Eksperyment na dzieciach – wyrzucamy zabawki, wrażenia po 3 miesiącach (część 2)

Długo wzbraniałam się przed napisaniem tego wpisu. Miałam wrażenie, że za mało wiem, że potrzebuję więcej czasu. Ale przyciśnięta w komentarzach, postanowiłam spróbować. Gdy kolejne zdania pojawiały się na ekranie, to okazało się, że jednak mam przemyślenia. I mogę się nimi podzielić.

Dla wszystkich, którzy nie czytali o pierwszej części naszego rodzinnego eksperymentu – krótkie streszczenie. Trzy miesiące temu postanowiłam pozbyć się z naszego domu większości zabawek i książek, które należały do naszych córek. W domu pozostało 17 zabawek i około 10 książek. Więcej na temat moich motywacji oraz samego przebiegu „akcji oczyszczanie” możecie przeczytać tutaj→KLIK.

To może zacznę od opisania stanu posiadania dziewczyn na dzień dzisiejszy. Po trzech miesiącach lista zabawek jest jeszcze krótsza niż była. Obserwowałam dziewczyny przez ten czas uważnie i usuwałam każdą zabawkę, która leżała dłuższy czas nieużywana. Pozostały z nami:

  1. zestaw kuchenny (zbudowana przeze mnie kuchenka wraz ze: szklaneczkami, talerzykami, wałkiem do ciasta, foremkami, garnuszkami i pluszowymi warzywami. Doszły drewniane owoce do krojenia) – po ograniczeniu zabawek naprawdę doczekała się zainteresowania, szczególnie ze strony Starszej. Spędza przy niej sporo czasu, gotuje, kroi, piecze, a potem przynosi nam gotowe dania. Młodszą ostatnio przyłapałam jak bawiła się przy kuchence w mycie rąk;
  2. lalka dzidziuś – dzidziuś razem z akcesoriami (kołyską i wózkiem) jest ukochaną zabawką Młodszej. Bardzo to komiczne, bo sama jest niewiele większa od tej lalki. Najbardziej lubi kłaść dzidziusia spać – wkłada go do kołyski, przykrywa i kołysze. Za każdym razem zadziwia mnie, jak długo potrafi się skupić na tym zajęciu;
  3. kołyska dla dzidziusia;
  4. wózek dla dzidziusia – lubi go zarówno Starsza jak i Młodsza. Starsza zabiera w nim Kubę Misia na spacery poza domem. Młodsza lubi w nim siedzieć sama (i lubi być wożona przez siostrę);
  5. rowerek biegowy;
  6. hulajnoga – ukochana Starszej. Młodsza robi do niej pierwsze przymiarki;
  7. kolejka drewniana – nadal lubiana, często używana, gdy przychodzą inne dzieci;
  8. drewniany koń na biegunach – zastanawiałam się ostatnio, czy nie należałoby go już wynieść, ale Mąż mówi, że według niego koń wciąż jest w użyciu. Młodsza nauczyła się wspinać na niego na wszelkie możliwe sposoby (np. siada na poręczy). Mam wrażenie, że to świetne ćwiczenie na utrzymanie równowagi;
  9. piłka gumowa – coraz chętniej używana;
  10. 3 pluszaki – ukochany Młodszej – biały Kotulek (czarny zaginął, trzeba było kupić nowego), ukochany Starszej – Kuba Miś, nikomu niepotrzebny – pluszowy żółwik;
  11. zestaw smerfów z Lidla – nadal darzony przez koleżanki sporą atencją. Aby zakończyć problem nieustannego poniewierania się po podłodze i poszukiwania zaginionych smerfów, zrobiliśmy im przeprowadzkę. W tej chwili wszystkie smerfy mieszkają koło wanny i są ulubioną zabawką podczas wieczornych kąpieli;
  12. wiaderko drewnianych klocków – codziennie w użyciu, bawią się obydwie, Starsza w budowanie, Młodsza – trochę w budowanie, trochę w rozwalanie.
Pierwsza wizyta w bibliotece.

To wypadło:

  1. zestaw drewnianych narzędzi – kompletny niewypał. Starsza uwielbia mi „pomagać”, gdy ja coś majsterkuję. Myślałam, że własny zestaw narzędzi będzie strzałem w dziesiątkę. Niestety, porażka. Myślę, że jej to nie wciągnęło, bo „to są tylko zabawki”, tzn. piła tak naprawdę nie piłuje, gwoździe się nie wbijają. Dużo chętniej bawiłaby się prawdziwymi narzędziami;
  2. zestaw lekarza (prawdziwy stetoskop, torba, i jakiś przyrząd do zaglądania na ucha) – po krótkiej chwili chwały, kompletny brak zainteresowania. Schowany do piwnicy;
  3. mały zestaw Lego Duplo – zero zainteresowania zarówno Starszej jak i Młodszej;
  4. blaszany bączek – utrata zainteresowania;
  5. wagoniki drewniane z kółkami – jak wyżej.

 

Co kupiliśmy nowego przez ten czas?

Niewiele. Nowe są kredki i farby, bo dotychczasowe zgubiły się, zostały zużyte lub zniszczone (Młodsza zjada kredki, szczególnie te Bambino). Kupiliśmy też pluszaka dla Młodszej, bo poprzedni zaginął na wakacjach. Kompletnie nowe zabawki są tylko dwie – zestaw drewnianych owoców do krojenia i pluszowy żółwik. Owoce zrobiły furorę. Najpierw fascynowała się nimi Starsza (z resztą, z myślą o niej były kupione). Po pewnym czasie emocje opadły i okazało się, że uwielbia się nimi bawić Młodsza (Nie mogę się nadziwić, ile ma cierpliwości podczas kolejnych prób pokrojenia.). Pluszowy żółwik był wynikiem długotrwałych nacisków i żałuję, że się zgodziłam. Starsza uważała, że to niesprawiedliwe, że Młodsza dostała nowego pluszowego kotka. Po jego zakupie Starsza męczyła nas przez ponad tydzień i w końcu się poddaliśmy. Maleńki pluszowy żółwik oczywiście był używany przez chwilę, a teraz poniewiera się bez sensu po mieszkaniu.

Nowości w naszym domu. Oczywiście owoce już zdekompletowane.

Wielkie powroty

Z pudła w piwnicy zaliczyliśmy tylko jeden powrót zakończony sukcesem (czytaj: zainteresowaniem dzieci). Wróciło wiaderko drewnianych klocków. Układają obydwie. Starsza tworzy skomplikowane budowle, Młodsza – pierwsze wieże z kilku klocków.

Książki

Temat dla mnie najtrudniejszy. Okazało się, że po pierwsze, Starsza uwielbia wyprawy do biblioteki i wyszukiwanie sobie ciekawych, nowych książek (duuużo Franklinów, no i niestety Kicia Kocia oraz Misia Marysia. Mam nadzieję, że łączycie się ze mną w bólu 😉 ). Po drugie, Młodszej w ogóle nie przeszkadza tłuczenie w kółko kilku książeczek. Poza tym, zaczęliśmy pożyczać książki nie tylko z biblioteki, ale też od znajomych. Dzięki temu odnaleźliśmy serię, którą Starsza bardzo polubiła, a Młodsza… Młodsza darzy ją jakąś szaloną miłością! Chodzi o serię książeczek o Maksie autorstwa Evy Eriksson i Barbro Lindgren. Mamy w tej chwili w domu trzy pożyczone i wiem, że nadejdzie moment, że kupię jej kilka nowych. Przez te trzy miesiące kupiłam im tylko 2 książki – Młodsza dostała „Do kąpieli, króliczku”, bo od dawna ma i bardzo lubi „Śpij, króliczku” tego samego autora. Starsza – „Wielką księga przygód. Basia”[1]. Nasze wielkie odkrycie i pierwsza książka, której udało się zastąpić „Kajtka i misia”. Zestaw kilku prostych historii o pięcioletniej Basi i jej rodzinie. Odkąd kupiłam tę książkę, nie czytamy wieczorem nic innego (a to już prawie miesiąc). Starsza zna już na pamięć spore kawałki tekstu. Opowiadania są na tyle fajne i, co bardzo ważne, napisane tak przyjemnym językiem, że czytanie sprawia przyjemność także mnie.

Wszystkie zdjęcia we wpisie, które nie są zrobione przeze mnie, pochodzą ze strony unsplash.com

Wątpliwości

A co z moimi obawami dotyczącymi tego eksperymentu? Przypomnę, że najwięcej lęków budziły we mnie następujące sprawy:

  • Starsza będzie mnie cały czas molestować, żeby chodzić się bawić do koleżanek, bo one mają więcej zabawek;
  • dziewczyny będą mi wywlekać wszystko z szuflad i szafek, żeby się tym bawić;
  • koleżanki nie będą chciały przychodzić do Starszej, bo będą uważały, że ona nie ma fajnych zabawek.

Moje obawy okazały się bezpodstawne. Po pierwsze, mała liczba zabawek nie przełożyła się na wywlekanie rzeczy z szafek i szuflad. Wyjątkiem są szuflady z ich ubraniami – tutaj Młodsza czasami wyciąga ubrania i roznosi po mieszkaniu. Za to do rangi jednej z najfajniejszych zabawek urosła wielka szafa z przesuwnymi drzwiami, którą mamy w przedpokoju. Głównie służy do zabawy w chowanego i w „przedszkole” (Starsza ubiera Młodszą w swoje kalosze i plecak, zaprowadza do szafy, zamyka ją w środku i mówi: „przyjdę po ciebie popołudniu”. Taka patologia :D).

Co do „molestowania”, to owszem, zaliczyliśmy taką fazę. Rzeczywiście, przez pierwszy miesiąc Starsza często po wizycie u jakiegoś innego dziecka zachwycała się ile ono ma zabawek. Serce mi krwawiło i zastanawiałam się, czy nie robię im jednak krzywdy. Ale cały czas sobie powtarzałam, że to przecież nie jest na zawsze i w każdej chwili mogę im oddać zabawki, a nawet dokupić jeszcze więcej. A do każdej zmiany trzeba się przyzwyczaić, więc dajmy dzieciom trochę czasu. Mój Mąż miał dokładnie te same obawy, więc po kilku tygodniach przyniósł im z piwnicy kilka zabawek (2 opakowania puzzli, lalkę, 2 pluszaki, wiaderko drewnianych klocków). I co? Ano nic. Dziewczyny ani się nie podekscytowały na te zabawki ani się nimi nie zaczęły bawić. Jedyne, co zyskało ich aprobatę, to zestaw klocków.

Krwawienie mojego rodzicielskiego serduszka dodatkowo powodowało jeszcze jedno zachowanie Starszej. Przez pierwsze dwa – trzy tygodnie co chwilę mówiła nam, że chciałaby różne zabawki i naciskała nas, żebyśmy je kupili. Za każdym razem dostawała odpowiedź, że może dostać jakąś nową zabawkę z okazji świąt albo na urodziny. Tymczasem, bez żadnego kupowania, po pierwszym miesiącu temat zabawek zupełnie zniknął i nie pojawił się tak długo, póki nie dostała drewnianych owoców. Wtedy na jeden – dwa dni wróciła litania wyliczania jakie to zabawki mamy jej kupić. Ale po chwili temat znowu ucichł. Bardzo mnie to zastanowiło. Miałam wrażenie, że „chciejstwo” jest u niej napędzane nie przez „brak zabawek”, ale przez przypomnienie sobie, jakie to fajne uczucie dostać nową zabawkę. Jakby to w ogóle nie chodziło o sam przedmiot, tylko o moment dostawania go. Oglądałam film o minimalizmie[2] i pojawił się w nim świetny tekst: Tak naprawdę nie pragniemy tych wszystkich rzeczy. Pragniemy tego uczucia, które też rzeczy nam dają. I myślę, że to dokładnie jest casus Starszej i „litanii zabawek”. Tak naprawdę nigdy nie chodzi o te zabawki. Tylko o tego kopa z dopaminy, który dostaje nasz mózg w momencie, gdy upragniona rzecz jest już w naszych rękach. Natura pierwotnego człowieka – łowcy – „zwycięstwo, upolowałem mamuta”.

Co do innych dzieci, które nas odwiedzają, to nie widziałam, by dla nich niewielka liczba zabawek była jakimkolwiek problemem. I tak głównymi zabawami w naszym domu są: skakanie po naszym łóżku, chowanie się w szafie, tarzanie się po narożniku w salonie, siedzenie na balkonie i zagadywanie ludzi, którzy przechodzą oraz gotowanie w kuchence. Tylko jeden raz dziewczynki były zawiedzione, że Starsza ma tak mało lalek, bo chciały się bawić w lekarza i chciały, żeby było dużo pacjentów w kolejce (polskie dzieci znają realia NFZ-u 😉 ).

W co na co dzień bawią się nasze dzieci?

Gdy obserwuję je na co dzień, mam wrażenie, że one bawią się głównie bez zabawek. Ganiają się nawzajem, maltretują psa[3], oglądają wspólnie książeczki (np. „Mamoko” albo „Rok w lesie”), Starsza czyta Młodszej (tzn. klepie z pamięci całą treść książeczki), chowają się w szafie, włażą za narożnik, skaczą po łóżku, pluskają się jak szalone w wannie. Nadal też spędzamy sporo czasu na zewnątrz na spacerach czy placu zabaw. Dodatkowo Młodsza wspina się po wszystkim, co napotka, a Starsza wymyśla sobie różne historyjki i je odgrywa (zamiast lalek główne role grają: widelec i łyżka, kredka i szczoteczka do zębów, a w ostateczności własne palce).

Refleksje i plany na przyszłość.

Patrzę każdego dnia na to, jak nasze córy się bawią bez zabawek i cały czas się zastanawiam: czy to źle? Czy coś tracą? Czy ich świat jest uboższy przez to, że tak mało używają zabawek? Czy ich rozwój jakoś na tym cierpi? Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania. Cały czas też zastanawiam się, czy powinnam im pozwolić bawić się jak chcą czy starać się wyszukiwać zabawki i zabawy, które powinny je zaciekawić. Podsuwać im różne rzeczy, proponować. Mam niejasne poczucie, że powinnam to robić. I że to, że tego nie robię, świadczy o moim lenistwie jako rodzica. I od razu pojawia się poczucie winy, że zubażam ich dzieciństwo (no i negatywnie wpływam na ich rozwój). Czy Starszej naprawdę wystarcza bawienie się widelcem i łyżką? A może jakbym jej kupiła jakiś zestaw Sylvanian Families z uroczą rodzinką króliczków i uroczym domkiem dla nich, to bawiłaby się dużo lepiej? Czy Młodszej jest fajnie z tym dzidziusiem, którego ledwo jest w stanie podnieść? A może fajniej bawiłoby się jej minilalką anatomiczną z Miniland? Cholera, nie wiem.

Dlatego też nie mam zamiaru dalej ograniczać im zabawek i pozbywać się kolejnych rzeczy. Będę się starała utrzymać ich liczbę na podobnym poziomie. Kolejne miesiące planuję spędzić na refleksji dotyczącej jakości i rodzaju, bo kwestię ilości mamy już uporządkowaną. Chciałabym, aby ich zabawki bardziej odpowiadały ich potrzebom rozwojowym i pobudzały ich wyobraźnię. Jakie to ważne zobaczyłam dopiero, gdy Starsza od września przeniosła się do przedszkola waldorfskiego[4]. Zachwyciło mnie, jak bardzo proste przedmioty, dzięki wyobraźni opiekunek i dzieci, zamieniają się co chwilę w inne zabawki (np. deska może być: deską do prasowania, zjeżdżalnią, równoważnią, tratwą, mostem itd.). Myślę, że w tą stronę chciałabym pójść. Chciałabym się skupić na zabawkach typu „open-ended” (nie wiem, jak to ładnie na polski przetłumaczyć). Ogólnie chodzi o zabawki, które nie mają jednego, bardzo konkretnego sposobu używania ich (np. zabawkowy odkurzacz) ani jednego możliwego rozwiązania (np. puzzle).

Dlatego w najbliższych miesiącach w naszym domu pojawią się zapewne:

  • zestaw prostych drewnianych figurek oraz domek dla nich (np. jak to, co sprzedają w tym sklepie→KLIK [5]);
  • dużo więcej materiałów plastycznych – jakieś porządne flamastry, kolorowy papier, klej, jakaś masa plastyczna. Mam poczucie, że zaniedbaliśmy to bardzo ze względu na Młodszą. Kiedyś Starsza miała kartki, kredki i farby stale w użyciu, a w pewnym momencie, dla bezpieczeństwa Młodszej (oraz naszych mebli), zostały schowane i jakoś tak nikomu się nie chce ich wyciągać. Mam poczucie, że w tym momencie nawet Młodszej sprawiłoby radochę bawienie się plasteliną i czas do tego wrócić. Niestety, to są same rozrywki wymagające nadzoru rodzicielskiego 🙁 (no chyba, że ma się ochotę potem przez miesiąc wyskrobywać plastelinę z obicia wersalki);
  • zestaw kawałków materiału o różnych wielkościach, fakturach, kolorach i wzorach. Pomysł wzięłam stąd →KLIK. Na początku nie czułam się przekonana, ale w przedszkolu Starszej zobaczyłam coś bardzo podobnego. Kolorowe kawałki materiału służą do budowania namiotów, ciągania się nawzajem po podłodze, „szycia sukienek”, zielony materiał udaje las, a błękitny skrawek – jezioro. Zamiast kupować zakochanej w „Krainie lodu” Starszej poliestrową, szytą w Chinach suknię Elzy →KLIK, mogę kupić albo wyszukać w lumpeksie dwa kawałki materiału – jeden błękitny, a drugi przezroczysto-błękitny. Wyjdzie na to samo. Co więcej, Młodsza nadal uważa, że schowanie głowy pod kawałek materiału, a potem ściągnięcie go z siebie z okrzykiem „a kuku!” to jedna z najlepszych zabaw na świecie, więc ten zestaw jej także przypadnie do gustu.

Oprócz tego mam zamiar zaopatrzyć je w instrumenty muzyczne. Szczerze powiem, że aż mi ręka drży, gdy to piszę, bo jestem osobą o wrażliwym słuchu i szczerze nienawidzę hałasu. Ale mam wrażenie, że obydwie bardzo lubią tego typu zabawki. Dlatego planuję zakupu: marakasów, tamburyna, małego bębenka i kołatki (kastanietów? Nie wiem, jak to się nazywa). A potem zacznę się modlić o częściową utratę słuchu.

Mam nadzieję, że moje wynurzenia Was nie znudziły. Wyjątkowo ciężko mi ocenić, czy ten tekst może być ciekawy dla innych. Dla mnie jest interesujący, ale przecież piszę o moich dzieciach i ich zabawkach, więc to oczywiste. Za kilka miesięcy wrócę z kolejnym wpisem i zdam Wam relację, czy udało się wprowadzić chociaż część planowanych zmian w życie. No i oczywiście, czy był to sensowny kierunek. Bardzo chętnie dowiem się też, co w Waszych rodzinach sprawdziło się jako najlepsza zabawka ever, a co było wyrzuconą kasą. Może macie jakieś doświadczenia z zabawkami, które planuję kupić? Dajcie znać!

Pozdrawiam serdecznie,

Matka Skaut (z jeszcze nieuszkodzonym słuchem).

[1] Jeśli jesteście z Krakowa, to bardzo, baaardzo polecam Wam wizytę w Książkotece http://www.ksiazkoteka.com.pl/ na ul. Dolnych Młynów 2. Cudowna księgarnia z książkami dla dzieci. Cudowna dzięki ludziom, którzy tam pracują. To nie Empik, gdzie pracownicy tak samo mogliby sprzedawać cebulę na kilogramy, bo nic nie wiedzą na temat książek, które stoją wokół nich. To jest miejsce prowadzone przez ludzi, którzy naprawdę kochają książki. Wpadłam tam bez większego planu. I nie znalazłam „Wielkiej księgi przygód” sama. Pewnie w życiu bym nie sięgnęła po tę książkę. Po prostu opowiedziałam pani w jakim wieku mam córkę, jakie książki kocha, jakie lubi, a jakie kompletnie się u nas nie sprawdziły. Ona pokiwała głową, przyniosła mi cały stosik książek, posadziła na kanapie i powiedziała, że coś z tego powinno pasować. 🙂

[2] https://www.youtube.com/watch?v=0Co1Iptd4p4

[3] Spokojnie. Nasza suczka jest stoikiem z charakteru i znosi tarzanie się po niej, próby dosiadania jej, zaczepianie, wieszanie się na szyi, ściskanie i klepanie z dużą dozą cierpliwości. A czasami jej się nawet podoba. Poza tym „małe pańcie” zawsze dają coś do jedzenia. A pies jest w stanie znieść WSZYSTKO za kawałek chleba.

[4] Może kiedyś o tym napiszę? Tzn. o przedszkolu waldorfskim z perspektywy rodzica. Jako starą harcerkę uwiedli mnie kontaktem z naturą, własnym ogrodem, wychodzeniem niezależnie od pogody, stawianiem na samodzielność dzieci. Ale miałam też sporo obiekcji, bo słyszałam wiele opinii, że edukacja waldorfska to sekciarstwo, no i ich rozbudowana filozofia też raczej do mnie nie przemawia. Pożyjemy, zobaczymy.

[5] Chodzi mi tylko o formę. Nie skupiajcie się na proponowanym przez stronę celu użycia tych zabawek, bo nie jest obligatoryjny 😉

Comments

  1. Domi

    Bardzo ciekawy tekst 😊 u nas córka ma 1,5 roku a zabawki zajmują pół pokoju. W drodze następny dzidziuś, więc miejsce będzie potrzebne. Twój eksperyment dał mi super kopa. Pokazałaś, że dzieci nie potrzebują tego wszystkiego czym je zasypujemy. Chwila ekscytacji i kolejny misiek w kąt. Tylko te półki w sklepach, jakby obiecywały pół godziny spokoju, jak tylko kupisz kolejne LEGO 😁😁

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Dzięki! No właśnie mam poczucie, że naprawdę to my to dzieciom robimy, a nie one nam (no przynajmniej na początku). To NASZE, a nie ich lęki i pragnienia sprawiają, że kupujemy kolejną i kolejną zabawkę. Mam nadzieję, że uda Ci się odgruzować trochę pokój. Daj znać, jak Ci poszło!

  2. Sara

    Dziękuję, że piszesz. Nie mam dzieci i w najbliższej przyszłości pewnie jeszcze mieć nie będę, ale przeczytałam wszystkie wpisy na Twoim blogu bo… są po prostu mądre. Uderzają w jakąś strunę we mnie, tak, że chcę więcej. Co kilka dni wchodzę tutaj i sprawdzam, czy może nie ma czegoś nowego. Zazwyczaj nie piszę komentarzy, ale wydaje mi się, że taka informacja zwrotna przy początkach blogowania jest bardzo ważna, więc nie przestawaj!

    Ja, jako dziecko melancholijne i często żyjące we własnym świecie, uwielbiałam plastikowe figurki dalmatyńczykow (miałam ich pewnie około 40), które układałam w długi korowód i robiłam „wyprawę” wokół całego domu, przesuwając jednego pieska po drugim. Zabawa na wiele godzin, a że figurki były małe, to nie przeszkadzały innym domownikom. Najlepiej to wspominam ze wszystkich zabaw. inne zabawki praktycznie się nie liczyły.:)
    I podróż samochodzikiem po dywanie-mieście w przedszkolu (te takie dywany z ulicami), to też pochłaniało mnie na wiele godzin. 🙂

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Dziękuję! Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, jak ktoś mi napisze, że nie ma dzieci, ale podoba mu się ten blog to… miałabym już ze 20 złotych 😀 Jak zaczynałam, to miałam w głowie, że to będzie taki blog o rodzicielstwie i dzieciach, a wyszło… no sama nie wiem jak. Wcale nie mam poczucia, że źle. Tylko tak jakoś bardziej ogólnoludzko. Ale rodzice to ludzie, dzieci to ludzie, więc chyba nie jest tak bardzo nie w temacie 😉
      I tak, komentarze dla mnie są super ważne, naprawdę cieszy mnie każdy odzew. Sama wcześniej nie miałam zwyczaju nic komentować (choć czytałam bardzo dużo), a po własnych doświadczeniach „z drugiej strony” zmieniłam postępowanie. Może nie komentuję jak szalona, ale doceniam wagę informacji zwrotnej i siłę lajków i udostępnień, więc na tym polu też stałam się duuużo bardziej hojna niż wcześniej.
      Ja też byłam dzieckiem raczej introwertycznym (zapewne dzisiaj to nawet bym dostała diagnozę „spektrum autyzmu”) i najbardziej na świecie w pierwszych latach życia lubiłam… oglądać własne palce. Podobno mogłam to robić godzinami. Więc nie wiem za bardzo, co może przypasować dwóm dzikim kozom, które dosłownie po ścianach latają jak są w zabawowym nastroju.

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Wiesz, ja mam duszę prawdziwego przypierdalacza, czyli człowieka, któremu mało co się w życiu podoba (wolę sobie mówić, że mam po prostu wysokie wymagania wobec siebie i innych. Brzmi ładniej, ale wszyscy wiemy co to tak naprawdę oznacza 😉 ). W związku z tym mam dwa główne problemy z Kicią Kocią. Pierwszą jest sam rysunek. Pyszczek Kici Koci to dla mnie idealne zobrazowanie związku frazeologicznego „szaleństwo w oczach”. Za to jej kolega Pacek ma coś takiego w pyszczku, że wygląda jak obleśny zbok. No nic na to nie poradzę, dla mnie coś w nim jest odrażającego (i nie jest to tylko moje zdanie). Drugą kwestią jest niejasność świata przedstawionego (bardzo wiele książek dla dzieci ma z tym problem. Jakby autorzy zakładali, że dzieci nie myślą i można im byle ciemnotę wcisnąć). Kicia Kocia, jej rodzina i kolega Pacek są kotami. Ale takimi humanoidalnymi – w ubraniach, jeżdżący samochodem itd. Ale reszta postaci – sąsiedzi, współpasażerowie w pociągu, dzieci na placu zabaw – to ludzie. I brak jakiegokolwiek wyjaśnienia tej sytuacji. No i oczywiście nikt się nie dziwi, że spotyka w pociągu dwa ubrane, gadające koty. Ja wiem, że dla większości ludzi to nie jest problem, ale mój umysł nie pozwala mi spokojnie zaakceptować takiego dziwacznie skonstruowanego świata.
      Mam nadzieję, że odpowiedziałam na pytanie 🙂

      1. Ardenno

        Dziękuję za odpowiedź. Ja z kolei nie mogę zdzierżyć, że z taty świnki zrobiono nieudacznika. Sama Peppa jako bajka jest naprawdę fajna – przyjemna do oglądania, z fajnymi historiami i po prostu sympatyczna. Ale gdy coś się dzieje i dotyczy to taty świnki, to on zawsze jest powodem do śmiechu, mama świnka – nigdy. Nie żeby przemawiał przeze mnie męskim szowinizm (identyczne spostrzeżenia ma żona), ale twórcy/twórczyni Peppy naprawdę chyba ma jakiś uraz do mężczyzn 😉

        1. Post
          Author
          Matka Skaut

          Też to zauważyłam! Tzn., że tam jest odwrotność szowinizmu. To tata świnka przedstawiany jest jako sierota, która nic nie umie i zawsze coś zepsuje, a mam świnka musi przyjść po nim naprawiać. Myślę, że autorzy bajki chcieli zrobić inaczej niż wszędzie, ale ja bym wolała, żeby to było bardziej zbalansowane, tzn. raz tata a raz mama czegoś nie umieli i musieli polegać na drugiej stronie. Ale oprócz tego, to Peppa jest moją ulubioną bajką dla dziewczyn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *