić w ubraniach, które są „na styk”. Przestałam nosić bardzo obcisłe spodnie, które rano pasują, ale po zjedzeniu obiadu zaczynają niemiłosiernie cisnąć w pasie. Nie noszę nic, co swoim nieustannym uciskiem powoduje dyskomfort i jest nieustannym przypomnieniem, że ważę więcej niż bym chciała. Ogólnie zrezygnowałam z noszenia bardzo mocno obcisłych rzeczy. Nie oznacza to, że noszę bezkształtne worki, w których próbuję się ukryć. Przy mojej obecnej wadze po prostu dużo bardziej widzę fluktuację moich wymiarów ciała w ciągu dnia – wzdęcie brzucha, opuchnięcie nóg czy rąk. Dlatego nie noszę na przykład rzeczy mocno uciskających w pasie. Oprócz tego, że to po prostu boli, to dodatkowo ciało z większą ilością tłuszczu jest bardziej miękkie i taki pasek w spodniach czy guma w legginsach mocno wrzynają się w ciało i powodują efekt wypływania brzucha górą albo „wyciskania” wałeczków w okolicach talii. To powoduje, że czuję dyskomfort. Nie będę sobie tego robić. Nie noszę też bardzo obcisłych, cienkich bluzek – podkreślają wałeczki na plecach czy w okolicach pach, co też nie jest dla mnie komfortowe. I żeby była jasność – w żadnym wypadku nie mówię, że kobieta nie może nosić ubrań, które pokazują jej wałeczki. Może, jeśli tylko ma ochotę. Po prostu ja czułam się wtedy skrępowana, a to powodowało, że nieustannie, z tyłu głowy, miałam negatywne myśli na temat mojego wyglądu, co przekładało się na mój dobrostan psychiczny. Ja (na razie?) nie chcę nosić takich rzeczy, bo niepotrzebnie w takich sytuacjach skupiam się na swoim wyglądzie, a chcę sobie tego oszczędzić. Uważam, że całe moje dotychczasowe życie myślałam o tym tak dużo, że wyrobiłam już swoją normę. Nie muszę już na ten temat myśleć aż do śmierci.

-Zaczęłam kupować sobie ładne ubrania w dużych rozmiarach, zamiast czekać, aż schudnę. Przestałam nosić ciążowe, powyciągane rzeczy. Znalazłam fasony ubrań, w których czuję się komfortowo i estetycznie. Niestety, jest to spore wyzwanie. W sklepach jest mało ciuchów w większych rozmiarach, a jeśli już są, to często są paskudne. Ogromnym wsparciem była dla mnie w tej sprawie grupa fb Syreny Lądowe, gdzie dziewczyny wymieniają się namiarami na fajne firmy odzieżowe. Niestety, kupowanie większych rozmiarów oznacza najczęściej kupowanie przez internet. Aby znaleźć ubrania dla siebie musiałam kilkukrotnie zrobić większe zamówienia w różnych firmach, a następnie odesłać większość, co jest sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Tanio udało mi się tylko zaopatrzyć w koszulki na lato w pobliskim lumpeksie.

-Nie noszę ubrań, w których czuję się niekomfortowo. Mogłoby się wydawać, że się powtarzam, ale wcale nie 😉 W książce „Obsesja piękna” autorka zwraca uwagę na fakt, że ubrania kobiet są najczęściej ładne, ale niewygodne, co powoduje, że musimy być cały czas skupione na swoim wyglądzie. O co chodzi? O ramiączko od stanika, które cały czas wystaje z bluzki ze zbyt szerokim dekoltem. O sukienkę, która się podciąga do góry podczas chodzenia. O rozcięcie w spódnicy, przez które widać majtki jak źle staniesz. O stanik i bluzkę z cieniutkiego materiału, przez które przebijają się sterczące sutki. O białą koszulę przez którą prześwituje stanik. O obcisłe spodnie, które wżynają się w kroku. Dla facetów wygoda jest priorytetem. Dla kobiet wygoda przegrywa z atrakcyjnością. I potem męczymy się cały dzień i cały czas część naszej energii mentalnej jest zaangażowana w sprawdzanie i kotrolowanie naszego wyglądu. Dlatego uznałam, że koniec z tym. O ubraniach chcę myśleć tylko rano, gdy się ubieram i decyduję, co na siebie włożyć. Później mam ważniejsze rzeczy do robienia (i myślenia) w swoim życiu. Rzeczy, w których nie czułam się do końca dobrze, zawiozłam do krawca na przeróbki. Te, których nie dało się poprawić, zostały wydane.

Po tych zmianach mogę śmiało powiedzieć, że o ciuchach myślę tylko, gdy rano podejmuję decyzję, co do stroju. W ciągu dnia mój ubiór nie zajmuje moich myśli. Co najwyżej, co jakiś czas przez moją głowę przemknie myśl, że fajnie wyglądam.

-Zrewidowałam swoje podejście do „dbania o siebie”. To też jest skutkiem książki „Obsesja piękna”. Autorka zwraca tam uwagę, że kobiety poświęcają ogrom czasu i pieniędzy na ulepszanie swojego wyglądu. I już mniejsza tu o tak poważne wydatki jak: operacje plastyczne, prywatni trenerzy, porady dietetyczne czy diety pudełkowe. Chodzi mi o bardziej „standardowe kobiece dbanie o siebie” – czyli kosmetyki pielęgnacyjne, makijaż i fryzjer. Kultura popularna wmawia nam, że „kobiet tak mają”, że ekscytują się wizytą u fryzjera czy nowym kolorem paznokci. Że „po co komu terapia, jak mogę sobie kupić nową parę butów”. Szczerze? Wątpię. Nie neguję tego, że każda z nas może mieć jakiś swój sposób dbania o siebie, który lubi. Ale grubą przesadą jest stwierdzenie „masz waginę, czyli lubisz kupowanie ciuchów, malowanie paznokci i siedzenie u fryzjera”. Ja musiałam się poważnie zastanowić, co dla mnie jest „dbaniem o siebie”, a co zostało mi narzucone i poświęcam na to swój czas, energię i pieniądze zupełnie bez sensu. W związku z tym powstały dwie listy. Najpierw to, czego nie lubię (i mam zamiar robić jak najrzadziej):

  • chodzenia w butach na obcasach
  • depilowania nóg**
  • malowania paznokci (własnoręcznie, do kosmetyczki mogłabym iść)
  • robienia i zmywania makijażu
  • nakładania maseczek na twarz
  • w ogóle całej pielęgnacji ciała poza użyciem balsamu do ciała raz na jakiś czas
  • kupowania ubrań
  • kupowania butów

Za to szczerze lubię:

  • ładnie pachnieć perfumami
  • chodzić do fryzjera
  • dbać o włosy
  • masaże relaksujące.

Uzbrojona w tę wiedzę o sobie jestem dużo mniej podatna na „inwestowanie” swojej energii, czasu i pieniędzy w kolejne produkty lub usługi, które mają mi pomóc „zadbać o siebie” i „być atrakcyjniejszą”.

-Pozbyłam się wagi z domu. To nie do końca prawda. Waga jest gdzieś w naszym domu. Ale ja nie wiem gdzie i z niej nie korzystam. Samo patrzenie kilka (kilkanaście) razy dziennie na wagę stojącą w łazience, przypominało mi o mojej nadwadze. A ważenie się to był jakiś dramat. Z jednej strony nie mogłam się powstrzymać przed robieniem tego. Z drugiej, waga zazwyczaj pokazywała, że albo nie schudłam albo że jeszcze przytyłam. Obydwie te informacje powodowały, że cały dzień miałam zepsuty humor.

-Zmieniam podejście do jedzenia. To jest zmiana, która dopiero zaczyna się dziać i nie wiem jeszcze do końca, co z tego wyniknie. Może na razie nakreślę Wam tylko kierunek zmian. Bardzo zaciekawiło mnie to, o czym pisze Małgosia na swoim blogu www.pieknobezgranic.pl. Pierwszy raz spotkałam się z pojęciem odżywiania intuicyjnego i jak na razie mam poczucie, że wdrożenie tych założeń w życie nie będzie łatwe w moim wypadku. A to dlatego, że ja nigdy nie jadłam intuicyjnie. Małgosia w jednym z wpisów pisze, że jako dziecko każdy z nas jadł intuicyjnie. Niestety, to nie jest prawda. Ja od urodzenia byłam karmiona z butelki, zgodnie z tabelką. Następnie byłam małym niejadkiem, w którego wmuszano jedzenie. A potem już byłam nastolatką, która głodziła się, żeby mieć szczuplejsze uda. Tymczasem sama karmiłam wszystkie swoje dzieci piersią na żądanie, a potem rozszerzałam im dietę metodą BLW. Robiłam to właśnie z szacunku dla nich i uważając, że organizm dziecka wie ile i czego potrzebuje (fajny wpis na ten temat napisała Basia KLIK). Jednak, jak na razie, ciężko mi zaufać, że moje ciało (tak samo, jak ciało moich dzieci) „wie co robi” i mogę przestać zajmować się kontrolowaniem tego co i kiedy jem.

A tu ja. Właśnie wybiegam z lodowatej wody po morsowaniu. a miałam zamiar nie jechać na morsowanie, bo wstydziłam się pokazać w kostiumie kąpielowym.

No i teraz najważniejsze – „i co, i co? Teraz już kochasz siebie? Nie chcesz już schudnąć?”. Odpowiedzi na te pytania nie są niestety tak proste, jak w amerykańskich poradnikach albo programach typu „makeover”. Czuję zmianę na lepsze, ale nie jest to przeskoczenie na drugą stronę skali. To, co czuję wobec swojego wyglądu, to nie jest zachwyt. Nie czuję się piękna i szalenie atrakcyjna. Nie jestem boginią. Dla mnie zmiana polega głównie na tym, że myślenie o moim wyglądzie zajmuje o wiele mniej przestrzeni w mojej głowie. I to jest ogromna ulga. Odpoczynek. Czuję, jakbym w końcu siadła i sobie odetchnęła po baaardzo długim okresie bezproduktywnego krzątania się. Widzę też zmianę w uczuciach, które budzi we mnie moje ciało. Jak już wspomniałam, nie jest to zachwyt. Ale też nie jest to wstręt czy obrzydzenie. Myślę, że najbliżej temu uczuciu do troski. Bardziej zastanawiam się, czego moje ciało potrzebuje, by było mu dobrze zamiast zastanawiać się co i jak mam w swoim ciele zmienić, bym czuła się z nim dobrze. Czy chcę dalej schudnąć? Tutaj też odpowiedź nie jest taka oczywista. Gdyby przyleciała do mnie magiczna wróżka i zaproponowała mi, że machnie różdżką i z mojego ciała zniknie 20 kilogramów tłuszczu, to bym powiedziała „jasne!”. Ale mając świadomość ile wysiłku, czasu, energii, a przede wszystkim, ile negatywnych emocji będzie mnie kosztowało zrzucenie tych kilogramów i jak wielka jest szansa (tu sobie poczytajcie KLIK), że te kilogramy wrócą, to mówię: „nie, dzięki. Mam ważniejsze sprawy w życiu, na które chcę spożytkować tę energię i czas”.

I to tyle na dziś. Proces trwa, postaram się zdać Wam z niego relację za jakiś czas. Na koniec chciałam podziękować Uli (czyli Galantej Lali) za jej pełne pasji wpisy, które zaczęły kruszyć beton w mojej głowie, Basi z tumnieboli za polecenie książki i fanpage’a Antydieta oraz Małgosi z pieknobezgranic, za ukazaniu mi nowej perspektywy w kwestii relacji z jedzenia. Dziewczyny, dziękuję, jest moc 🙂

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

* zgodnie z kulturowymi normami, które piękno u kobiety definiują głównie jako szczupłość i młodość.

** już mam pół wpisu na ten temat. Jeszcze jakiś rok i go opublikuję.