Historia o hodowaniu kręgosłupa moralnego – krew, pot i łzy. I dyskomfort psychiczny.

To jest niepokojący tekst. Taki, który powoduje dyskomfort. Napisałam go, ponieważ (tak jak John Stuart Mill) uważam, że lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią. A stawanie się lepszym w czymkolwiek wiąże się najczęściej z pewną psychiczną lub fizyczną niewygodą.

Temat pojawił się w moim życiu w ostatnim roku, gdy zrozumiałam, że Starsza nieubłaganie rośnie i coraz więcej rozumie z tego, co się wokół niej dzieje. Chciałabym wychować ją (i każde kolejne nasze dziecko) na dobrego człowieka. Niezbyt to oryginalne, wiem. Wszyscy by tak chcieli. Ale ja się zaczęłam zastanawiać, co to tak naprawdę znaczy dla mnie. Przyzwoity człowiek to taki, który dba o innych. Nie oszukuje, nie kradnie, zdaje sobie sprawę ze swojego wpływu na świat i na innych ludzi. Pomaga innym, reaguje na niesprawiedliwość. Tylko jak wychować dziecko na kogoś takiego? Można mu mówić: „nie zabieraj nieswoich rzeczy”, „nie kłam”. Można czytać dziecku bajki z morałem, gdzie na końcu zły bohater zostaje ukarany, a dobro i szlachetność triumfują. Ale to wszystko nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli my, rodzice, w swoim codziennym życiu nie będziemy tych wartości wyznawać. Niestety, nie da się uczyć dzieci przez pouczanie ich. Każde „nie wolno…”, „powinieneś się zachowywać…” wpada jednym uchem, a drugim wypada. Dzieci najważniejszych rzeczy o życiu uczą się przez osmozę[1]. Niby nic się nie dzieje, dzień jak co dzień, kolejna zwykła, życiowa sytuacja, kolejny wybór jak się zachować. A dziecko patrzy i słucha. Nie jest wielkim filozofem ani myślicielem. Nie potrafi przełożyć na mądre słowa czy ogólne zasady postępowania tego, co właśnie widziało. Ale naturalnie przejmuje nasze zachowania i sposób myślenia. I tak, zastanawiając się nad tym wszystkim, doszłam do przykrego (?) wniosku, że nie ma innego sposobu na wychowanie dzieci na przyzwoitych ludzi niż samemu być przyzwoitym człowiekiem.

Ponieważ trudno w internecie znaleźć zdjęcia kręgosłupa moralnego, to dzisiaj w ramach przerywników zdjęcia lasu. Bo las jest zawsze spoko. (wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unspash.com)

Ja wiem, że przytłaczająca większość z nas uważa się za dobrych ludzi. Większość ludzi uważa też, że jest ponadprzeciętnie życzliwa, lojalna, rozważna, szczera i ma ponadprzeciętne poczucie humoru, a większość kierowców twierdzi, że jest ponadprzeciętnie dobrym kierowcą[2]. No i nie da się ukryć, że nie ma takiej opcji. Większość z nas jest przeciętnie życzliwa, szczera, rozważna, ma przeciętne poczucie humoru i przeciętne umiejętności prowadzenia samochodu. Dlatego właśnie nazywa się to przeciętnością. Z tego wynika, że większość z nas jest też przeciętnie przyzwoitymi ludźmi.

Aby dowiedzieć się na ten temat więcej, sięgnęłam po świeżutko wydaną książkę mojego ukochanego psychologa i badacza ludzkich zachowań – Dana Ariely’ego[3]. Wnioski z jego badań są i dobre i złe. Złe są takie, że oszukujemy wszyscy. Dobre – że oszukujemy mniej, niż byśmy mogli. Niestety, nie ma się co ekscytować tą dobrą wiadomością. Bo tak naprawdę najgorsze skutki ma nie jedno spektakularnie podłe zachowanie, ale suma małych kłamstw i oszustw. Czyli, że to my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, jak wygląda nasz świat, a każdy z nas, każdą swoją decyzją i zachowaniem dorzuca się do ogólnoświatowej puli podłości.

Ariely pisze o tym, że każdy z nas chciałby mieć ciastko i zjeść ciastko. To znaczy z jednej strony uważać się za przyzwoitego człowieka, a z drugiej – czerpać korzyści z niemoralnego zachowania. Aby móc to zrobić, musimy we własnej głowie zrobić moralne salto. To znaczy wytłumaczyć samej sobie, że to, co mam zamiar zrobić, wcale nie jest (takie) złe. Z początku nie jest to łatwe, bo każdy z nas (oprócz psychopatów) ma wewnętrzny moralny kompas i tak naprawdę świetnie wie, czy robi coś dobrego czy złego. Oczywiście, z czasem się wyrabiamy i tłumaczenie samych siebie przychodzi nam coraz łatwiej, a serduszko coraz mniej kłuje. Dlatego też uznałam, że jeżeli chcę być człowiekiem przyzwoitym, to powinnam nauczyć się rozpoznawać ten moment, gdy zaczynam samej sobie tłumaczyć, że czarne wcale nie jest czarne, a białe nie jest białe.

Obrazek stąd: http://memy.pl/mem_793678_uwaga

W związku z tym zapraszam na mój subiektywny przegląd najczęściej używanych racjonalizacji, które ułatwiają nam nakurwienie moralnego salta.

1. Jeśli robię coś złego, ale dużo innych ludzi też tak robi, to wszystko OK.

To jest ten argument, na który wszyscy rodzice świata reagują pytaniem: „a jakby wszyscy skakali z mostu, to też byś skoczyła?”. I to jest pytanie, które obnaża cały bezsens tego tłumaczenia. Tak naprawdę zawsze, gdy pojawia się argument „wszyscy tak robią” albo „inni robią gorzej”, to jest niechybny znak, że właśnie masz zamiar usprawiedliwić jakieś świństwo. Gdy byłam w liceum, moja Pani Profesor od języka polskiego powiedziała kiedyś: „powszechne nie znaczy normalne” i wstrząsnęło mną to zdanie (nawet zapisałam je sobie na marginesie w zeszycie). To, że inni zachowują się niemoralnie, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla Twojego czynu.

2. Jestem dobrym człowiekiem, bo nie robię nic (bardzo) złego.

To jest pochodna argumentu „inni robią gorzej”. Wiele osób uważa, że jeżeli sami nikogo nie biją, nie mordują, nie kradną, to już z nich czyni wystarczająco dobrych ludzi. A im niżej zawiesi się poprzeczkę, tym łatwiej poczuć się dobrym. Na przykład ja nie głodzę swoich dzieci, nie gaszę na nich papierosów ani nie biję kablem od żelazka. To znaczy, że dobra ze mnie matka, co?

Drugą stroną tej racjonalizacji jest specyficzny stosunek do świata na zasadzie: ja jestem w porządku i to nie moja sprawa, że inni nie są. A według mnie, samo „nieczynienie zła” nie jest równoznaczne z „czynieniem dobra”. Uważam, że nie można czuć się dobrym człowiekiem, jeśli aktywnie nie robię nic, by ten świat był lepszym miejscem. Z byciem dobrym łączy się moralny obowiązek, by włożyć wysiłek, pomóc innym, przeciwstawiać się podłości. Bo zło szerzy się nie dlatego, że złych ludzi jest wielu. Za to jest bardzo wielu ludzi, którzy nie reagują, gdy coś złego się dzieje i uznają, że to nie jest ich sprawa.

3. Jeśli moi znajomi mówią, że to, co robię jest OK, to wszystko w porządku.

Ile razy zdarzyło Wam się słuchać, jak ktoś z rodziny lub znajomych opowiada o tym, co zrobił i myśleć, że to było bardzo nie w porządku? A ile razy powiedzieliście to głośno? Niestety, gdy ktoś, kogo lubimy, robi takie rzeczy, to z wielką łatwością przychodzi nam rozgrzeszenie go. A nawet, jeśli czujemy jakiś dyskomfort, to nie będziemy ryzykować dobrych relacji z kimś i mówić, co myślimy. Dlatego też opowiedzenie o swoich grzeszkach i uzyskanie rozgrzeszenia od przyjaciółki nie jest żadnym wyznacznikiem tego, czy dane zachowanie było dobre czy złe. Jest to tylko sposób, by zagłuszyć swoje sumienie i poczuć się lepiej.

4. Jeśli robię coś złego, ale mam ku temu powody, to to jest OK.

Ludzie zachowują się niemoralnie nie dlatego, że to lubią. Po prostu z niemoralnym zachowaniem wiążą się jakieś korzyści. Więc ZAWSZE jest powód, by zachować się nieetycznie. Dlatego w naszej głowie jesteśmy sobie w stanie zawsze wytłumaczyć, że oczywiście, na co dzień to byśmy tak nie zrobili i w ogóle to potępiamy takie zachowanie, ALE akurat my mieliśmy słuszny powód by tak zrobić.

5. Nie mam innego wyjścia.

Ten argument związany jest z bardzo istotną kwestią osobistej odpowiedzialności za nasze czyny i słowa. Lubimy używać zwrotów, które sugerują, że odpowiedzialność za to, co się stało, ponosi ktoś albo coś innego. „Ja jestem przyzwoitym człowiekiem, ale MUSIAŁAM tak zrobić, bo…”.

W książce „Porozumienie bez przemocy” znajduje się wspaniały przykład na rozmywanie osobistej odpowiedzialności przez używanie odpowiedniego języka. Historia dotyczy nauczycielki, która podczas warsztatów Rosenberga skarży się, że bardzo nie lubi stawiać stopni uczniom.

– Nie cierpię stawiać stopni. Moim zdaniem, żaden z nich pożytek, tylko się uczniowie niepotrzebnie denerwują. Ale muszę stawiać stopnie, bo tego ode mnie wymaga kuratorium. […] Zaproponowałem, żeby nauczycielka przeredagowała zdanie <<Muszę stawiać stopnie, bo tego ode mnie wymaga kuratorium>>, zaczynając je tym razem od słów: <<Wolę stawiać stopnie, bo chcę…>>. Kobieta bez wahania powiedziała:

– Wolę stawiać stopnie, bo chcę utrzymać się na posadzie – czym prędzej jednak dodała: – Ale nie podoba mi się to sformułowanie. Kiedy wypowiadam te słowa, czuję się strasznie odpowiedzialna za to, co robię.

– Właśnie dlatego proszę, żeby pani tak to formułowała.[4]

Zawsze znajdziemy kogoś/coś, co możemy obarczyć odpowiedzialnością za swoje niemoralne czyny. Bo ktoś nam kazał, bo sytuacja życiowa nas zmusiła, bo nacisk społeczny, bo emocje nie do opanowania. I tak to później opowiadamy – zarówno sobie, jak i innym. I czujemy, że nie jesteśmy odpowiedzialni za to zło lub krzywdę, które wyrządziliśmy. Rosenberga w tej samej książce napisał jeszcze: jesteśmy niebezpieczni, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z odpowiedzialności za nasze postępowanie, myśli i uczucia. I nie sposób się nie zgodzić.

6. No przecież świata nie zbawię.

To jest tłumaczenie, gdzie uznajemy, że jeżeli nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego, to wolno nam nie zrobić nic. No i co z tego, że ja będę wyrzucać śmieci do kosza, jeśli inni wyrzucają je na ulicę? No i co z tego, że ja dam kilka złotych na jakiś szczytny cel, jeśli do realizacji potrzeba bardzo dużo pieniędzy? Tak, jesteś tylko jednym, małym robaczkiem. Ale wielkie zmiany powstają dzięki temu, że pojedyncze, małe robaczki postanawiają zachować się inaczej. Twoje pojedyncze działanie ma znaczenie i zatacza szersze kręgi, niż Ci się wydaje. Po pierwsze, patrzą na Ciebie Twoje dzieci i uczą się, jak mają postępować w swoim dorosłym życiu. Po drugie, Ariely w swojej książce[3] udowadnia, że nieuczciwość jest bardzo zaraźliwa. Że jeżeli widzimy, że inni zachowują się nie fair, to sami jesteśmy dużo bardziej skłonni do podobnego zachowania. Więc jeżeli postanowisz zachować się nieetycznie, to robisz krzywdę: drugiej stronie danej relacji, swoim dzieciom i dorzucasz swój kamyczek do góry ogólnoludzkiej podłości. A wszystko to pod sztandarem: „moje pojedyncze zachowanie jest zupełnie bez znaczenia”.

7. Ale nie ma pewności, że to jest nie w porządku…

Tak się usprawiedliwiamy, gdy nie chcemy zareagować na czyjeś nieetyczne zachowanie albo chcemy czerpać z niego korzyść. Dwa przykłady:

– jeśli zza ściany słyszysz odgłosy męsko-damskiej kłótni, a później krzyki kobiety, to masz wybór. Zareagować albo usprawiedliwić swoją bezczynność tłumaczeniem: „no ale przecież nie wiadomo na pewno, czy on ją bije…”;

– na podstawie mojego doświadczenia. Chciałam sobie kupić perfumy. Z gatunku tych drogich. Zaczęłam szukać, czy gdzieś nie da się ich kupić taniej. W drogeriach internetowych mogłam zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych. Ale znalazłam jednego sprzedawcę na olx.pl, który sprzedaje nowe, (podobno) oryginalne perfumy za ułamek rynkowej ceny. Co to oznacza? Że albo sprzedaje podróbki albo te perfumy są kradzione. Może istnieje jakieś inne wytłumaczenie tej różnicy w cenach, ale te dwa są najbardziej prawdopodobne. Oczywiście, nie mam pewności, że tak jest, za rękę tego człowieka nie złapałam podczas kradzieży. Ale czy to oznacza, że zakup od niego będzie z etycznego punktu widzenia w porządku?

To są wszystkie racjonalizacje, które przyszły mi do głowy, ale obstawiam, że znacie (i używacie) też innych. Te niejednokrotnie rozpoznałam w swoim myśleniu. A teraz, gdy temat moralności naprawdę mnie zajmuje, to śledzę te wszystkie myśli z wielką uwagą. Wiem, że jeżeli złapię się na którejkolwiek z nich, to oznacza, że właśnie planuję zrobić coś nie w porządku. Zaufajcie mi, rezygnacja z tych argumentów jest dla mnie strasznie trudna, bo przy okazji przechodzi mi koło nosa tyle fajnych korzyści z nieetycznego zachowania (jak chociażby te perfumy 🙁 ).

Możecie się spytać: „no i po co to wszystko?”.Do bycia świętą aspirujesz? Czy to w ogóle warto? Według mnie, jak najbardziej TAK i zaraz wytłumaczę dlaczego. W jednym z najsłynniejszych eksperymentów w historii psychologii, badacz Stanley Milgram pokazał światu, jak łatwo jest zmusić zupełnie przeciętnych ludzi, do ślepego posłuszeństwa. Badani na rozkaz eksperymentatora razili silnym prądem nieznane sobie osoby (oczywiście na niby, ale nie zdawali sobie z tego sprawy)[5]. 80 procent badanych dało się z łatwością namówić na fizyczne krzywdzenie niewinnego człowieka! A teraz najważniejsze dla mnie pytanie – co spowodowało, że te pozostałe 20 procent tego nie zrobiło? Osoby, które przeciwstawiały się eksperymentatorowi miały silnie zakorzenione normy moralne i w niejasnej sytuacji eksperymentu, do nich się odniosły. Większość ludzi zapętliła się w tym, że przecież się zgodzili na udział, że to była ich decyzja, że do tej pory byli posłuszni, więc czemu mieliby to zmieniać. Tymczasem te 20 procent, gdy poczuło dyskomfort, to odniosło się do tego, co zawsze mieli przy sobie – swojego kręgosłupa moralnego. Ludzie odmawiający powoływali się na normy, które były dla nich nadrzędne. Często była to religia. Ale też stwierdzenie: „moja matka by tego nie pochwaliła”[6].

Dlatego dziś, gdy łapię się na tym, że próbuję sobie coś zracjonalizować, to najlepiej na mnie działa, gdy zaczynam sobie zadawać dwa pytania.

Czy chciałabym, aby moja dorosła córka zachowała się w ten sposób?

Czy gdyby moja dorosła córka mogła zobaczyć mnie teraz, to byłaby dumna z mojego postępowania?

Te dwa pytania są dla mnie wielkim hamulcem, który chroni mnie przed zapędzaniem się na śliskie i grząskie tereny nieetycznego zachowania. Bo, gdy sobie na nie szczerze odpowiem, to nie mam żadnych wątpliwości, czy postępuję dobrze czy źle. Nie chcę wychować moich córek na osoby, które zasady i etyczne zachowanie to mają tylko na ustach. Chcę, aby w każdej chwili życia miały ze sobą „bezpiecznik”, w który zostały przez nas wyposażone – silne poczucie, co jest dobre, a co złe i świadomość, co oznacza być przyzwoitym człowiekiem. I że nie ma co czekać na nagrodę za „dobre zachowanie”. Zachowanie się przyzwoicie to nagroda sama w sobie, dużo ważniejsza niż chwilowy zysk z nieetycznego uczynku. Jak powiedział Władysław Bartoszewski:

Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.

Po przeczytaniu tego wpisu, możesz odczuwać dyskomfort. Bierze się on stąd, że wszyscy zachowujemy się czasami nieetycznie, a tak bardzo chcemy myśleć o sobie dobrze. W związku z tym masz teraz dwie opcje:

– możesz zastanowić się i przyznać przed sobą, jak racjonalizujesz swoje większe i mniejsze świństewka (i spróbować to zmienić);

– możesz szybko pozbyć się tego dyskomfortu racjonalizując sobie całą sytuację. „Oj tam, oj tam, wszyscy tak robią” albo „a Ty, Matko Skaut, tak rzucasz tymi ocenami – nieetyczny, niemoralny, nieuczciwy, zły, a sama, to co? Taka święta jesteś?”. Więc od razu utnę wszelkie spekulacje na ten temat. Nie, nie jestem święta. Gdybym była, to te wszystkie wybory pomiędzy zachowaniem przyzwoitym a podłym byłyby dla mnie fraszką, a nie toczeniem wewnętrznej walki. I nie musiałabym poświęcać temu tematowi tyle czasu i myśli, bo to by była dla mnie oczywistość. Ale bardzo chcę być przyzwoitym człowiekiem. Dla siebie samej, dla wszystkich ludzi, których kiedykolwiek dotkną skutki moich decyzji. I przede wszystkim dla moich dzieci.

Pozdrawiam serdecznie,

Matka Skaut.

P.s. Planuję drugą część tego wpisu – praktyczne porady dotyczące hodowania kręgosłupa moralnego.

P.s.2. Mam do Was jedną prośbę i jedno pytanie. Jeżeli uważacie, że udało mi się stworzyć wartościowy tekst (naprawdę długo się zmagałam z pisaniem tego), to proszę, udostępnijcie go na Facebooku, to najprostszy sposób, by dotarł on do większej liczby ludzi. A teraz pytanie – mam poczucie, że co wpis, to zajmuję się coraz „poważniejszymi” tematami i, że to wszystko jest już tak bardzo „z wysokiego C”, że nie wypada teraz napisać czegoś bardziej na luzie (i krótszego). Czy jeśli chciałabym Wam napisać np. o serialach, które lubię oglądać, bo ich bohaterzy zachowują się zgodnie z normami psychologii, to dla Was to w ogóle będzie ciekawe?

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Osmoza

[2] Wojciszke Bogdan, Człowiek wśród ludzi – zarys psychologii społecznej, 2006 za: Kochanowska Maja, Wszyscy jesteśmy nieracjonalni, 2012

[3] Ariely Dan, Szczera prawda o nieuczciwości. Jak okłamujemy wszystkich, a zwłaszcza siebie. 2017

[4] Rosenberg B. Marshall, Porozumienie bez przemocy. O języku serca. Str.33

[5] Więcej o eksperymencie Milgrama przeczytasz tutaj:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Eksperyment_Milgrama#Rzeczywiste_wyniki_badania

A tutaj artykuł o niedawnej próbie powtórzenia eksperymentu Milgrama w Polsce:

http://wyborcza.pl/7,75400,21495185,powtorka-eksperymentu-milgrama-polacy-elektryzujaco-posluszni.html

[6] Próbowałam odnaleźć tekst, z którego się dowiedziałam o reakcjach tych 20 procent badanych. Niestety, w ramach studiów czytałam o eksperymencie Milgrama tyle razy i z tylu źródeł, że zupełnie nie wiem, gdzie ta informacja była umieszczona.

  • Wiesz, bardzo podoba mi się w Twoim tekście zaznaczenie, że odwoływanie się do tego co inni robią lub inni by zrobili w danej sytuacji nie zawsze jest trafnym wyborem. W ogóle wszelkie porównywanie się z innymi, moim zdaniem, nie jest zbyt dobre. Każdy człowiek jest inny i wartością jest według mnie pielęgnowanie tej inności, bo to ona, między innymi, buduje nasz kręgosłup moralny, nie zaś bezrefleksyjne podążanie za stadem. Podążanie za stadem rodzi postawy konformistyczne, a stąd blisko już do stwierdzeń typu „och, co w tym złego, że postąpiłem tak i tak, przecież wszyscy tak robią”…

    • MatkaSkaut

      Niestety, „przecież wszyscy tak robią” to jest koronny argument w usprawiedliwianiu małych i większych świństewek 🙁

  • Edyta

    😉

    Twoja metoda auto-wychowawcza jest dla mnie, Matko, naprawdę zabawna, bo tak się składa, że jej ciut inną wersję stosowała wobec mnie moja osobista Mama, od maleńkości powtarzając mi, że zanim coś zrobię, mam się zastanowić, czy akceptowałaby to i pochwalała ona i w ogóle ktokolwiek z dorosłych w rodzinie. Nelson niemal zabójczo skuteczny. To po pierwsze.

    Po drugie: podziwiam Twój pęd i potrzebę moralnego puryzmu totalnego, ale osobiście uważam, że od nieoszukiwania innych ludzi — dużo, ale to dużo ważniejsza jest umiejętność nieoszukiwania samej/samego siebie. Oraz poczucie siły/godności/zdrowej miłości własnej mocne w człowieku na tyle, by o wstręt niemal fizjologiczny (czyt: by było to reakcją prawie-że bezwarunkową, jak skrzywienie się na niefajny zapach czy smak) przyprawiała go myśl, że ma się zachować w sposób krzywdzący innych lub siebie lub w ogóle niespełniający określonych standardów. Inaczej taka tylko-i-wyłącznie drobiazgowa analiza każdego najmniejszego kroku i zachowania będzie zawsze wyłącznie analizą. W najlepszym wypadku zajmującą zabawą człowieka samego ze sobą, gdy ten w każdym drobiazgu będzie szukał sposobu na obejście sobie samemu narzuconych zasad, a w najgorszym razie samobiczowaniem o każdą, ale to KAŻDĄ najmniejszą głupotę, do której rozkręcony musk zawsze podpowie nam, że można było dane coś zrobić z mniejszą krzywdą/większą korzyścią dla świata. I nic więcej. Jak dla mnie: od niepopełniania błędów ‚moralnych’ i wszelakich oraz robienia świństewek (o ile nie są ciężkiego kalibru) dużo ważniejsze jest popełnianie ich w sposób na tyle świadomy, by można było później wyciągnąć ze swojego zachowania wnioski i mimo wszystko stawać się lepszym człowiekiem. Równocześnie o tym, że w ogóle takie życie w trybie wiecznej, intelektualnej analizy i dyscypliny (… oraz wyrzutów sumienia) to jak jazda przez życie do przodu na wstecznym (można, ale czy to fajne, czy to miłe, czy to prowadzi gdzieś daleko i w miłym stylu?..) nawet nie wspominam.

    Osobiście myślę i uważam, że nie tylko dzieci uczą się z przykładu innych, dorosłych. Myślę, że uczymy się tak wszyscy do samej śmierci. I w ramach tego być dla świata purystą totalnym, osobą wiecznie wyłącznie zmartwioną i zgnębioną, że w ciągu ostatnich 15 minut życia zmarnowałam 7482920 szans na uczynienie siebie i świata lepszym miejscem… — well, to może jest i będzie warte podziwu. Ale czy będzie sexy, czy będzie inspirujące dla innych, że tak warto?… nie wiem. A w konsekwencji: jeśli taka skrajność z naszej strony będzie dla świata odpychająca, odstręczająca, czy wówczas ten cały nasz wysiłek włożony w czynienie świata przecież lepszym miejscem, nie stanie się… wysiłkiem czyniącym go gorszym? Nikt nie chce być w życiu wiecznie zmartwioną i zgnębioną bułą i trudno ludzi za to potępiać, że patrząc na taką osobę, będą mieli odruchy, by postępować/zachowywać się w zupełnie, ale to zupełnie drugą stronę.

    zostawiam dla pomyślunku i pozdrawiam ciepło! 🙂
    Edyta

    • MatkaSkaut

      Co do metody wychowawczej Twojej mamy – nigdy nie zdecydowałabym się na coś takiego. Nie chciałabym, żeby dla mojej córki, przy podejmowaniu decyzji życiowy, priorytetem było to, czy ja (albo mój Mąż) byśmy to pochwalali. Chciałabym, aby patrząc na nas na co dzień, sama zastanawiała się nad tym, co jest dobre, a co złe i czy podoba jej się to, co robimy, a może jako dorosła będzie chciała robić inaczej.

      Co do reszty – nie mam potrzeby „moralnego puryzmu totalnego” i nie z takim założeniem był pisany ten tekst. Dla mnie ten tekst jest o tym, że większość nas przez większą część życia jedzie na „autopilocie”. I to takim, który ma skłonność do wybierania takich ścieżek, które będą dla naszej osoby najbardziej komfortowe. A często to, co dla nas jest najbardziej wygodne, przy okazji krzywdzi innych. W związku z tym chciałabym nauczyć się wybudzać z tego „trybu automatycznego” na czas i nie podejmować decyzji, których później mogę się wstydzić (przed samą sobą czy przed innymi). I te przytoczone przeze mnie we wpisie „tłumaczenia”, to są właśnie dzwonki alarmowe, że czas, aby zamiast autopilota, za sterami usiadł ktoś rozsądny. Chciałam napisać też o tym, po co wyłapywać takie momenty i co z tym dalej zrobić, ale wtedy ten wpis miałby osiem stron zamiast czterech. Dlatego też zapowiedziałam część drugą. Ponieważ chcę w tej drugiej części napisać, że bynajmniej nigdy nie chodzi mi o trwanie w poczuciu winy czy samobiczowanie się (bo są to zajęcia kompletnie nieefektywne i nic nie wnoszące). Uważam, że warto sobie zdwać sprawę z tego, że robimy/zrobiliśmy świństwo po to, by: po pierwsze, nie zrobić tak kolejny raz, po drugie, (o ile jest taka możliwość) przyjąć odpowiedzialność za skutki naszego zachowania (naprawić szkodę, przeprosić osobę pokrzywdzoną).

      Tak, jak napisałam we wpisie, jest to dla mnie ważna sprawa. Bynajmniej nie oznacza to, że zajmuje moje myśli często lub cały czas. Nie umartwiam się,nie jestem „wiecznie zmartwioną i zgnębioną bułą”, nie dywaguję w każdej sekundzie życia, czy aby na pewno zrobiłam wszystko wystarczająco dobrze, czy też mogłam jeszcze komuś dogodzić i zawiodłam. Nie mnie oceniać, na ile miłe dla innych jest przebywanie ze mną. Ale myślę, że mam wiele innych nawyków czy zwyczajów, które mogą być dużo bardziej odstręczające niż to, że czasami zastanawiam się, czy moje wybory są moralnie słuszne.

      Też pozdrawiam!

      • Edyta

        😉

        o „zmartwionej i zgnębionej bule” pisałam (oraz w ogóle popełniłam tak długi komentarz do Twojego wpisu), bo tak się składa, że sama mam w tym kierunku skłonności na 8420294%. Jeśli zabrzmiało to wszystko jak jakiś przytyk, to zwyczajnie przepraszam.

        Co do metody: w systemie mojej mamy nie chodziło o zdobycie jej pochwały. Tzn o to trochę też, ale w zasadzie chodziło tam o całą masę rzeczy. Moja mama nigdy nie precyzowała, co – poza ‚zachowywaniem się dobrze’ – powinnam robić, by miało to jej akceptację. Numer polegał raczej na tym, że w domyśle jej (oraz innych dorosłych) akceptację będzie miało tylko zachowanie najlepsze możliwe. A to zawsze otwierało i do tej pory otwiera pole do baaaaaaaardzo gruntownego i szerokiego jednocześnie myślenia. I to była właśnie siła wychowawcza i wszelaka tego nelsona, którą do tej pory podziwiam.

        spokojnego wieczoru, pani MS! 🙂

        • MatkaSkaut

          Spoko. Nie tyle uznałam za przytyk, co nie miałam pewności, czy to taki teoretyczny opis czy podejrzenia co do mojego stylu funkcjonowania 🙂

          Jeszcze jedna rzecz mi tak automatycznie przyszła do głowy w związku z „zachowywaniem się dobrze” według rodziców czy innych dorosłych. Gdbybym ja się miała tak zastanawiać, to moje doświadczenia seksualne wyglądałyby zupełnie inaczej (bo uważałałabym, że moja rodzina by nie pochwalała tego rodzaju zachowań).

          • Edyta

            uf, bo ja już wczoraj pisałam do Ciebie prywatnego maila na skrzynkę z konkretniejszym pokajaniem i wyjaśnieniem się, który to mail nadal wisi w roboczych, bo gdy zaczęłam sobie wizualizować podczytywanie Twojego bloga tylko dorywczo i cichaczem, jak na niemile widzianego gościa przystało, to zrobiło mi się autentycznie smutno.

            Zaś co do wymienionej przez Ciebie możliwej konsekwencji tej zasady, to jak najbardziej potwierdzam, że jest możliwa i że osobiście chciałabym mieć choć część tych doświadczeń, o których ‚posiadanie’ podejrzewa mnie (bo dosyć temperamentne i bezpośrednie ze mnie stworzenie, raczej nie trusia i zdecydowanie nie skromnisia) otoczenie, jak nie raz się przekonałam. Tyle że, z drugiej strony, ile w mojej grzeczności w tym względzie było wychowania z domu (dosyć otwartego i liberalnego mimo wszystko, myślę), a ile po prostu mnie i moich własnych schiz i blokad sponsorowanych dodatkowo ekstremalnie mocnym przekonaniem o wysokiej wartości własnej skóry… — nie wiem. No i też póki co niczego w tej materii nie żałuję. Więc czy to taka zła potencjalna konsekwencja, trudno mi powiedzieć. ;).

          • MatkaSkaut

            Spoko, ja nie z tych, żebyś musiała się po tej rozmowie cichaczem tu zakradać. 😉 Ja też miałam do Ciebie pisać! Bo w pewnym momencie cały Twój komentarz zniknął! I nie było go ani w spamie ani w koszu. Już byłam spanikowana i miałam plany pisać do Ciebie maila z prośbą o opublikowanie go jeszcze raz. Bo sobie myślałam, że teraz to pięknie wygląda – jak mi się komentarz nie spodoba, to kasuję – piątka z umiejętności interpersonalnych dla pani psycholog. Ale na szczęscie są pożytki z posiadania Męża-informtyka – udało się przywrócić komenatrz.

  • MatkaSkaut

    Lakonicznie 🙂

  • Sally

    Kochana autorko, kurczę, ale ciężkie jest to uczucie dyskomfortu. Ciężkie, bo często się tak usprawiedliwam, albo nie chcę wyjść na świętoszkowatą w towarzystwie znajomych, którzy planują jakiś „lekki”, „niegroźny” i „nieszkodliwy” przekręt.
    Dajesz do myślenia. Jak zwykle dziękuję.

    A propos seriali – bardzo chętnie, dlaczego nie? Jesteś tu królową na włościach. Poważne tematy docenia wiele osób, bo tego w blogosferze brakuje, ale lekkie i przyjemne rzeczy do kawy też na pewno bardzo się spodobają! 🙂

    • MatkaSkaut

      No, trudne to jest. Każde uświadomienie sobie, że robi się coś niefair jest przykre, ale każda decyzja, by jednak zareagować czy postąpić inaczej powodują, że człowiek czuje się coraz lepiej 😉
      To jest dobra nazwa dla wszystkich wpisów tego typu, które mogłby się tutaj pojawić – „do kawy” 🙂

  • Żaneta

    Bardzo cenię Twój blog, uważam go za najbardziej wartościowy z jakim się zetknęłam (żeby nie brzmiało to bardzo poważnie, to z przymrużeniem oka powiem że ex aequo z ubierajsieklasycznie.pl ;-))
    Najistotniejsza kwestia poruszona w tym artykule to według mnie bierność.
    Od bardzo już długiego czasu uważam, że bierność rozumiana zarówno jako niepodejmowanie działań, które mogłyby coś zmienić na lepsze, jak i ta bierność tłumu czy jednostek przyzwalającego na mniejsze lub większe zło, jest dużo gorsza i dużo bardziej brzemienna w konsekwencje niż złe czyny jednostek. Przyzwalanie na zło, niesprawiedliwość, nieuczciwość, niekompetencję i inne negatywne zachowania, w jakimś sensie legitymizuje je i utrwala w ludziach, którzy tak postępują (bo wolno), a w pozostałych wykształca przekonanie że tak jest i nie da się tego zmienić (czyli w sumie prowadzi do tej pierwszej postaci bierności).
    Czy właśnie nie tak dzieje się wtedy, gdy nie reagujemy widząc rodzica szarpiącego na ulicy swoje dziecko? Albo nie stajemy w obronie kogoś wyśmiewanego lub poniżanego lub niesprawiedliwie potraktowanego? Albo gdy zapominamy co to lojalność, przyzwoitość?
    Sądzę, że każdy z nas kiedyś tak się zachował i pewnie jeszcze się zachowa. Może to, że usprawiedliwiamy się przed sobą wynika z tego, że przyznanie się do takiego czy innego złego zachowania oznaczałoby samokrytykę i wzięcie za to odpowiedzialności, co przecież jest trudne, przykre, zwłaszcza wtedy gdy konsekwencje naszego zachowania są nieodwracalne.
    Pomysł z kompasem pn. co na to moja córka? jest wspaniały 🙂
    p.s. czekam na post z serialami 🙂

    • MatkaSkaut

      Dokładnie ta kwestia martwi mnie najbardziej – bierność. Chciałam we wpisie umieścić jeszcze jeden świetny cytat na ten temat, ale jakoś tak nie mogłam go wpasować. To może chociaż Tobie napiszę:
      „Od dawna uważam, że jeśli za sprawą rosnącej skuteczności niszczycielskich technik nasz gatunek kiedyś w końcu zniknie z powierzchni ziemi, nie stanie się to bynajmniej z winy ludzkiego okrucieństwa; tym bardziej oczywiście nie będzie winne naszej zagładzie oburzenie, wywołane owym okrucieństwem, ani zemsta i odwet, jakie zawsze spadają na sprawców okrucieństw… unicestwi nas potulność, nieodpowiedzialność współczesnego człowieka, jego podłe, służalcze posłuszeństwo każdemu pospolitemu nakazowi. Rozmaite okropności – zarówno te, których dotychczas byliśmy świadkami, jak i te jeszcze od nich większe, które niebawem ujrzymy – wcale nie oznaczają, że na świecie przybywa buntowników, ludzi niesfornych, nieokiełznanych, lecz raczej wskazują na stały wzrost liczby tych posłusznych i potulnych.”(George Bernanos)
      Bierność i pochwała nieodpowiedzialości i egoizmu w dzisiejszej popkulturze są według mnie największymi sprawcami niegodziwości w naszym świecie. Już sobie w głowie układam drug część tego wpisu, o tym, jak walczyć z tymi dwiema przypadłościami. Na razie mam fajny tytuł – „ćwiczenia wzmacniające kręgosłup (moralny)” 😉

      Dziękuję za komplement, naprawdę dużo to dla mnie znaczy.
      A co do pytania – tak, jest boleśnie skuteczne. Albo po zadaniu go sobie wycofuję się z tego, co chciałam zrobić, a jak jednak zrobię, to nie potrafię się do końca cieszyć z korzyści, które uzyskałam.

  • Wiedzma Jesienna

    Osobiscie z checia bym przeczytala artykul na temat serialii. Wydaje mi sie ze byloby to szalenie interesujace.

    Uwielbam Twojego bloga i zawsze z checia tuatj zagladam. NIe dosc ze czesto pozwala mi to na spojrzenie na temat z innej perspektywy, czasem poruszasz tematy o ktorych nigdy sama bym nie pomyslala.

    Swoja droga, pamietaj ze to jest Twoj blog i jezeli cos Ciebie interesuje i chcialabys o tym napisac to pisz i sie nie pytaj. Ile osob, tyle opinii, a jak ktokolwiek moze ocenic czy wpis mu podpasuje czy nie jak go nie przeczytal. Dlatego jak pytanie jest czy pisac, zawsze mowie – pisac!

    • MatkaSkaut

      OK, będę pisać. Choć teraz mi chodzi po głowie tyle różnych tematów, że nie wiem „w co ręce włożyć”.

      • Wiedzma Jesienna

        To sie bardzo ciesze bo zawsze lubie czytac twoje posty. Tak mi sie wydaje ze nawet bardzo nudny temat potrafilabys przedstawic w interesujacy sposob. A nadmiar tematow bym gdzies zapisala, zawsze sie sciaga na pozniej przyda jakby jakis kryzys pomyslow przyszedl :).

  • borq

    Bardzo interesujący artykuł, dziękuję!
    O serialach też z chęcią przeczytam.

    • MatkaSkaut

      Dzięki, czuję się ośmielona do napisania wpisu „lajfstajlowego”.

  • Jana

    Bardzo lubie to Twoje miejsce w internecie i to, że piszesz o tak ważnych i trudnych sprawach. Krótkich, lekkich w temacie wpisów jest mnóstwo, natomiast rzadko znajduję artykuły tak mądre i wyważone w tonie i dotyczące naprawdę istotnych i trudnych tematów okołowychowawczych- a przecież tak naprawdę życiowych.
    Dzięki w każdym razie za to, a serialach też z chęcią przeczytam!

    • MatkaSkaut

      Dzięki! To „wyważenie” jest najtrudniejsze, ale Mój Mąż (który często się ze mną nie zgadza w wielu kwestiach) uczy mnie w tym względzie pokory. Dobrze mieć takiego „pierwszego recenzenta”.