Eksperyment na dzieciach – wyrzucamy zabawki (część 1)

Temat dojrzewał od dłuższego czasu, a ponieważ w czerwcu mieliśmy przeprowadzkę, to uznałam, że jest to idealny moment by zacząć. Postanowiłam wyrzucić większość zabawek moich dwóch córek. I zostawić tylko 17.

Dlaczego?

Zacznijmy od początku. Jako psycholog prowadziłam kiedyś grupę dla rodziców dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. I zszokowały mnie historie rodziców dotyczące zabawek. Na przykład, że jak się kupuje Lego, to w środku każdego zestawu jest książeczka reklamująca pozostałe zestawy z kolekcji i jak dziecko rozpakowuje prezent, to zamiast zająć się tym nowym Lego, to w pierwszej kolejności ogląda książeczkę i już planuje następne zakupy („to na urodziny, to pod choinkę, a to na dzień dziecka”). Albo że gdy dzieci w pierwszych klasach podstawówki wracają po feriach świątecznych do szkoły, to głównym tematem rozmów jest przechwalanie się kto co dostał pod choinkę. Te historie zapadły mi w pamięć i obiecałam sobie, że uchronię moje dzieci przed wpadnięciem w tę spiralę konsumowania kolejnych rzeczy.

Te zdjęcia przedstawiają wszystkie zabawki, książeczki i materiały plastyczne, jakie posiadały moje dzieci. Jest to stan „poprzeprowadzkowy”. Wcześniej zabawek było więcej o jakąś 1/3 no i plus jakieś 30 książeczek.

Kolejnym impulsem do ograniczenia konsumpcji był dla mnie blog styledigger, na który trafiłam przypadkowo rok temu. Dzięki jej radom kompletnie odmieniłam swoją garderobę. Pozbyłam się 90% swoich ciuchów, zaczęłam kupować ostrożnie i powoli. Ostatecznym wynikiem jest szafa składająca się naprawdę z kilkunastu sztuk garderoby, ale wszystkie są idealnie dopasowane do mojego stylu, sposobu życia i urody. Główne zasady, które zaczęły mi przyświecać przy jakichkolwiek zakupach, to: mniej, ale lepiej. Zmniejszyłam drastycznie liczbę kompulsywnych, bezsensownych zakupów „bo tanio” albo „bo promocja”. To doświadczenie sprawiło, że uznałam, że podobne podejście przydałoby się naszej rodzinie w innych dziedzinach.

Od tego czasu zaczęło się moje powolne zainteresowanie minimalizmem. Jest to styl życia, który bardzo do mnie przemawia i jednocześnie coś, co bardzo chciałabym przekazać dzieciom. Ja z mojego domu rodzinnego wyniosłam fatalny nawyk nagradzania się albo pocieszania za pomocą zakupów. Do tej pory z tym walczę i uważam to za zachowanie, które szkodzi nie tylko portfelowi, ale i psychice. Dlatego nie chcę, aby kolejne zabawki, gadżety i kolekcjonowanie różnych nieistotnych pierdółek stało się ważną częścią życia moich córek. Do tych refleksji doszło jeszcze moje zainteresowanie coraz bardziej popularną edukacją w stylu Montessori oraz przeczytana (po raz drugi) książka „Pod presją”. Czytając kolejne artykuły w internecie na temat posiadania mniej, trafiłam na statystyki dotyczące zabawek. Na przykład przeciętne dziecko w Wielkiej Brytanii posiada 238 zabawek. A bawi się średnio 12-stoma dziennie. Tymczasem w USA mieszka zaledwie 3,1% populacji dzieci na świecie, a posiadają 40% zabawek wyprodukowanych na całym świecie*. Wiem, że nie żyjemy w USA czy UK, ale myślę, że statystyki dotyczące dzieci rodziców z klasy średniej w Polsce za wiele by od tego obrazu nie odbiegały. Spróbujcie policzyć, ile zabawek ma wasze dziecko. Mnie się wydawało, że nas to nie dotyczy, że moje dziewczyny naprawdę mają mało zabawek. Tymczasem gdy przyszło do przeprowadzki, to poczułam się mocno zaskoczona, bo okazało się, że w każdym kącie naszego mieszkania jest „jeszcze coś”.

Te wszystkie splatające się i pojawiające raz po raz informacje i refleksje doprowadziły do decyzji – biorę się za zabawki! Niestety, do tej pory, te powolne, pozytywne zmiany w naszym życiu nie objęły tego tematu. Zawsze starałam się, by nie było ich zbyt dużo i wydawało mi się, że utrzymuję je w ryzach. Co jakiś czas przeglądałam wszystkie zabawki dziewczyn i wyrzucałam lub wydawałam to, co nie było już potrzebne. Niestety, zbiór zabawek pozostawiony bez większego nadzoru i (przede wszystkim!) rozbudowywany bez jakiegoś zamysłu i idei przewodniej, rozrósł się w sposób niekontrolowany. W ostatnich miesiącach zabawki dziewczyn stały się zbiorem dość dziwacznych i przypadkowych przedmiotów, które zaśmiecały nasz dom, a wcale nie odpowiadały potrzebom rozwojowym naszych dzieci. Uznałam, że być może moje dzieci nie potrzebują więcej zabawek. Być może nie potrzebują nawet tylu zabawek, ile mają w tej chwili. Potrzebują więcej zabawy. I takie hasło będzie mi przyświecać podczas tej zmiany: mniej zabawek – więcej zabawy.

Mam plan zdać Wam pełną relację z tego eksperymentu, który będzie się odbywał w najbliższych miesiącach. Będę opisywać, jak zmieniają się zachowania moich córek, to w jaki sposób się bawią, dzielą się tym, co mają, jak traktują zabawki. Opiszę też jak zmienia się zachowanie i myślenie moje i mojego Męża oraz jak reagują ludzie w naszym otoczeniu. Pierwsza aktualizacja za kilka tygodni.

Diagnoza

– Za dużo przypadkowych zabawek – jestem osobą, dla której ekologia jest ważna i nie ma mowy, abym kupiła moim dzieciom jakąś plastikowa pierdółkę w kiosku czy przy kasie. Ale tego typu rzeczy wciąż pojawiają się w naszym domu. W jaki sposób? Oczywiście – babcie i znajomi (i czasami Mój Mąż). Ale dużo ciekawsze jest to, ile tego typu gówna (no sorry, nie czarujmy się, że to jest coś wartościowego) trafia do nas od obcych ludzi. Najczęściej są to jakieś gratisy rozdawane za darmo w sklepie. Kilka razy zdarzyło mi się, że jakaś obca osoba coś im dała. Czasami jakaś zabawka przyniesiona z przedszkola z okazji Mikołajek czy Dnia Dziecka. I tak dalej, i tak dalej.

– Za dużo zabawek-niezabawek – nasze córy często bawią się czymś, co wcale nie jest zabawką. Szczególnie upodobały sobie róznego rodzaju pojemniczki i opakowania. Doszło do tego, że w pewnym momencie za każdym razem, gdy miałam wyrzucić jakieś opakowanie (np. po kremie do twarzy) to się zastanawiałam, czy nie dać im tego do zabawy. I w ten sposób po naszym mieszkaniu poniewierają się opakowania po: błyszczyku do ust, szmince, tuszu do rzęs, słoik po dżemie, opakowanie po Pringelsach, kilka buteleczek po perfumach czy opakowania od Tik-taków. No i „bawią się” to bynajmniej nie znaczy „cały czas”. To nie znaczy nawet „codziennie”. To znaczy: „raz na jakiś czas, jak im się napatoczy pod rękę”.

– Za dużo książek – trochę mi ręka drżała, gdy pisałam to zdanie. Zostałam wychowana w domu, gdzie książek było bardzo dużo i kocham czytać. Byłam jednym z tych dzieci z nosem wiecznie w książce. I w mojej głowie bardzo żywy jest taki koncept, że kupowanie wartościowych książek NIGDY nie jest złym pomysłem. Młode dostawały też masę książeczek od babć i znajomych, więc ich liczba w naszym domu była naprawdę duża.

Wnioski – jak do tego doszło

  • Nieuwaga. Pozwoliliśmy, by jakieś bezsensowne śmieci kumulowały się w naszym domu przez miesiące. Oddawaliśmy kolejne kawałki naszej przestrzeni (jeszcze jedna półka, jeszcze jedno pudło), zamiast zastanowić się, skąd się to wszystko bierze i czy rzeczywiście jest dziewczynom potrzebne.
  • Pułapka „bo to tanie”- szczególnie w wypadku książeczek dla dzieci, to że w większości przypadków jest to koszt rzędu 5-20 złotych, to tak ciężko mi było się powstrzymać.
  • Pułapka „zrobię sobie dobrze” – wyraz twarzy dziecka, gdy dostaje prezent, to jest miód na serce każdego rodzica. A przynajmniej na pewno na moje serce. I myślę, że nie jestem w tym osamotniona. Jest to coś tak miłego, a Starsza cieszy się dokładnie tak samo, gdy dostanie prezent za kilka stów czy pierdołę z kiosku za 5zł. Więc ogólnie tanim kosztem mogę zrobić sobie dobrze, gdy mam gorszy dzień i chciałabym poczuć, że chociaż rodzicem jestem dobrym. No właśnie, tak naprawdę to robię dobrze sobie, a nie im.
  • „Zadośćuczynienie” – mam taki odruch, że za każdym razem, gdy uważam, że moim córkom stała się krzywda, to mam ochotę coś im kupić. Na przykład: gdy wyjechałam na kilka dni bez nich, gdy Młodsza była w szpitalu, gdy nie miałam dla nich czasu z jakiegoś powodu albo gdy Starsza miała pobieraną krew. Bardzo dużo mnie kosztuje hamowanie się. Nie chcę, by się nauczyły, że za każdą (prawdziwą lub wyimaginowaną) krzywdę w życiu należy im się jakiś prezent. Dla mnie to też jest ważna lekcja. Zamiast w momencie uciszać swoje rodzicielskie poczucie winy, skupiam się na swoich emocjach – czemu czuję taki niepokój? Czemu uważam, że zrobiłam swoim dzieciom krzywdę? Czy im się naprawdę coś stało czy to tylko moja matczyna wyobraźnia? (więcej na ten temat takich zachowań poczytasz w tym wpisie →KLIK). Jeśli uznaję, że rzeczywiście spotkało je coś nieprzyjemnego, to staram się pomóc im inaczej – dostają więcej mojego zainteresowania i uwagi, a nie kolejne przedmioty.

Zaczynamy!

Na początku przejrzałam wszystkie zabawki i wyrzuciłam wszystkie zdekompletowane czy zniszczone. Wywaliłam też wszystkie zabawki-niezabawki. Potem przyszedł czas na duplikaty – pozbyłam się powtarzających się zabawek. Z 15 pluszaków zostały 2. Zamiast 6 pomazanych kolorowanek została 1 najmniej zużyta. Z 7 samochodzików został 1.

Na końcu zabrałam się za najtrudniejsze – książeczki. Postanowiłam zapoznać Starszą z ideą biblioteki. Opowiadałam jej przez kilka dni, że zrobimy wycieczkę w takie fajne miejsce i, że dostanie kartę ze swoim imieniem, że będzie mogła wybierać i wypożyczać książeczki, jakie tylko będzie chciała. Bardzo jej się ten pomysł spodobał. W związku z tym wyciągnęłam wszystkie jej książki i powiedziałam, że część z nich oddamy do biblioteki, żeby też inne dzieci mogły się nimi cieszyć. Dzięki temu, że chodzi do przedszkola, to rozumie ideę „wspólnych zabawek”, więc łatwo zrozumiała, że te książeczki, które odda będą od teraz wspólne. Bez problemu pozbyłyśmy się około 40 książek (ja pierdolę, ile to było kasy?!). Za to zabrałyśmy do domu 4 wypożyczone (dziecko weszło do wielkiej sali pełnej regałów z książkami i jak po sznurku poszło do półki z Kicią Kocią – magia!).

Na koniec wykupiłam program „Toy detox” firmowany przez blog simplefamilies.com. Przeszłam cały kurs, który pomógł mi uporządkować tę do tej pory chaotyczną rewolucję i stworzyć jakieś wyobrażenie co do dalszych kroków i celu tego eksperymentu. Pozwolił mi też pozbyć się jeszcze trochę zbędnych „niedobitków”. Nie będę zdradzać treści tego kursu, bo to by było nie w porządku wobec autorki. Powiem jedynie, że zarekomendowała ona, aby dla dwójki dzieci zostawić 15 zabawek. Po tych wszystkich zabiegach na placu boju pozostało u nas jednak 17. Oto i one:

  1. zestaw kuchenny – zbudowana przeze mnie kuchenka wraz z: szklaneczkami, talerzykami, wałkiem do ciasta, foremkami, garnuszkami i pluszowymi warzywami
  2. lalka dzidziuś
  3. kołyska dla dzidziusia
  4. wózek dla dzidziusia
  5. rowerek biegowy
  6. hulajnoga
  7. zestaw drewnianych narzędzi
  8. kolejka drewniana
  9. wagoniki drewniane z kółkami
  10. drewniany koń na biegunach
  11. piłka gumowa (nie załapała się na zdjęcia)
  12. 2 pluszaki (ukochany Młodszej – czarny Kotulek, ukochany Starszej – Kuba Miś)
  13. samochodzik ambulans
  14. zestaw lekarza (prawdziwy stetoskop, torba, i jakiś przyrząd do zaglądania na ucha)
  15. blaszany bączek
  16. mały zestaw Lego Duplo
  17. zestaw smerfów z Lidla – niestety koleżanki są w nich zakochane. Ja umiem znaleźć w nich tylko jeden plus – są gumowe. Najczęściej leżą rozrzucone po całej podłodze w domu i nadepnięcie na nie jest dużo mniejszym przeżyciem niż wdepnięcie w plastikowego klocka.

Zapisałam się też na facebooku do grupy Simple families community, gdzie dopytałam się o materiały plastyczne i książki. Denaye Barahona (autorka bloga) stwierdziła, że do zabawek nie zaliczamy książek i materiałów plastycznych (ale je też wypada ograniczyć). W związku z tym na placu boju zostało jeszcze:

  • 8 książeczek + 4 wymienne książki z biblioteki (około 20 książek mam schowanych w szafie, bo nie są na ten moment odpowiednie dla dziewczyn)
  • materiały plastyczne – farby plakatowe, kartki, kilka kredek i długopisów, pieczątki drewniane.

Nie uważam, że jest to idealny zestaw, ale postanowiłam zostawić głównie zabawki, którymi one realnie się bawią, a nie takie, którymi ja bym chciała, żeby się bawiły. W ten sposób pozbyłam się na przykład puzzli czy drewnianych klocków. Takie zabawki, które myślę, że jeszcze się przydadzą nie zostały oddane czy wyrzucone. Trafiły do obszernego pudła w piwnicy. Będą czekać aż dziewczyny do nich dorosną, a jeżeli nie, to je wydamy.

Pierwsze wrażenia

– Dzieci – o Młodszej nie będę pisać, bo ona nic nie kuma. Co do Starszej. Początkowe stadia (wyrzucanie rzeczy zniszczonych, zepsutych, zdekompletowanych, duplikatów i zabawek-niezabawek) zrobiłam bez informowania jej. I nawet nie zauważyła, że czegoś brakuje. Z raz czy dwa spytała się o jakąś rzecz, ale jak jej powiedziałam, że wyrzuciłam albo oddałam dla innych dzieci, to reakcją było: „acha”. Może wyda Wam się to bezdusznym zachowaniem albo brakiem poszanowania zdania mojej córki, ale to naprawdę były rzeczy, którymi się nie bawiła i nie interesowała. Nigdy nie wyrzuciłabym bez jej zgodny jakichś zabawek, które darzy uczuciem.

– My – po wyniesieniu z domu każdej kolejnej torby jest mi lżej. Najciężej było mi przy książkach, ale gdy widzę, jak bardzo podoba jej się w bibliotece i że wyjścia tam stały się naszym wspólnym rytuałem, to bardzo się cieszę, że się na to zdecydowałam.

– Mieszkanie – myślałam, że będzie duża różnica przy sprzątaniu. Niestety nie jest 🙁 Wszystkie 17 zabawek jest codziennie w użyciu. Tak samo wszystkie książeczki plus książki z biblioteki. Starsza rozumie ideę, że jak się już czymś nie bawi, to ma to odłożyć na miejsce. Niestety Młodsza nie. Na razie powoli wdrażamy ją w taki pomysł z książkami – jak jej przeczytam jedną, to ma ją odnieść na półkę i dopiero będzie mogła wziąć następną.

Nie jest łatwo pozbyć się kolekcji 😉

Zaskoczenia/odkrycia

Już na samym początku naszej przygody poczyniliśmy bardzo ciekawe odkrycie dotyczące zbieractwa i kolekcjonowania. Starsza lubi bardzo książeczki o Franklinie. Ponieważ kosztują po kilka złotych za sztukę, to kupiliśmy jej większą liczbę i wydzielamy co jakiś czas jedną nową. Na okładce z tyłu są zawsze wydrukowane pozostałe książeczki z serii (myślę, że cała seria liczy około 30-40 książek). I oglądanie tej ostatniej strony oraz czytanie tych tytułów było dla niej rytuałem ważniejszym niż sama treść książki. Gdy postanowiłam zrobić czystki, to rozłożyłam wszystkie jej książki na podłodze i powiedziałam, że ma ich za dużo i część oddamy do biblioteki, więc niech zdecyduje, które zostają. Pierworodna bez żalu postanowiła oddać wszystkie (tak!!!) książeczki prócz tych z Franklinem. Gdy spytałam się czemu te nie, to odpowiedziała: „bo chcę poczekać, aż będę miała wszystkie”. Szczęka mi opadła. Myślałam, że powie, że je najbardziej lubi czy coś. Odpowiedziałam, że tych książek jest bardzo dużo i nigdy nie będzie miała wszystkich. Zamiast tego będziemy mogły wypożyczać różne Frankliny z biblioteki. I wtedy ona zrobiła: „aha” i stwierdziła, że w takim razie chce też oddać wszystkie Frankliny. Rzeczywiście w bibliotece wypożyczyłyśmy inne książki o Franklinie, ale oglądanie tylnej okładki definitywnie się skończyło. Ta sytuacja dała mi mocno do myślenia. Ja mam komplet kryminałów Jo Nesbo. I chociaż ich nigdy więcej nie będę czytała, to nie potrafię ich sprzedać (i nie chodzi o to, że się tak zachwycam tymi książkami). Ale gdy zrobiłam takie ćwiczenie myślowe: „a co by było, gdybym nie miała wszystkich książek z serii? Gdyby brakowało mi jednej?” i poczułam, że moje emocje wobec takiej „wybrakowanej serii” są dużo chłodniejsze. W sumie już by mi wcale tak nie zależało na zatrzymaniu ich.

Obawy

  • Boję się, że Starsza będzie mnie cały czas molestować, żeby chodzić się bawić do koleżanek, bo one mają więcej zabawek.
  • Boję się, że będą mi wywlekać wszystko z szuflad i szafek, żeby się tym bawić.
  • Martwię się, że koleżanki nie będą chciały do niej przychodzić, bo będą uważały, że Starsza nie ma fajnych zabawek.

Zobaczymy co będzie dalej. Najbliższa aktualizacja za 4 do 6 tygodni. Sama jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam Was serdecznie i wakacyjnie (właśnie pakujemy się na wyjazd),

Matka Skaut.

* więcej podobnych statystyk na ten temat tutaj: https://www.becomingminimalist.com/clutter-stats/

Pierwsze zdjęcie we wpisie – Hans Eiskonen on Unsplash

Ostatnie zdjęcie we wpisie – Taylor Swayze on Unsplash

  • Ewa

    Czy nie czas na aktualizację? Dobry temat!

    • Matka Skaut

      Ja cały czas o tym pamiętam, tylko wydaje mi się, że wciąż mam za mało danych. Przez ostatnie miesiące dziewczyny spędzały ogromną większość czasu na zewnątrz. Dopiero teraz były pierwsze takie sytuacje, gdy siedziały cały dzień w domu. I według mnie dopiero teraz uda się sprawdzić czy taka liczba zabawek jest wystarczająca. Poza tym mam jeszcze dodatkowe przemyślenia na ten temat i chciałabym je sprawdzić w działaniu. Także daj mi jeszcze miesiąc 😉

  • Ania

    Jejku jestem w szoku z tymi książeczkami! Mamy 5 półek książeczek, myśle ze może ich być z 200. Wszystkie przeczytane przynajmniej 2-3razy a wiele kilkadziesiąt. Bibliotekę odwiedzamy od roku, gdy przeraziło mnie ze znam również książeczki pisane proza na pamięć. Ale mimo to przy ostatnich porządkach Wyrzuciłam tylko te zniszczone książeczki, nie mogłam się przemoc żeby spakować je i oddać, chocby te dzidziusiowe… Moi synowie maja niespełna 5 i 3 latka. Nie wiem czy taki detoks by się udał… Ale zauważyłam paradoks jeśli chodzi o klocki. Pod choinkę tak się złożyło ze chłopaki dostali dużo nowych zestawów, tak ze nam się z jednego pudła zrobiły dwa i co się okazało? Przestali się bawić klockami!!! Gdzie wczesniej praktycznie bawili się tylko klockami (Ok, były jeszcze puzzle). Akurat jestem na urlopie, wzięłam wrzuciłam do walizki garść klocków i nie zgadniecie! Znów się bawią. Czyli jednak: mniej jest lepiej niż wiecej:D

    • Matka Skaut

      O, widzisz! To bardzo ciekawa obserwacja z tymi klockami. Czyli chodzi nie tylko o to, jakie zabawki dziecku zostawić, ale też w jakiej ilości.
      Co do książeczek – po kilku tygodniach na prawdę okazuje się, że to była dobra decyzja. Bardzo dużo odwiedzamy teraz bibliotekę i to jest optymalne, bo mam wrażenie, że Starsza (3,5 roku) nudzi się książeczką gdzieś tak po piątym przeczytaniu. W ogóle mam wrażenie, że ona teraz nie ma ulubionej książeczki i trochę mi szkoda. Kiedyś wielbiła „Kajtka i misia” i czytałyśmy przez pół roku co wieczór. I muszę powiedzieć, że było coś kojącego w tej powtarzalności.

  • Barbara

    Fajnie, też muszę spróbować, choć tak radykalnie to mi nie wyjdzie. Starsza ma pamięć słonia, pamięta WSZYSTKO, co ma i miała i nie da sobie zabrać. Na razie pertraktujemy.

    • Matka Skaut

      Właśnie wszyscy mi mówią, że ze starszymi dziećmi taki numer by nie przeszedł. Więc oddycham z ulgą, że udało mi się zacząć wcześnie i może uda się sprawić, by przyzwyczaiły się do takiego stanu rzeczy.

  • Koczilla

    Bardzo lubię Twoje wpisy: są treściwe, obszerne i widać w nich fachowe podejście. Nie mam i nie planuję dzieci, a i tak czekam na relacje z eksperymentu.
    Tak czysto intuicyjnie nie podzielam Twoich obaw, ale to może dlatego, że mnie zabawki w cudzych domach właściwie nigdy nie interesowały (jedynie komputer u koleżanki, ale pograć na nim poszłam raz i na tym się skończyło, bo gdy dzieci się nie dogadują, najlepsza zabawka nie pomoże).
    Wyciąganie rzeczy z szuflad to w sumie dobra okazja do uczenia nieruszania czyichś prywatnych rzeczy, a jeśli chodzi o sprzęty ogólnodostępne, to czy ich kreatywne wykorzystanie byłoby złe? 🙂
    Myślę, że koleżanki mogą przychodzić z własnymi zabawkami i może takie docenienie „wkładu własnego” sprawiłoby im nawet przyjemność?
    Zestaw kuchenny jest świetny!

    • Matka Skaut

      Dzięki! Strasznie mnie dziwi ile dostaję takich informacji zwrotnych – że ktoś nie ma dzieci, a i tak przeczytanie tego jest ciekawe. To dla mnie podwójny komplement 😊 i zachęca mnie do podejmowania tutaj też tematów nie związanych z dziećmi bez lęku, że nie będzie zainteresowania.
      Sama jestem ciekawa, jak to się skończy. Na razie eksperyment w zawieszeniu- właśnie wracamy z 2-tygodniowych wakacji. Tak miały inne rozrywki niż zabawki wziete z domu. Dlatego nie będę nic pisać wcześniej niż za 4 tygodnie.

      • Koczilla

        Mnie bardzo ujęło Twoje szczere wyznanie (czy to właściwe słowo?) o NIE byciu przejechaną przez wielką ciężarówkę miłości po urodzeniu córek. Nie mam wątpliwości, że kochasz swoje dziewczyny, ale to naprawdę pocieszające móc przeczytać o kimś, kto nie jest ześwirowany na punkcie dzieci, a jednak w rodzicielstwie się odnajduje.

        Babcia ze strony mojego ojca celowała w mądrościach typu „każda matka od razu kocha swoje dziecko, od momentu, gdy ono pierwszy raz zapłacze”. Już jako nastolatka słuchałam tego z dystansem (babcia nie była dla mnie żadnym autorytetem niestety, a z drugiej strony moja mama i jej mama nigdy nie zachwycały się dziećmi i właśnie „po nich” widziałam, że tego typu miłość to nie jest odruch bezwarunkowy) ale i martwiłam się na zapas, że gdyby przydarzyło mi się macierzyństwo, alternatywą dla zachwytu, na który mnie nie stać, byłaby wyłącznie dzika niechęć. (Albo wmówiłabym sobie, że po latach życia w zgodzie ze sobą „zachciało mi się dziecka”, a teraz –
        skoro nie czuję, że je kocham – widać czarno na białym, że to był błąd.) Naprawdę cieszę się, że coraz więcej kobiet, m. in. Ty, decyduje się mówić, że pierwsza reakcja na niemowlaka to niekoniecznie odruchowe rzygnięcie tęczą. 😉

        Czytam też Twojego bloga, bo to wcale nie jest tak, że kobiety bezdzietne z wyboru są niechętne matkom, dzieciom i macierzyństwu. W każdym razie nie ja.

        No i bardzo mi się podoba, jak piszesz. 🙂

        • Matka Skaut

          Dzięki! Jak już kilka razy pisałam – strasznie zmagam się ze stroną językową pisania. Po prostu język giętki (albo palce szybkie) nie za bardzo umieją wyrazić to, co myśli głowa. No, ale mam wrażenie, że z każdym wpisem coraz mi łatwiej.
          No właśnie! To nie musi być albo-albo! Albo rzyganie tęczą albo dzika niechęć. Na początek może być po postu lekki dystans.

  • Natalia

    Jak zawsze ciekawy wpis! Ja miałam w domu niewiele zabawek, większość nie była „moja” tylko była „spadkiem”. Nie pamietam żebym miała kompleksy w dzieciństwie typu „jestem gorsza”, inni mają „fajniejsze zabawki”. Nie pamietam tez żebym kiedykolwiek miała problem z dzieleniem się zabawkami, choć do przedszkola nie chodziłam. Moja wyobraźnia zawsze szalała i wymyślałam zabawy z niczego, masę czasu spędzałam na zabawach na podwórku, na uprawianiu sportów. Pamiętam jednak listy do Mikołaja i niespełnione marzenia, które zawsze tłumaczyłam sobie że pewnie akurat tego nie było, albo że Mikołaj nie zrozumiał mojego rebusa z ukrytym marzeniem. Kochałam totalnie moją jedną lalkę barbie, 2 gry i 2 opakowania puzzli , 2 kasety magnetofonowe i 20 letni rower. Nie potrafię ich wyrzucić do dziś.zostanie mamą uświadomiło mi braki, bo własnej córce chciałam dosłownie zapewnić te wszystkie zabawki o których marzyłam. Pewnie odwiedzajac nas uznałabyś, że mamy dużo za dużo zabawek i książeczek. Moi rodzice i teściowie uwielbiają to komentować ( pierwsi sami kupując szmelc bez okazji, drudzy nigdy nie kupując niczego).Ja wcale nie uważam, żebyśmy mieli ich za dużo. Nie chodzi o porównywanie z innymi. Na bieżąco pozbywam się szmelcu podarowanego, wiele zabawek chowam w szafie lub z tylu na półce na bieżąco podmieniając, te na które jest faza. Widzę, że wraca do wielu zabawek i co najważniejsze niemal od zawsze odkłada je na swoje miejsce. Bo system organizacji idealnie sprawdził się – wszystko ma swoje miejsce. Zawsze mogłaby mieć mniej, często łapie się na tym że rozkminiam czy ona nie ma za małej koncentracji, za dużo bodźców i czemu ciagle potrzebuje towarzyszenia. Nie wiem jednak czy to z powodu zbyt wielu zabawek. Wiem natomiast na pewno, że tymi zabawkami ja często chce zrekompensować sobie nieuświadamiane ( czy zepchnięte na dno psychiki) braki z dzieciństwa. Pytanie zatem jak wychowywać dziecko z mała ilością zabawek, by w dorosłości miało przekonanie ze to było super i chciało to samo wdrażać jako rodzic?ja myślę, że moi rodzice nieświadomie, ale jednak nie zadbali o moje poczucie bycia osobnym ciałem, zbyt dbali bym czuła ze wszystko jest wspólne i nie za bardzo łechtali ego spełniając życzenia. Do dzis irytuje mnie gdy mama mowi, ze każda zabawkę mozna zrobic samemu ( sama żadnej nigdy mi nie zrobiła, choć faktycznie nauczyła robienia czegoś z niczego) czy ” przecież nie musi mieć nowej”, czyli może mieć w spadku po Kimś, bo po co wydawać tyle pieniędzy. A co do biblioteki- mamy mnóstwo książek i chodzimy do biblioteki. Nie widzę problemu. Oddaje książki, które nam się nie sprawdziły albo których nie uważam za wartościowe. Myślę zatem, że ideę minimalizmu trzeba wdrażać rozsądnie. Niekoniecznie mniej znaczy lepiej, dla mnie raczej lepiej, znaczy z namysłem i bieżącym dostosowywaniem się.

    • Matka Skaut

      Ciekawe przemyślenia. Nie mam zamiaru deprywować moich dzieci. Jak bardzo będą czegoś chciały, to to dostaną. Ale klucz jak dla mnie tkwi właśnie w tym „bardzo chciały”. Mam wrażenie, że uprzedzam życzenia moich dzieci albo pragnę zaspokoić ich (swoje?) pragnienie jak najszybciej. Chciałabym, by umiały skupiać się długo na jednej zabawie, żeby korzystały że swojej wyobraźni i nie potrzebowały gotowego kompletu zabawek do każdej zabawy. Tego bym dla nich chciała i mam nadzieję, że ten chwilowy zabawkowy detox spowoduje pewną zmianę. Może zmusi do refleksji? I pozwoli wypracować nam jakieś nowe rozwiązanie odpowiednie dla naszej rodziny.

  • Marta

    He, a może pocieszajacy jest fakt, ze dzieci, które w czasach dzisiejszych maja wszystko, w odpowiednim wieku same zorientują sie ze minimalizm to dobra droga?:) Tak jak nam – ofiarom konsumpcjonizmu coraz częściej przychodzi do głowy, ze lepiej „być a nie miec”, lepiej zrobić mydlo a nie je kupic itd.?:)
    Przefajne te wpisy:)

    • Matka Skaut

      Dzięki 😊 wiesz, ja lubię sama coś zrobić- kosmetyki, chemię domową ostatnio trochę szyję. Ale myślę, że to dlatego, że miałam przykład z domu. Mój tata był takim Pomysłowym Dobromirem. Wszystko w domu robił sam i ciągał mnie za sobą, żebym mu pomagała.
      Nie wiem, czy taka refleksja przyjdzie dzieciom wystarczająco szybko. Jak ja myślę, ile kasy w życiu bezsensownie przepierdzieliłam i ile czasu ja lub moi rodzice musieli pracować, by zarobić te pieniądze, to strasznie bym chciała, żeby moje córy uniknęły tych błędów.
      Sama jestem ciekawa, co z tego eksperymentu wyniknie.

  • Marta

    Chociażby nie wiem jak sie człowiek staral i tak błędów w wychowaniu nie uniknie, świadomie lub nie…
    W związku z tym dodalabym jeszcze jedna obawę: czy w przyszlosci dziecko nie będzie sobie rekompensowac tego, ze w domu miało „malo zabawek”, „mama nie pozwalala na wiele zabawek”-jakimś nadmiernym zakupoholizmem albo mania „musze miec jak najwięcej”.
    Obserwujemy to czesto właśnie teraz, na pokoleniu rodzicow, którzy mieli szczescie/nieszczescie posmakowac czasów PRLu…. Dom-bo ja się wychowalem w bloku, większy TV, większy kredyt…. Staliśmy sie poniekąd ofiarami ustroju i być może stad ten piekielny konsumpcjonizm…

    • Matka Skaut

      Widzisz, nie przyszło mi to do głowy. Będę je obserwować. Jeżeli uznam, że naprawdę je to unieszczęśliwia, to zrezygnuję. Na razie uczę się z nimi kompletnie nowej rzeczy – pożyczania. Jak spodoba im się jakaś zabawka, to zamiast im natychmiastowo kupować, to staram się pożyczyć od znajomych, którzy to mają i nie używają. Więcej napiszę za kilka tygodni. Teraz to dopiero takie pierwsze refleksje.

  • Lena

    Idea minimalizmu jest mi bardzo bliska, niestety mąż to typowy chomik, więc mocno się ścieramy. Zobaczymy jak mój minimalizm wytrzyma przy dziecku, bo o ile nie mam problemu z odmawianiem kupowania rzeczy dla siebie, to jakoś te wszystkie ubranka niemowlęce same wpadają do koszyka.
    Przepiękna jest ta Wasza kuchenka!

    • Matka Skaut

      Dzięki, sama zbudowałam. Mój Mąż to też chomik, ale rewolucja ubraniowa bardzo go przekonała i teraz już łatwiej namówić go na dalsze minimalizowanie naszego stanu posiadania. Odkąd mam dzieci, to też widzę taką zależność- sobie umiem odmówić praktycznie bez problemu, ale rzeczy dla dzieci „kupują się same”. Głównie książeczki. W sumie mam wrażenie, że na tym zabawkowym detoksie to mnie będzie najtrudniej.