Dobrze we własnym ciele

Każda podróż do samopoznania zaczyna się od niewygody. Przynajmniej u mnie. Dyskomfort narasta, czuję, że nie mieszczę się ze swoimi uczuciami w kokonie z moich przekonań i strategii działania.

Że one już nie wystarczają, żeby poradzić sobie z tym, co się dzieje we mnie. Albo mogłyby wystarczyć, ale ja czuję, że nie chcę już się w ten sposób zachowywać, w ten sposób siebie traktować. I wtedy przychodzi czas na niepokój i wewnętrzne drżenie. Bo zostać się już nie da, a jeszcze nie wiadomo, gdzie iść. Tym razem ten opis dotyczył mojego stosunku do mojego ciała.

Najpierw nakreślę Wam sytuację, od której wszystko się zaczęło (tzn. nie tak od początku, na historię mojej głębokiej nienawiści do własnego ciała i wyglądu od czasów nastoletnich jeszcze przyjdzie czas). Po urodzeniu Najstarszej i Młodszej udało mi się za każdym razem wrócić do wagi sprzed ciąży. Niestety, nie jestem jedną z tych kobiet, którym wystarczyło karmić piersią i zajmować się dzieckiem, by kilogramy niepostrzeżenie zniknęły (jak piszę to zdanie, to wręcz fizycznie czuję niechęć wobec wszystkich kobiet, które tak miały. To okropne.). Ale kilka lat przed zajściem w pierwszą ciążę obiecałam sobie, że już nigdy więcej sobie tego nie zrobię. „Tego” czyli nie będę się odchudzać. Miałam wtedy za sobą 7 lat naprzemiennego odchudzania się, objadania i „uważania na jedzenie”. Więc po obydwóch ciążach schudłam tylko i wyłącznie za pomocą ćwiczeń. Ćwiczyłam co najmniej 6 dni tygodniu po godzinie dziennie. I myślałam, że po trzeciej ciąży zrobię dokładnie to samo. Tymczasem okazało się (szok i niedowierzanie), że wygospodarowanie godziny dziennie przy opiece nad trójką małych dzieci jest trudne. Dodatkowo (jeszcze większy szok), okazało się, że nawet gdybym wygospodarowała tę godzinę, to jestem tak potwornie zmęczona i niewyspana, że nie jestem w stanie ćwiczyć (wiecie, „nie jestem dość zmotywowana”). W związku z tym, w pierwszych tygodniach po porodzie, schudłam kilka kilogramów, a potem przestałam chudnąć. A potem przytyłam z powrotem te kilka kilogramów. A po kilku miesiącach przytyłam jeszcze kilka. Koniec końców, od grudnia ważę mniej więcej tyle, co w dniu porodu (czyli, kiedy miałam jeszcze dziecko w sobie). I jest to waga 20 kilogramów większa, niż moja „standardowa” (podkreślam – „standardowa”, a nie „wymarzona”).

No i okazało się, że to jest dla mnie nie do zniesienia. Patrzenie na siebie w lustrze, patrzenie na siebie po prostu, ubieranie takich wielkich ubrań, kupowanie takich dużych rozmiarów. To wszystko powodowało, że w mojej głowie wciąż kotłowały się nienawistne myśli: „to tak nie może wyglądać. Muszę coś z tym w końcu zrobić. Wyglądam obrzydliwie. Jestem obrzydliwa. Jestem obrzydliwym grubasem.”. Ale jednocześnie jakaś dojrzalsza część mnie równolegle czuła, że nie chce sobie „tego” robić. „Tego” czyli podejmować nieskuteczne próby odchudzania, ale też organizowania sobie codziennych wyczerpujących ćwiczeń kosztem totalnego wycieńczenia, braku czasu i narastającej wściekłości z tej sytuacji. I wtedy zaczęło się drżenie.

Najpierw trafiłam (nie mam pojęcia, jakimi ścieżkami) na blog Uli (Galantej Lali). Przeczytałam jej teksty o tym: jak bardzo dzisiejsza kultura nienawidzi grubych ludzi, czy związki pomiędzy nadwagą a zdrowiem są rzeczywiście tak bardzo oczywiste, jak społeczeństwo traktuje grubych, jak czują się kobiety z nadwagą. I te wpisy zaczęły mi przestawiać w głowie. Potem pojawiła się książka „Obsesja piękna” polecona przez Basię z tumnieboli. I to było coś, co po prostu rozsadziło mi głowę. Czytałam, podkreślałam, robiłam wykrzykniki, czytałam Pawłowi na głos, płakałam. Wynikiem tej książki był tekst o niepięknym ciele KLIK. Ale to nie był koniec. Potem była jeszcze grupa fb Syreny Lądowe, stworzona przez Ulę, gdzie zobaczyłam społeczność kobiet, które często nie wpasowują się w kulturowe kanony „piękna”, ale są szczęśliwymi, fascynującymi i pełnymi energii ludźmi. A na koniec pojawił się (znowu polecony przez Basię) fanpage Antydieta i powiązany z nim blog https://www.pieknobezgranic.pl/ .

Zdjęcia jak zawsze z unspash.com

I teraz jestem niby w tym samym ciele, ale jakby w zupełnie innym miejscu w swojej głowie. Dla mnie zmiana jest ogromna, jest to jakościowy skok w moim życiu, który spowodował, że pomimo że obiektywnie moje ciało jest teraz „najbrzydsze”* z całego życia, to ja czuję się z nim najlepiej z całego życia. Pcha mi się pod palce, że napisać, że zawarłam rozejm z moim ciałem. Ale ono nigdy ze mną żadnej wojny nie prowadziło. Moje ciało zawsze chciało dla mnie dobrze – żebym była zdrowa, najedzona, sprawna. To ja zajmowałam się nieustannym torturowaniem swojego ciała, karaniem go za to, że nie dopasowuje się do moich wyobrażeń. Dziś, gdy o tym myślę, to czuję potworny smutek. Żal mi swojego ciała. Równocześnie żal mi samej siebie.

Dzisiaj chciałam Wam napisać nie tyle o tej przemianie, która działa się w głowie (choć macie już zarys tego procesu), ale o rzeczach, które realnie robiłam (lub nie robiłam), które wsparły ten proces. No to po krótkim (liczącym 776 słów) wstępie zapraszam do adremu.

-Pozbyłam się ubrań, które są na mnie za małe. Najpierw schowałam je w szafie, ale jakoś tak cały czas wpadały mi w ręce i za każdym razem wzięcie takiego ubrania do ręki powodowało, że czułam się ze sobą bardzo źle i zastanawiałam się czemu jestem taka leniwa i beznadziejna, że nie umiem się zmobilizować do ćwiczenia i jedzenia mniej. Potem za małe ubrania wylądowały w pudle, ale w końcu zdecydowałam się je wydać. Oddałam je osobom, które lubię i które szczerze się z nich ucieszyły. Pomyślałam sobie, że to przecież nie jest wina tych ubrań, że są na mnie za małe i dlaczego ja je karzę więzieniem na dnie szafy? Niech idą cieszyć innych ludzi. To było dla mnie trudne, ale po wszystkim poczułam sporą ulgę. Chyba potrzebowałam psychicznie pożegnać się z nadzieją, że „przecież jeszcze kiedyś schudnę”.

-Przestałam chodzić w ubraniach, które są „na styk”. Przestałam nosić bardzo obcisłe spodnie, które rano pasują, ale po zjedzeniu obiadu zaczynają niemiłosiernie cisnąć w pasie. Nie noszę nic, co swoim nieustannym uciskiem powoduje dyskomfort i jest nieustannym przypomnieniem, że ważę więcej niż bym chciała. Ogólnie zrezygnowałam z noszenia bardzo mocno obcisłych rzeczy. Nie oznacza to, że noszę bezkształtne worki, w których próbuję się ukryć. Przy mojej obecnej wadze po prostu dużo bardziej widzę fluktuację moich wymiarów ciała w ciągu dnia – wzdęcie brzucha, opuchnięcie nóg czy rąk. Dlatego nie noszę na przykład rzeczy mocno uciskających w pasie. Oprócz tego, że to po prostu boli, to dodatkowo ciało z większą ilością tłuszczu jest bardziej miękkie i taki pasek w spodniach czy guma w legginsach mocno wrzynają się w ciało i powodują efekt wypływania brzucha górą albo „wyciskania” wałeczków w okolicach talii. To powoduje, że czuję dyskomfort. Nie będę sobie tego robić. Nie noszę też bardzo obcisłych, cienkich bluzek – podkreślają wałeczki na plecach czy w okolicach pach, co też nie jest dla mnie komfortowe. I żeby była jasność – w żadnym wypadku nie mówię, że kobieta nie może nosić ubrań, które pokazują jej wałeczki. Może, jeśli tylko ma ochotę. Po prostu ja czułam się wtedy skrępowana, a to powodowało, że nieustannie, z tyłu głowy, miałam negatywne myśli na temat mojego wyglądu, co przekładało się na mój dobrostan psychiczny. Ja (na razie?) nie chcę nosić takich rzeczy, bo niepotrzebnie w takich sytuacjach skupiam się na swoim wyglądzie, a chcę sobie tego oszczędzić. Uważam, że całe moje dotychczasowe życie myślałam o tym tak dużo, że wyrobiłam już swoją normę. Nie muszę już na ten temat myśleć aż do śmierci.

-Zaczęłam kupować sobie ładne ubrania w dużych rozmiarach, zamiast czekać, aż schudnę. Przestałam nosić ciążowe, powyciągane rzeczy. Znalazłam fasony ubrań, w których czuję się komfortowo i estetycznie. Niestety, jest to spore wyzwanie. W sklepach jest mało ciuchów w większych rozmiarach, a jeśli już są, to często są paskudne. Ogromnym wsparciem była dla mnie w tej sprawie grupa fb Syreny Lądowe, gdzie dziewczyny wymieniają się namiarami na fajne firmy odzieżowe. Niestety, kupowanie większych rozmiarów oznacza najczęściej kupowanie przez internet. Aby znaleźć ubrania dla siebie musiałam kilkukrotnie zrobić większe zamówienia w różnych firmach, a następnie odesłać większość, co jest sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Tanio udało mi się tylko zaopatrzyć w koszulki na lato w pobliskim lumpeksie.

-Nie noszę ubrań, w których czuję się niekomfortowo. Mogłoby się wydawać, że się powtarzam, ale wcale nie 😉 W książce „Obsesja piękna” autorka zwraca uwagę na fakt, że ubrania kobiet są najczęściej ładne, ale niewygodne, co powoduje, że musimy być cały czas skupione na swoim wyglądzie. O co chodzi? O ramiączko od stanika, które cały czas wystaje z bluzki ze zbyt szerokim dekoltem. O sukienkę, która się podciąga do góry podczas chodzenia. O rozcięcie w spódnicy, przez które widać majtki jak źle staniesz. O stanik i bluzkę z cieniutkiego materiału, przez które przebijają się sterczące sutki. O białą koszulę przez którą prześwituje stanik. O obcisłe spodnie, które wżynają się w kroku. Dla facetów wygoda jest priorytetem. Dla kobiet wygoda przegrywa z atrakcyjnością. I potem męczymy się cały dzień i cały czas część naszej energii mentalnej jest zaangażowana w sprawdzanie i kotrolowanie naszego wyglądu. Dlatego uznałam, że koniec z tym. O ubraniach chcę myśleć tylko rano, gdy się ubieram i decyduję, co na siebie włożyć. Później mam ważniejsze rzeczy do robienia (i myślenia) w swoim życiu. Rzeczy, w których nie czułam się do końca dobrze, zawiozłam do krawca na przeróbki. Te, których nie dało się poprawić, zostały wydane.

Po tych zmianach mogę śmiało powiedzieć, że o ciuchach myślę tylko, gdy rano podejmuję decyzję, co do stroju. W ciągu dnia mój ubiór nie zajmuje moich myśli. Co najwyżej, co jakiś czas przez moją głowę przemknie myśl, że fajnie wyglądam.

-Zrewidowałam swoje podejście do „dbania o siebie”. To też jest skutkiem książki „Obsesja piękna”. Autorka zwraca tam uwagę, że kobiety poświęcają ogrom czasu i pieniędzy na ulepszanie swojego wyglądu. I już mniejsza tu o tak poważne wydatki jak: operacje plastyczne, prywatni trenerzy, porady dietetyczne czy diety pudełkowe. Chodzi mi o bardziej „standardowe kobiece dbanie o siebie” – czyli kosmetyki pielęgnacyjne, makijaż i fryzjer. Kultura popularna wmawia nam, że „kobiet tak mają”, że ekscytują się wizytą u fryzjera czy nowym kolorem paznokci. Że „po co komu terapia, jak mogę sobie kupić nową parę butów”. Szczerze? Wątpię. Nie neguję tego, że każda z nas może mieć jakiś swój sposób dbania o siebie, który lubi. Ale grubą przesadą jest stwierdzenie „masz waginę, czyli lubisz kupowanie ciuchów, malowanie paznokci i siedzenie u fryzjera”. Ja musiałam się poważnie zastanowić, co dla mnie jest „dbaniem o siebie”, a co zostało mi narzucone i poświęcam na to swój czas, energię i pieniądze zupełnie bez sensu. W związku z tym powstały dwie listy. Najpierw to, czego nie lubię (i mam zamiar robić jak najrzadziej):

  • chodzenia w butach na obcasach
  • depilowania nóg**
  • malowania paznokci (własnoręcznie, do kosmetyczki mogłabym iść)
  • robienia i zmywania makijażu
  • nakładania maseczek na twarz
  • w ogóle całej pielęgnacji ciała poza użyciem balsamu do ciała raz na jakiś czas
  • kupowania ubrań
  • kupowania butów

Za to szczerze lubię:

  • ładnie pachnieć perfumami
  • chodzić do fryzjera
  • dbać o włosy
  • masaże relaksujące.

Uzbrojona w tę wiedzę o sobie jestem dużo mniej podatna na „inwestowanie” swojej energii, czasu i pieniędzy w kolejne produkty lub usługi, które mają mi pomóc „zadbać o siebie” i „być atrakcyjniejszą”.

-Pozbyłam się wagi z domu. To nie do końca prawda. Waga jest gdzieś w naszym domu. Ale ja nie wiem gdzie i z niej nie korzystam. Samo patrzenie kilka (kilkanaście) razy dziennie na wagę stojącą w łazience, przypominało mi o mojej nadwadze. A ważenie się to był jakiś dramat. Z jednej strony nie mogłam się powstrzymać przed robieniem tego. Z drugiej, waga zazwyczaj pokazywała, że albo nie schudłam albo że jeszcze przytyłam. Obydwie te informacje powodowały, że cały dzień miałam zepsuty humor.

-Zmieniam podejście do jedzenia. To jest zmiana, która dopiero zaczyna się dziać i nie wiem jeszcze do końca, co z tego wyniknie. Może na razie nakreślę Wam tylko kierunek zmian. Bardzo zaciekawiło mnie to, o czym pisze Małgosia na swoim blogu www.pieknobezgranic.pl. Pierwszy raz spotkałam się z pojęciem odżywiania intuicyjnego i jak na razie mam poczucie, że wdrożenie tych założeń w życie nie będzie łatwe w moim wypadku. A to dlatego, że ja nigdy nie jadłam intuicyjnie. Małgosia w jednym z wpisów pisze, że jako dziecko każdy z nas jadł intuicyjnie. Niestety, to nie jest prawda. Ja od urodzenia byłam karmiona z butelki, zgodnie z tabelką. Następnie byłam małym niejadkiem, w którego wmuszano jedzenie. A potem już byłam nastolatką, która głodziła się, żeby mieć szczuplejsze uda. Tymczasem sama karmiłam wszystkie swoje dzieci piersią na żądanie, a potem rozszerzałam im dietę metodą BLW. Robiłam to właśnie z szacunku dla nich i uważając, że organizm dziecka wie ile i czego potrzebuje (fajny wpis na ten temat napisała Basia KLIK). Jednak, jak na razie, ciężko mi zaufać, że moje ciało (tak samo, jak ciało moich dzieci) „wie co robi” i mogę przestać zajmować się kontrolowaniem tego co i kiedy jem.

A tu ja. Właśnie wybiegam z lodowatej wody po morsowaniu. a miałam zamiar nie jechać na morsowanie, bo wstydziłam się pokazać w kostiumie kąpielowym.

No i teraz najważniejsze – „i co, i co? Teraz już kochasz siebie? Nie chcesz już schudnąć?”. Odpowiedzi na te pytania nie są niestety tak proste, jak w amerykańskich poradnikach albo programach typu „makeover”. Czuję zmianę na lepsze, ale nie jest to przeskoczenie na drugą stronę skali. To, co czuję wobec swojego wyglądu, to nie jest zachwyt. Nie czuję się piękna i szalenie atrakcyjna. Nie jestem boginią. Dla mnie zmiana polega głównie na tym, że myślenie o moim wyglądzie zajmuje o wiele mniej przestrzeni w mojej głowie. I to jest ogromna ulga. Odpoczynek. Czuję, jakbym w końcu siadła i sobie odetchnęła po baaardzo długim okresie bezproduktywnego krzątania się. Widzę też zmianę w uczuciach, które budzi we mnie moje ciało. Jak już wspomniałam, nie jest to zachwyt. Ale też nie jest to wstręt czy obrzydzenie. Myślę, że najbliżej temu uczuciu do troski. Bardziej zastanawiam się, czego moje ciało potrzebuje, by było mu dobrze zamiast zastanawiać się co i jak mam w swoim ciele zmienić, bym czuła się z nim dobrze. Czy chcę dalej schudnąć? Tutaj też odpowiedź nie jest taka oczywista. Gdyby przyleciała do mnie magiczna wróżka i zaproponowała mi, że machnie różdżką i z mojego ciała zniknie 20 kilogramów tłuszczu, to bym powiedziała „jasne!”. Ale mając świadomość ile wysiłku, czasu, energii, a przede wszystkim, ile negatywnych emocji będzie mnie kosztowało zrzucenie tych kilogramów i jak wielka jest szansa (tu sobie poczytajcie KLIK), że te kilogramy wrócą, to mówię: „nie, dzięki. Mam ważniejsze sprawy w życiu, na które chcę spożytkować tę energię i czas”.

I to tyle na dziś. Proces trwa, postaram się zdać Wam z niego relację za jakiś czas. Na koniec chciałam podziękować Uli (czyli Galantej Lali) za jej pełne pasji wpisy, które zaczęły kruszyć beton w mojej głowie, Basi z tumnieboli za polecenie książki i fanpage’a Antydieta oraz Małgosi z pieknobezgranic, za ukazaniu mi nowej perspektywy w kwestii relacji z jedzenia. Dziewczyny, dziękuję, jest moc 🙂

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

* zgodnie z kulturowymi normami, które piękno u kobiety definiują głównie jako szczupłość i młodość.

** już mam pół wpisu na ten temat. Jeszcze jakiś rok i go opublikuję.

  • Hersychia

    A ja przyszłam z czymś innym 🙂
    Czytam właśnie książkę, w której jest rant na niektóre współczesne zabawki. Coraz bardziej wyspecjalizowane i określone, jak część zestawów lego, z których zbudujesz tylko ten jeden konkretny statek.
    Przypomniało mi to, że kiedyś czytałam u Ciebie wpis o tym, że Twoje dzieci mają niewiele starannie wybranych zabawek. Jakie masz przemyślenia na ten temat z perspektywy czasu?
    Pozdrawiam ciepło,
    H.

    • Widzisz, cały czas sobie obiecuję, że napiszę takie podsumowanie z perspektywy ponad półtora roku. Ogólnie, najkrócej mogę napisać, że przemyślenia mam takie:
      – dzieci nie potrzebują zabawek
      – to dorośli się jarają kupowaniem zabawek albo uważają to za swój obowiązek
      – dzieci najlepiej bawią się z innymi dziećmi lub w naturze
      – nie mamy totalnego minimalizmu zabawkowego, bo mamy trójkę dzieci w różnym wieku, które bawią się różnymi rzeczami, więc utrzymywanie minimalnej liczby zabawek wymagałoby ode mnie dużo czasu i ciągłej „rewizji” całego inwentarza pod kątem „co jest teraz w użyciu”. A mnie siew po prostu nie chce tego robić (tzn robię raz na pół roku może).
      Tak na grubo to tyle (podkreślam, że to są przemyślenia na temat MOICH dzieci).

      • Hersychia

        O, to w kwestii 1-3 mamy podobne spostrzeżenia.
        Ostatnio czytałam książkę o naszym gatunku sprzed czasów rewolucji agrarnej i bardzo mnie do mnie przemówiło, że ludzie wtedy mieli po kilka przedmiotów w ciągu całego życia. My mamy po kilka milionów. Dzieciaki, którymi się zajmuję w pracy samych zabawek mają pewnie kilkaset :/

        Mam nadzieję, że kiedyś będziesz miała czas i ochotę napisać więcej 🙂

    • disqus_TEDIsvII1h

      Akurat jeśli chodzi o lego, to bym polemizowała. Dużo zależy od kreatywności dziecka i tego, czy dorośli pozwalają mu się bawić tak, jak ono chce. Mój syn ma dużo zestawów lego, wszystkie wymieszane ze sobą i buduje z nich cuda. Jego kręci głównie samo budowanie, stworzonymi konstrukcjami się już raczej nie bawi, chwilę postoją, a jak się nimi nacieszy, to zabiera się za coś innego. Ale ja przykładowo nigdy nie mówiłam mu, żeby tych klocków ze sobą nie mieszał, bo już nie da się odtworzyć pierwotnej budowli (no ok, dałoby się, ale wymagałoby to wielu godzin grzebania w dużej ilości kloców w poszukiwaniu części).

      • Hersychia

        Wiesz co, nie o to chodzi. Z niektórych zestawów nie bardzo da się zbudować coś innego. Mam na myśli coś takiego (przykłady zmyślone):

        zestaw 1: składa się z 50 sześciennych klocków, 20 klocków 1×4 piny, 15 klocków narożnikowych. Instrukcja sugeruje złożenie budy dla psa, a poza tym możesz zbudować, co ci przyjdzie do głowy. Klocki są uniwersalne.

        zestaw 2: składa się z 10 sześciennych klocków, 5 klocków 1×4 piny, 15 elementów w kształcie łuku i wielkości pudełka od zapałek czy paczuszki chusteczek. Te ostatnie elementy można by równie dobrze złożyć z 20 oddzielnych klocków. Ale nie złożysz, bo są połączone na stałe. To ogranicza możliwości.

        Nie wiem, czy taka polityka ma sprawiać, że rodzice będą kupowali więcej zestawów (zwłaszcza tych ze zwykłymi, luźnymi klockami), bo to jeszcze dodatkowo przyśpiesza budowanie, czy co, ale generalnie widzę taką tendencję.
        Przy czym nie mam na myśli układanek dla maluchów, widywałam takie rozwiązania w niektórych klockach przeznaczonych dla dzieci między 6 a 10 rokiem życia.

        • disqus_TEDIsvII1h

          Zapewniam Cię, że mój syn buduje z takich klocków, jak w zestawie 2 naprawdę ciekawe konstrukcje.
          A co do polityki firmy – czytałam kiedyś, że lego musiało wprowadzić takie tematyczne zestawy powiązane z filmami, grami komputerowymi itd, ponieważ firma była bliska plajty. Zwykłe klocki się nie sprzedawały. Fajne jest to, że takie zestawy podstawowych klocków nie zostały wycofane ze sprzedaży.

  • Asia

    Dziękuję. Cieszę się, ze przeczytałam. Będę śledzic też miejsca z Twojego wpisu. Bliskie mi to bardzo.

  • Not me

    Jak zawsze, cudnie Cię czytać ❤
    Też uwielbiam bloga Uli, bardzo otwiera mi głowę na problemy ludzi otyłych (sama mam nadwagę i rzadką u kobiet genetyczną skłonność do rozrostu mięśni- mój biceps zawstydza kolegów- i to też sprawia że zdrowa relacja z ciałem jest u mnie kamienistą drogą pod górkę).

    Ostatnio lubiana przeze mnie autorka wydała książkę, której jeszcze nie czytałam, o trochę innym podejściu do ciała. Zamiast body positivity proponuje body neutrality. W skrócie wygląda to tak: czy jesteś piękna? Może. A może nie jesteś. I co z tego? Nic. Nie masz obowiązku być piękna, nie masz obowiązku cieszyć niczyich oczu, nawet własnych, bo jesteś osobą, a nie przedmiotem. Cały czas to trawię, może kiedyś zrozumiem i przyjmę do serca. Gdybyś chciała poczytać, to książka Anuschki Rees (podstawiep idee książki są na Instagramie jako @beyondbeautifulbook).

    Słucham też ostatnio podcastu pop-naukowego Ologies, prowadzonego w lekki i przyjemny sposób. Pierwszy odcinek który przesłuchałam jest poświęcony kalologii (nauce o standardach urody, link: https://www.alieward.com/ologies/kalology) i wypowiadająca się w nim ekspertka powiedziała że możemy walczyć ze standardami urody przykładowo nie komplementując czyjejś urody. Nie mówić „pięknie wyglądasz” albo „nie wyglądasz swój wiek!”. Cały czas nad tym myślę. Chciałabym żeby każdy czuł się pięknie, żeby kochał swoje ciało, ale może faktycznie to nie tędy droga żeby kierować czyjąś uwagę na jego wygląd? W końcu nie zaleca się mówienia dzieciom „jesteś mądra” tylko „ale się napracowałaś” żeby wytworzyć w dziecku ten „growth mindset”. Akceptacja własnego ciała to ciężki temat ale myślę że warto go rozgryzać. Dzięki za wpis ❤

    • Chętnie zerknę i na książkę i na podcast. Dla mnie ciałopozytywność to ma dużo bardziej taką definicję, jak Ty napisałaś o „bodyneutrality”. Myślę, że takie podejście jak w kampanii Dove (Czyli, że wszystkie jesteśmy piękne) było robione z dobrej woli, ale wcale nie poprawia sytuacji. Ja np. mam całą twarz (I nie tylko twarz) w bliznach po trądziku. No i to nie jest piękne. I nie będę czarować siebie czy innych, że to jest piękne. Bardziej do mnie przemawia podejście do ciała jako do narzędzia, które nam umożliwia różne rzeczy i skupienie się na jego funkcjonalności. Ja też mam spory biceps. To nie jest piękne. I ciężko mi znaleźć bluzki, które nie uciskają mi przedramienia. Ale za to jak ja umiem rąbać drewno! I ile jestem w stanie zakupów podnieść 😉 taki żart, ale miał zobrazować to, o co mi chodzi.

  • disqus_TEDIsvII1h

    A jeszcze chciałam dodać coś na temat kupowania ubrań. Niestety, ale każdy, kto odbiega od ogólnie przyjętych standardów ma z tym problem. Ja jestem wysoka, uwielbiam sukienki i mam problem ze znalezieniem takich, które będą ma mnie dobre – zwykle są za krótkie, mają za wysoko talię itd. Inny problem mam z kozakami – mam stosunkowo grube (a może nie grube, biorąc pod uwagę wzrost) łydki, ale bardzo małą, jak na swój wzrost, stopę, takie kopytko dosłownie. A producenci obuwia takiego okazu jak ja nie uwzględniają. Jak mała stopa, to chuda łydka, koniec i kropka. Ja to poniekąd rozumiem – uwzględnienie większej różnorodności ludzkich ciał pewnie byłoby kosztowne, ale wkurza to niemiłosiernie, że nie mogę iść normalnie do sklepu i kupić kozaków, które mi się podobają.
    I właśnie mi przyszło do głowy, że ta chęć ustandaryzowania ludzkich sylwetek może mieć tez takie drugie dno. Chociaż nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych 😉

    • W sumie jest coś w tym. Dla producentów najlepiej by było, żeby wszyscy nosili jeden rozmiar. Tym bardziej, że np. uszycie dużo większego rozmiaru jakiegoś ubrania to nie jest kwestia tylko dodania kilka centymetrów tu czy tam, ale zmian konstrukcyjnych, żeby takie ubranie leżało dobrze też na większym ciele. Także po prostu nieopłacalne. Więc nie szyją i spora część nas zostaje z przekonaniem, że nasze ciało jest jakieś dziwaczne lub nienormalne, że rzeczy ze sklepów na nie nie pasują.

  • Joanna

    Moim zdaniem bardzo kobieco i energetycznie wyglądasz na tym zdjęciu. Nie uwierzyłabym patrząc na nie, że waga może Ci przeszkadzać. Fakt, że doprowadzanie wyglądu do ideału jest wysiłkiem zbędnym. I ja tu nie mówię o tym, że nie należy ćwiczyć czy próbować zdrowo jeść, ale to raczej dla samopoczucia (jeżeli ćwiczenia i warzywa je poprawiają). Nie posunęłabym się tak daleko żeby twierdzić, że należy wygląd zupełnie odpuścić, bo to też nie byłaby prawda. Ale – jak często przewija się to w Twoich tekstach – znalezienie punktu gdzie jest wystarczająco dobrze i w tym wypadku się sprawdza.
    Pozdrawiam serdecznie.

  • disqus_TEDIsvII1h

    Ja zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam świadomość, że takie podejście do swojego ciała, które opisujesz jest zdrowe i właściwe. A jednocześnie zawsze wiedziałam, że nie jest to podejście popularne i że świat (włącznie z moim mężem) oczekuje ode mnie, żebym jednak myślała inaczej. I zawsze czułam jakiś wewnętrzny bunt związany z tymi oczekiwaniami. Nigdy nie miałam problemów z wagą, ale faktem jest, że jako kobieta ponad 40-letnia nie ważę już tyle, co w wieku lat 20, ani nawet 30. Mnie to nie przeszkadza, nie mam nadwagi, sama sobie się podobam (jestem wysoka, więc mi łatwiej – 2 lub 3 kg na plusie są prawie niewidoczne). Owszem mogłabym schudnąć troszeczkę (jakieś 5 kg), ale dokładnie tak jak Tobie, szkoda mi na to czasu i energii. Jak sobie pomyślę, że miałabym sobie odmawiać domowego ciasta lub robić rzeczy, których nie lubię (biegać, chodzić na siłownię), to automatycznie uznaję, że dla tych kilku kg nie warto.
    Ostatnio zaczęłam chudnąć nie dlatego, że zaczęłam się odchudzać. Zmieniłam sposób odżywiania, ale z zupełnie nie związanych z wagą powodów. Bardzo ograniczyłam mięso, przede wszystkim ze względów etycznych i ekologicznych. Jem też mniej prostych węglowodanów i kupnych słodyczy, bo zauważyłam, że mi to nie służy. Czasem sobie pozwalam, ale później trochę odchorowuję, więc na co dzień wolę unikać ze względu na samopoczucie.

  • Joanna Glogaza

    Szacun za morsowanie! Też chciałam się wybrać w tym roku (pierwszy raz!), ale mi się zima skończyła, zanim zdążyłam się zebrać w sobie:) Super wpis, no ale to jak zwykle;) Fajne są takie zmiany po całym życiu robienia czegoś w sposób x czy y. Dla mnie takim przełączeniem pstryczka w głowie była zmiana priorytetów przy ćwiczeniach – z „ćwiczę, żeby być w formie, a najlepiej jeszcze trochę schudnąć” na „ćwiczę, żeby być silniejsza, bo coraz lepsze wyniki w pressowaniu kettlem dają mi mega frajdę i nie bolą mnie plecy”. W końcu rozumiem, o co chodzi tym ludziom, którzy nie muszą się zmuszać czy sprytnie wmanewrowywać w ćwiczenia. Ale z 10, 5 czy nawet 2 lata temu pewnie nie byłabym w stanie dojść do tych wniosków, bo żeby dotrzeć do tego miejsca, musiałam się od siebie odczepić.

    • Dokładnie. Myślę, że te wszystkie zmiany, które we mnie zachodzą są oddalonym w czasie skutkiem terapii. Gdyby nie terapia, to nie miałabym miejsca w głowie, gdzie mogłyby się zacząć rodzić wątpliwości co do jakiegoś mojego postępowania czy aspektu życia. Co do tego, co napisałaś o ćwiczeniach – usłyszałam ostatnio taki świetny tekst, który myślę, że dobrze opisuje tego typu zmiany w myśleniu: „odklejam od siebie to, co nie moje, by za chwilę wziąć to z powrotem, ale już na dwóch warunkach”.