Historia o hodowaniu kręgosłupa moralnego – krew, pot i łzy. I dyskomfort psychiczny.

To jest niepokojący tekst. Taki, który powoduje dyskomfort. Napisałam go, ponieważ (tak jak John Stuart Mill) uważam, że lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią. A stawanie się lepszym w czymkolwiek wiąże się najczęściej z pewną psychiczną lub fizyczną niewygodą.

Temat pojawił się w moim życiu w ostatnim roku, gdy zrozumiałam, że Starsza nieubłaganie rośnie i coraz więcej rozumie z tego, co się wokół niej dzieje. Chciałabym wychować ją (i każde kolejne nasze dziecko) na dobrego człowieka. Niezbyt to oryginalne, wiem. Wszyscy by tak chcieli. Ale ja się zaczęłam zastanawiać, co to tak naprawdę znaczy dla mnie. Przyzwoity człowiek to taki, który dba o innych. Nie oszukuje, nie kradnie, zdaje sobie sprawę ze swojego wpływu na świat i na innych ludzi. Pomaga innym, reaguje na niesprawiedliwość. Tylko jak wychować dziecko na kogoś takiego? Można mu mówić: „nie zabieraj nieswoich rzeczy”, „nie kłam”. Można czytać dziecku bajki z morałem, gdzie na końcu zły bohater zostaje ukarany, a dobro i szlachetność triumfują. Ale to wszystko nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli my, rodzice, w swoim codziennym życiu nie będziemy tych wartości wyznawać. Niestety, nie da się uczyć dzieci przez pouczanie ich. Każde „nie wolno…”, „powinieneś się zachowywać…” wpada jednym uchem, a drugim wypada. Dzieci najważniejszych rzeczy o życiu uczą się przez osmozę[1]. Niby nic się nie dzieje, dzień jak co dzień, kolejna zwykła, życiowa sytuacja, kolejny wybór jak się zachować. A dziecko patrzy i słucha. Nie jest wielkim filozofem ani myślicielem. Nie potrafi przełożyć na mądre słowa czy ogólne zasady postępowania tego, co właśnie widziało. Ale naturalnie przejmuje nasze zachowania i sposób myślenia. I tak, zastanawiając się nad tym wszystkim, doszłam do przykrego (?) wniosku, że nie ma innego sposobu na wychowanie dzieci na przyzwoitych ludzi niż samemu być przyzwoitym człowiekiem.

Ponieważ trudno w internecie znaleźć zdjęcia kręgosłupa moralnego, to dzisiaj w ramach przerywników zdjęcia lasu. Bo las jest zawsze spoko. (wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unspash.com)

Ja wiem, że przytłaczająca większość z nas uważa się za dobrych ludzi. Większość ludzi uważa też, że jest ponadprzeciętnie życzliwa, lojalna, rozważna, szczera i ma ponadprzeciętne poczucie humoru, a większość kierowców twierdzi, że jest ponadprzeciętnie dobrym kierowcą[2]. No i nie da się ukryć, że nie ma takiej opcji. Większość z nas jest przeciętnie życzliwa, szczera, rozważna, ma przeciętne poczucie humoru i przeciętne umiejętności prowadzenia samochodu. Dlatego właśnie nazywa się to przeciętnością. Z tego wynika, że większość z nas jest też przeciętnie przyzwoitymi ludźmi.

Aby dowiedzieć się na ten temat więcej, sięgnęłam po świeżutko wydaną książkę mojego ukochanego psychologa i badacza ludzkich zachowań – Dana Ariely’ego[3]. Wnioski z jego badań są i dobre i złe. Złe są takie, że oszukujemy wszyscy. Dobre – że oszukujemy mniej, niż byśmy mogli. Niestety, nie ma się co ekscytować tą dobrą wiadomością. Bo tak naprawdę najgorsze skutki ma nie jedno spektakularnie podłe zachowanie, ale suma małych kłamstw i oszustw. Czyli, że to my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, jak wygląda nasz świat, a każdy z nas, każdą swoją decyzją i zachowaniem dorzuca się do ogólnoświatowej puli podłości.

Ariely pisze o tym, że każdy z nas chciałby mieć ciastko i zjeść ciastko. To znaczy z jednej strony uważać się za przyzwoitego człowieka, a z drugiej – czerpać korzyści z niemoralnego zachowania. Aby móc to zrobić, musimy we własnej głowie zrobić moralne salto. To znaczy wytłumaczyć samej sobie, że to, co mam zamiar zrobić, wcale nie jest (takie) złe. Z początku nie jest to łatwe, bo każdy z nas (oprócz psychopatów) ma wewnętrzny moralny kompas i tak naprawdę świetnie wie, czy robi coś dobrego czy złego. Oczywiście, z czasem się wyrabiamy i tłumaczenie samych siebie przychodzi nam coraz łatwiej, a serduszko coraz mniej kłuje. Dlatego też uznałam, że jeżeli chcę być człowiekiem przyzwoitym, to powinnam nauczyć się rozpoznawać ten moment, gdy zaczynam samej sobie tłumaczyć, że czarne wcale nie jest czarne, a białe nie jest białe.

Obrazek stąd: http://memy.pl/mem_793678_uwaga

W związku z tym zapraszam na mój subiektywny przegląd najczęściej używanych racjonalizacji, które ułatwiają nam nakurwienie moralnego salta.

1. Jeśli robię coś złego, ale dużo innych ludzi też tak robi, to wszystko OK.

To jest ten argument, na który wszyscy rodzice świata reagują pytaniem: „a jakby wszyscy skakali z mostu, to też byś skoczyła?”. I to jest pytanie, które obnaża cały bezsens tego tłumaczenia. Tak naprawdę zawsze, gdy pojawia się argument „wszyscy tak robią” albo „inni robią gorzej”, to jest niechybny znak, że właśnie masz zamiar usprawiedliwić jakieś świństwo. Gdy byłam w liceum, moja Pani Profesor od języka polskiego powiedziała kiedyś: „powszechne nie znaczy normalne” i wstrząsnęło mną to zdanie (nawet zapisałam je sobie na marginesie w zeszycie). To, że inni zachowują się niemoralnie, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla Twojego czynu.

2. Jestem dobrym człowiekiem, bo nie robię nic (bardzo) złego.

To jest pochodna argumentu „inni robią gorzej”. Wiele osób uważa, że jeżeli sami nikogo nie biją, nie mordują, nie kradną, to już z nich czyni wystarczająco dobrych ludzi. A im niżej zawiesi się poprzeczkę, tym łatwiej poczuć się dobrym. Na przykład ja nie głodzę swoich dzieci, nie gaszę na nich papierosów ani nie biję kablem od żelazka. To znaczy, że dobra ze mnie matka, co?

Drugą stroną tej racjonalizacji jest specyficzny stosunek do świata na zasadzie: ja jestem w porządku i to nie moja sprawa, że inni nie są. A według mnie, samo „nieczynienie zła” nie jest równoznaczne z „czynieniem dobra”. Uważam, że nie można czuć się dobrym człowiekiem, jeśli aktywnie nie robię nic, by ten świat był lepszym miejscem. Z byciem dobrym łączy się moralny obowiązek, by włożyć wysiłek, pomóc innym, przeciwstawiać się podłości. Bo zło szerzy się nie dlatego, że złych ludzi jest wielu. Za to jest bardzo wielu ludzi, którzy nie reagują, gdy coś złego się dzieje i uznają, że to nie jest ich sprawa.

3. Jeśli moi znajomi mówią, że to, co robię jest OK, to wszystko w porządku.

Ile razy zdarzyło Wam się słuchać, jak ktoś z rodziny lub znajomych opowiada o tym, co zrobił i myśleć, że to było bardzo nie w porządku? A ile razy powiedzieliście to głośno? Niestety, gdy ktoś, kogo lubimy, robi takie rzeczy, to z wielką łatwością przychodzi nam rozgrzeszenie go. A nawet, jeśli czujemy jakiś dyskomfort, to nie będziemy ryzykować dobrych relacji z kimś i mówić, co myślimy. Dlatego też opowiedzenie o swoich grzeszkach i uzyskanie rozgrzeszenia od przyjaciółki nie jest żadnym wyznacznikiem tego, czy dane zachowanie było dobre czy złe. Jest to tylko sposób, by zagłuszyć swoje sumienie i poczuć się lepiej.

4. Jeśli robię coś złego, ale mam ku temu powody, to to jest OK.

Ludzie zachowują się niemoralnie nie dlatego, że to lubią. Po prostu z niemoralnym zachowaniem wiążą się jakieś korzyści. Więc ZAWSZE jest powód, by zachować się nieetycznie. Dlatego w naszej głowie jesteśmy sobie w stanie zawsze wytłumaczyć, że oczywiście, na co dzień to byśmy tak nie zrobili i w ogóle to potępiamy takie zachowanie, ALE akurat my mieliśmy słuszny powód by tak zrobić.

5. Nie mam innego wyjścia.

Ten argument związany jest z bardzo istotną kwestią osobistej odpowiedzialności za nasze czyny i słowa. Lubimy używać zwrotów, które sugerują, że odpowiedzialność za to, co się stało, ponosi ktoś albo coś innego. „Ja jestem przyzwoitym człowiekiem, ale MUSIAŁAM tak zrobić, bo…”.

W książce „Porozumienie bez przemocy” znajduje się wspaniały przykład na rozmywanie osobistej odpowiedzialności przez używanie odpowiedniego języka. Historia dotyczy nauczycielki, która podczas warsztatów Rosenberga skarży się, że bardzo nie lubi stawiać stopni uczniom.

– Nie cierpię stawiać stopni. Moim zdaniem, żaden z nich pożytek, tylko się uczniowie niepotrzebnie denerwują. Ale muszę stawiać stopnie, bo tego ode mnie wymaga kuratorium. […] Zaproponowałem, żeby nauczycielka przeredagowała zdanie <<Muszę stawiać stopnie, bo tego ode mnie wymaga kuratorium>>, zaczynając je tym razem od słów: <<Wolę stawiać stopnie, bo chcę…>>. Kobieta bez wahania powiedziała:

– Wolę stawiać stopnie, bo chcę utrzymać się na posadzie – czym prędzej jednak dodała: – Ale nie podoba mi się to sformułowanie. Kiedy wypowiadam te słowa, czuję się strasznie odpowiedzialna za to, co robię.

– Właśnie dlatego proszę, żeby pani tak to formułowała.[4]

Zawsze znajdziemy kogoś/coś, co możemy obarczyć odpowiedzialnością za swoje niemoralne czyny. Bo ktoś nam kazał, bo sytuacja życiowa nas zmusiła, bo nacisk społeczny, bo emocje nie do opanowania. I tak to później opowiadamy – zarówno sobie, jak i innym. I czujemy, że nie jesteśmy odpowiedzialni za to zło lub krzywdę, które wyrządziliśmy. Rosenberga w tej samej książce napisał jeszcze: jesteśmy niebezpieczni, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z odpowiedzialności za nasze postępowanie, myśli i uczucia. I nie sposób się nie zgodzić.

6. No przecież świata nie zbawię.

To jest tłumaczenie, gdzie uznajemy, że jeżeli nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego, to wolno nam nie zrobić nic. No i co z tego, że ja będę wyrzucać śmieci do kosza, jeśli inni wyrzucają je na ulicę? No i co z tego, że ja dam kilka złotych na jakiś szczytny cel, jeśli do realizacji potrzeba bardzo dużo pieniędzy? Tak, jesteś tylko jednym, małym robaczkiem. Ale wielkie zmiany powstają dzięki temu, że pojedyncze, małe robaczki postanawiają zachować się inaczej. Twoje pojedyncze działanie ma znaczenie i zatacza szersze kręgi, niż Ci się wydaje. Po pierwsze, patrzą na Ciebie Twoje dzieci i uczą się, jak mają postępować w swoim dorosłym życiu. Po drugie, Ariely w swojej książce[3] udowadnia, że nieuczciwość jest bardzo zaraźliwa. Że jeżeli widzimy, że inni zachowują się nie fair, to sami jesteśmy dużo bardziej skłonni do podobnego zachowania. Więc jeżeli postanowisz zachować się nieetycznie, to robisz krzywdę: drugiej stronie danej relacji, swoim dzieciom i dorzucasz swój kamyczek do góry ogólnoludzkiej podłości. A wszystko to pod sztandarem: „moje pojedyncze zachowanie jest zupełnie bez znaczenia”.

7. Ale nie ma pewności, że to jest nie w porządku…

Tak się usprawiedliwiamy, gdy nie chcemy zareagować na czyjeś nieetyczne zachowanie albo chcemy czerpać z niego korzyść. Dwa przykłady:

– jeśli zza ściany słyszysz odgłosy męsko-damskiej kłótni, a później krzyki kobiety, to masz wybór. Zareagować albo usprawiedliwić swoją bezczynność tłumaczeniem: „no ale przecież nie wiadomo na pewno, czy on ją bije…”;

– na podstawie mojego doświadczenia. Chciałam sobie kupić perfumy. Z gatunku tych drogich. Zaczęłam szukać, czy gdzieś nie da się ich kupić taniej. W drogeriach internetowych mogłam zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych. Ale znalazłam jednego sprzedawcę na olx.pl, który sprzedaje nowe, (podobno) oryginalne perfumy za ułamek rynkowej ceny. Co to oznacza? Że albo sprzedaje podróbki albo te perfumy są kradzione. Może istnieje jakieś inne wytłumaczenie tej różnicy w cenach, ale te dwa są najbardziej prawdopodobne. Oczywiście, nie mam pewności, że tak jest, za rękę tego człowieka nie złapałam podczas kradzieży. Ale czy to oznacza, że zakup od niego będzie z etycznego punktu widzenia w porządku?

To są wszystkie racjonalizacje, które przyszły mi do głowy, ale obstawiam, że znacie (i używacie) też innych. Te niejednokrotnie rozpoznałam w swoim myśleniu. A teraz, gdy temat moralności naprawdę mnie zajmuje, to śledzę te wszystkie myśli z wielką uwagą. Wiem, że jeżeli złapię się na którejkolwiek z nich, to oznacza, że właśnie planuję zrobić coś nie w porządku. Zaufajcie mi, rezygnacja z tych argumentów jest dla mnie strasznie trudna, bo przy okazji przechodzi mi koło nosa tyle fajnych korzyści z nieetycznego zachowania (jak chociażby te perfumy 🙁 ).

Możecie się spytać: „no i po co to wszystko?”.Do bycia świętą aspirujesz? Czy to w ogóle warto? Według mnie, jak najbardziej TAK i zaraz wytłumaczę dlaczego. W jednym z najsłynniejszych eksperymentów w historii psychologii, badacz Stanley Milgram pokazał światu, jak łatwo jest zmusić zupełnie przeciętnych ludzi, do ślepego posłuszeństwa. Badani na rozkaz eksperymentatora razili silnym prądem nieznane sobie osoby (oczywiście na niby, ale nie zdawali sobie z tego sprawy)[5]. 80 procent badanych dało się z łatwością namówić na fizyczne krzywdzenie niewinnego człowieka! A teraz najważniejsze dla mnie pytanie – co spowodowało, że te pozostałe 20 procent tego nie zrobiło? Osoby, które przeciwstawiały się eksperymentatorowi miały silnie zakorzenione normy moralne i w niejasnej sytuacji eksperymentu, do nich się odniosły. Większość ludzi zapętliła się w tym, że przecież się zgodzili na udział, że to była ich decyzja, że do tej pory byli posłuszni, więc czemu mieliby to zmieniać. Tymczasem te 20 procent, gdy poczuło dyskomfort, to odniosło się do tego, co zawsze mieli przy sobie – swojego kręgosłupa moralnego. Ludzie odmawiający powoływali się na normy, które były dla nich nadrzędne. Często była to religia. Ale też stwierdzenie: „moja matka by tego nie pochwaliła”[6].

Dlatego dziś, gdy łapię się na tym, że próbuję sobie coś zracjonalizować, to najlepiej na mnie działa, gdy zaczynam sobie zadawać dwa pytania.

Czy chciałabym, aby moja dorosła córka zachowała się w ten sposób?

Czy gdyby moja dorosła córka mogła zobaczyć mnie teraz, to byłaby dumna z mojego postępowania?

Te dwa pytania są dla mnie wielkim hamulcem, który chroni mnie przed zapędzaniem się na śliskie i grząskie tereny nieetycznego zachowania. Bo, gdy sobie na nie szczerze odpowiem, to nie mam żadnych wątpliwości, czy postępuję dobrze czy źle. Nie chcę wychować moich córek na osoby, które zasady i etyczne zachowanie to mają tylko na ustach. Chcę, aby w każdej chwili życia miały ze sobą „bezpiecznik”, w który zostały przez nas wyposażone – silne poczucie, co jest dobre, a co złe i świadomość, co oznacza być przyzwoitym człowiekiem. I że nie ma co czekać na nagrodę za „dobre zachowanie”. Zachowanie się przyzwoicie to nagroda sama w sobie, dużo ważniejsza niż chwilowy zysk z nieetycznego uczynku. Jak powiedział Władysław Bartoszewski:

Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.

Po przeczytaniu tego wpisu, możesz odczuwać dyskomfort. Bierze się on stąd, że wszyscy zachowujemy się czasami nieetycznie, a tak bardzo chcemy myśleć o sobie dobrze. W związku z tym masz teraz dwie opcje:

– możesz zastanowić się i przyznać przed sobą, jak racjonalizujesz swoje większe i mniejsze świństewka (i spróbować to zmienić);

– możesz szybko pozbyć się tego dyskomfortu racjonalizując sobie całą sytuację. „Oj tam, oj tam, wszyscy tak robią” albo „a Ty, Matko Skaut, tak rzucasz tymi ocenami – nieetyczny, niemoralny, nieuczciwy, zły, a sama, to co? Taka święta jesteś?”. Więc od razu utnę wszelkie spekulacje na ten temat. Nie, nie jestem święta. Gdybym była, to te wszystkie wybory pomiędzy zachowaniem przyzwoitym a podłym byłyby dla mnie fraszką, a nie toczeniem wewnętrznej walki. I nie musiałabym poświęcać temu tematowi tyle czasu i myśli, bo to by była dla mnie oczywistość. Ale bardzo chcę być przyzwoitym człowiekiem. Dla siebie samej, dla wszystkich ludzi, których kiedykolwiek dotkną skutki moich decyzji. I przede wszystkim dla moich dzieci.

Pozdrawiam serdecznie,

Matka Skaut.

P.s. Planuję drugą część tego wpisu – praktyczne porady dotyczące hodowania kręgosłupa moralnego.

P.s.2. Mam do Was jedną prośbę i jedno pytanie. Jeżeli uważacie, że udało mi się stworzyć wartościowy tekst (naprawdę długo się zmagałam z pisaniem tego), to proszę, udostępnijcie go na Facebooku, to najprostszy sposób, by dotarł on do większej liczby ludzi. A teraz pytanie – mam poczucie, że co wpis, to zajmuję się coraz „poważniejszymi” tematami i, że to wszystko jest już tak bardzo „z wysokiego C”, że nie wypada teraz napisać czegoś bardziej na luzie (i krótszego). Czy jeśli chciałabym Wam napisać np. o serialach, które lubię oglądać, bo ich bohaterzy zachowują się zgodnie z normami psychologii, to dla Was to w ogóle będzie ciekawe?

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Osmoza

[2] Wojciszke Bogdan, Człowiek wśród ludzi – zarys psychologii społecznej, 2006 za: Kochanowska Maja, Wszyscy jesteśmy nieracjonalni, 2012

[3] Ariely Dan, Szczera prawda o nieuczciwości. Jak okłamujemy wszystkich, a zwłaszcza siebie. 2017

[4] Rosenberg B. Marshall, Porozumienie bez przemocy. O języku serca. Str.33

[5] Więcej o eksperymencie Milgrama przeczytasz tutaj:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Eksperyment_Milgrama#Rzeczywiste_wyniki_badania

A tutaj artykuł o niedawnej próbie powtórzenia eksperymentu Milgrama w Polsce:

http://wyborcza.pl/7,75400,21495185,powtorka-eksperymentu-milgrama-polacy-elektryzujaco-posluszni.html

[6] Próbowałam odnaleźć tekst, z którego się dowiedziałam o reakcjach tych 20 procent badanych. Niestety, w ramach studiów czytałam o eksperymencie Milgrama tyle razy i z tylu źródeł, że zupełnie nie wiem, gdzie ta informacja była umieszczona.