Jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu

W tym wpisie wyjaśnię Wam, dlaczego nie jesteście rodzicami, którymi mieliście być, a Wasze dziecko nie jest takie, jakie miało być. Oto ja – piąty jeździec Apokalipsy – Malkontent Życiowy i Niszczycielka Wielkich Złudzeń. Jeśli macie ochotę zachować swoje, to odpuśćcie sobie ten wpis. A jeśli przeczytacie, to potem nie miejcie pretensji.

W moim domu funkcjonowały dwa powiedzonka, których głównym bohaterem była dupa. „Wyżej dupy nie podskoczysz” i „jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu”. Może zacznę od próby przeanalizowania ich znaczenia, bo ja miałam na to wiele lat, a Wy może pierwszy raz w życiu je widzicie.

Sens obydwu jest dla mnie jeden – każdy z nas ma swoje naturalne ograniczenia i choćby skały srały, to więcej nie ugrasz. Nie podskoczysz wyżej, niż jesteś w stanie poderwać z ziemi swój tyłek. Nie obrócisz się tak, by Twoja Szanowna Czteroliterowa nagle znalazła się z przodu. Z takim dziedzictwem jasne jest, że mam polajkowany na fb fanpage „zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”.

Pomimo tytułu, nie uważam, by zdjęcia dup były odpowiednią ilustracją do tego wpisu (choć akurat znalezienie tego typu zdjęć jest niesamowicie łatwe). Jako przerywnik będą zdjęcia ponurego lasu. Zdjęcia ponurego lasu dla tego bloga są jak czerń w modzie – zawsze się sprawdzają. Wszystkie zdjęcia z unsplash.com

Ale, choć podwaliny pod moją niewiarę w nieograniczone możliwości człowieka datują się na czasy dzieciństwa, to studia psychologiczne i dalsze zainteresowanie psychologią tylko pogłębiło we mnie to przekonanie. Więc może czas teraz na moje wyznanie nie-wiary:

– nie wierzę, że człowiek, jak mu bardzo zależy, to może wszystko;

– nie wierzę, że każdy człowiek może być, kim chce;

– nie wierzę, że ograniczenia są tylko w mojej głowie;

– nie wierzę, że jeśli będę pracować wystarczająco mocno, to osiągnę to, o czym marzę;

– nie wierzę, że jeżeli czegoś gorąco pragnę, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało mi się to osiągnąć.

Uważam, że:

– wszechświat ma głęboko w dupie (o ile ma dupę) pragnienia i marzenia zarówno moje, jak i innych ludzi;

– mogę osiągnąć tylko to, nad czym będę ciężko pracować i do czego mam predyspozycje. I tak samo ma się rzecz z z wszystkimi innymi ludźmi;

– czasami nawet jeśli mam predyspozycje i będę ciężko pracować, to jakieś niezależne ode mnie okoliczności mogą spowodować, że nie osiągnę sukcesu (i to samo dotyczy każdego innego człowieka).

I właśnie z mojej głębokiej niewiary w nieograniczone możliwości kształtowania człowieka przez drugiego człowieka oraz głębokiej niewiary w nieograniczone możliwości kształtowania samego siebie wynika większość treści na tym blogu. Bo ja nie wierzę, że rodzice mogą ukształtować dziecko na innego człowieka, niż są sami. I ja nie wierzę, że „wystarczy chcieć” by być takim rodzicem, jakim sobie człowiek zamarzy.

Dlatego za każdym razem, gdy siadam do komputera i mam taki genialny pomysł, że napiszę wpis o tym, jak sprawić, aby dziecko robiło to czy tamto albo przestało robić to czy tamto, to kończę na pisaniu o dorosłych, którzy to dziecko wychowują. A jak przeglądam blogi gwiazd blogosfery parentingowej (do których, wydawało mi się, że aspiruję) i widzę te wszystkie tytuły w stylu: jak pomóc dziecku radzić sobie z trudnymi emocjami, jak pomóc nieśmiałemu dziecku, 5 zasad, dzięki którym wychowasz asertywnego człowieka, to sobie myślę: „cholera, mam większą wiedzę i kompetencje niż większość z tych autorów i mogłabym coś takiego napisać z palcem w nosie w jedno popołudnie”. A jednak ni cholery mi takie wpisy nie wychodzą. To znaczy tak, siadam do komputera z taką myślą, żeby coś takiego napisać. I tak, nawet nowy dokument tworzę i odpowiedni tytuł mu nadaję. A wiecie, co się dzieje później? Później w mojej głowie zaczyna brzęczeć jedno pytanie: „ale dlaczego?”. I już chcę zacząć pisać: „jeśli martwisz się o swoje dziecko, bo jest nieśmiałe i ma kłopoty z nawiązywaniem relacji…” i przerywam. I myślę: „ale dlaczego ma problem?”. I zaczynam się zastanawiać. Dlaczego dziecko może mieć taki problem? Dlaczego rodzice tego dziecka mają problem z tym, że ono ma problem? A czy czasami ci rodzice nie mają takiego samego problemu???

Najlepszym przykładem tego, jak działa mój umysł w takich wypadkach, jest sytuacja sprzed kilku miesięcy. Mniej więcej w czerwcu, pod wpływem czytania postów na facebookowej grupie dla matek, wpadłam na genialny pomysł – napiszę post o inteligencji. No przecież wszyscy teraz mają taki fetysz na intelekt, rozprawmy się z mitami na ten temat! I zaczęłam pisać i dłubać i szukać materiałów (i nawet, poprzez moją przyjaciółkę, nagabywać pewnego profesora psychologii). A im więcej wiedziałam na temat inteligencji i dziedziczenia jej i tego czy (i ewentualnie jak) można ją poprawić, tym bardziej traciłam rozpęd. Bo w mojej głowie toczył się taki dialog:

Matka Skaut – Malkontent Życiowy -Ale dlaczego rodzice w ogóle się na tę inteligencję tak nakręcają? Dlaczego chcą, by dzieci były inteligentne?

Matka Skaut- Blogerka Parentingowa -No bo wysoki iloraz inteligencji się przekłada na dobre wyniki w nauce, a później na dobre studia, a potem na dobrą, prestiżową, dobrze płatną pracę.

MS-MŻ -Ale dlaczego rodzice chcą, żeby ich dzieci miały kiedyś dobrą pracę?

MS-BP -No bo chcą, żeby ich dzieci jako dorośli mieli „sukces życiowy”!

MS-MŻ -Ale po co???

MS-BP -Bo… to daje szczęście?

MS-MŻ -… (wymowne zaciśnięcie warg i wymowne przewrócenie oczami).

I ten plik z nazwą „inteligencja” nadal jest u mnie na dysku. Nieotwarty od kilku miesięcy. A zamiast tego wpisu, na blogu pojawiły się wpisy o pomaganiu innym i o tworzeniu bliskich relacji (KLIK, KLIK, KLIK). Bo to są rzeczy, które dają ludziom prawdziwe poczucie szczęścia w życiu.

I tak się właśnie toczy moje „parentingowe” pisanie. Miało być o dzieciach – a jest o dorosłych. Miało być o gorących tematach – a jest o czymś zupełnie innym. Stworzyłam ten blog, by pisać o rodzicielstwie, o byciu matką, o moich rozterkach z tym związanymi. A teraz patrzę na te wpisy z ostatnich miesięcy i widzę, że z dziećmi mają one niewiele wspólnego. No może tyle, że prawie za każdym razem, gdy podejmowałam jakiś temat, to robiłam to pod wpływem refleksji związanej z moimi doświadczeniami rodzicielskimi. Ale nigdy tak naprawdę nie piszę o dzieciach. Ale dlaczego? Bo jak ludzie się zastanawiają: jak sprawić, aby moje dziecko jadło dużo warzyw; jak nauczyć dziecko empatii; jak sprawić, by dziecko było bardziej asertywne; jak sprawić, by dziecko pokochało czytanie książek, to mnie się nasuwa zawsze jedno pytanie: a Ty? Umiesz te wszystkie rzeczy?

Bo według mnie w rodzicielstwie powiedzonko z dupą sprawdza się koncertowo – wyżej dupy nie podskoczysz. Nie nauczysz dziecka żadnej z tych rzeczy, jeśli Ty (albo drugi z rodziców) nie stanowicie modelu do naśladowania w tej kwestii. To znaczy jest jeden sposób, ale wątpię, by się komuś spodobał. Zawsze można oddać dziecko na wychowanie komuś, kto jest: empatyczny, asertywny, kocha książki i zajada się warzywami. No, ale jeśli nie macie tego w planach, to przed Wami ciężka praca. Bo jeżeli chcesz zmienić swoje dziecko, chcesz je wychować na takiego, a nie innego człowieka, to szykuj się. Bo przyjdzie Ci zacząć od siebie.

I staram się zaczynać od siebie. I jest to w cholerę trudne. Nie wiem, czy to widać w moich wpisach. Nie chciałabym, żebyście odnieśli mylne wrażenie, że czuję się ekspertką w kwestiach wychowywania dzieci. Nie czuję się. Co więcej, większość czasu nie czuję się nawet w miarę dobra w tym, co robię. I błagam, to nie jest takie krygowanie się, żeby teraz ktoś w komentarzach napisał: „daj spokój, super z Ciebie matka!”. Nie. Nie ma Was tu. Nie widzicie, jak jestem niemiła i powarkuję na swoją kilkuletnią córkę za to, że zachowuje się jak… kilkuletnie dziecko. No i co z tego, że teoretycznie wiem różne rzeczy, że się naumiałam, że się obczytałam. No i co z tego, że jak zapłacisz mi kilka stów, to z chęcią poprowadzę dla Ciebie warsztaty z porozumienia bez przemocy (I zaufaj mi, to będą zajebiste warsztaty. Jestem naprawdę dobra w warsztatach.). No i co z tego. Gdy przychodzi do kontaktu z moimi córkami, to nie porozumienie bez przemocy jest w mojej głowie. Tylko emocje i schematy, z którymi nic nie potrafię zrobić. I powtarzam wciąż i wciąż te same błędy. I wciąż sobie obiecuję, że już nie będę.

Czytałam kiedyś artykuł na temat terapii dla alkoholików. I tam, jedna z kobiet w trakcie terapii powiedziała zdanie, które wyryło mi się w mózgu na lata: „nie da się długo pociągnąć na dupościsku”. A co to oznacza (swoją drogą, dzisiaj wpis cały czas o dupie)? Już tłumaczę. Alkoholicy, to ludzie uzależnieni od alkoholu. Ale to nie znaczy, że piją cały czas. Każdy alkoholik ma swój schemat picia – niektórzy piją codziennie, a inni raz w tygodniu albo i jeszcze rzadziej. Ale łączy ich jedno – na dłuższą metę, bez alkoholu nie dają rady. No i taki alkoholik, gdy bardzo chce (albo ktoś go zmusi), to może obiecać solennie, że „po prostu przestanie pić”. I nawet może w to wierzyć. Ale nigdy nie dotrzyma tej obietnicy. Niektórzy złamią ją po jednym dniu, inni po miesiącu, ale w końcu to zrobią. A dlaczego? Bo na dupościsku się nie da. Alkohol jest alkoholikowi potrzebny po to, by dzięki niemu zaspokoić sobie potrzeby albo poradzić sobie z emocjami, z którymi w inny sposób nie umie sobie poradzić. Więc jeśli zabierzemy alkoholikowi alkohol, ale nie damy w zamian żadnego nowego narzędzia do radzenia sobie w trudnych chwilach, to gdy przyjdzie trudna chwila, on (albo ona) sięgnie po alkohol. Bo nie wie, jak poradzić sobie inaczej z tym, co się dzieje. Bo na dupościsku się nie da całe życie.

Alkoholicy nie mogą na dupościsku, nie mogę i ja. No i co z tego, że posiadam ogrom wiedzy na temat wychowania. No i co z tego, że wiem, jak tę wiedzę trzeba stosować (i nawet mogłabym innych nauczyć). Problem leży gdzie indziej. To nie brak wiedzy proceduralnej. Ja świetnie wiem „jak”. I niestety, zupełnie z tej wiedzy nie korzystam. I znowu brzęczy mi w głowie: „ale dlaczego?”. Czy ja się powinnam jeszcze bardziej wyedukować? Czy ja czegoś w tym wszystkim nie rozumiem? Nie, ja po prostu próbuję „ciągnąć na dupościsku”. To znaczy zmusić się do postępowania innego, niż mi podpowiadają moje emocje i schematy w mojej głowie. Bez próby zrozumienia skąd te emocje i schematy. Tylko z myślą: „tak jest źle, więc ja od dzisiaj będę robiła inaczej (czyli dobrze)”. I się staram, naprawdę się kurwa mać staram. Ale tego starania nie wystarcza mi na długo. Tylko do pierwszej sytuacji, która znów trafi w mój czuły punkt, która znów spowoduje, że ze wściekłości się we mnie gotuje, choć ja racjonalnie wiem, że nie ma powodów do takiej wściekłości. Że to nie sytuacja. Że to ja. Starania nie starcza mi na długo. Za to poczucia winy po kolejnej takiej sytuacji starcza na bardzo długo.

I dlatego znowu wracam na terapię. Pogrzebać jeszcze głębiej. Rozsupłać jeszcze jeden supełek, którym mam w środku, zrozumieć skąd moje reakcje, dlaczego w jednych sprawach mam super umiejętności interpersonalne, a w relacjach z własnymi dziećmi wszystko mi się sypie, nie panuję nad swoimi emocjami i jakaś pierdoła potrafi sprawić, że wybuchnę. I nie piszcie, proszę, że każdemu się zdarza wybuchnąć i, że własne dzieci bywają wkurwiające na maksa. Ja wiem. Ale też znam skalę. Jako psycholog podskórnie czuję, co się mieści w skali „normalnego, rodzicielskiego wkurwu na dzieci”, a co – kompletnie nie. I zdaję sobie sprawę, że moje reakcje i moje emocje, są nieadekwatne do tego, co się dzieje. I że należy z tym coś zrobić.

Niestety, jak się nie obrócisz – dupa zawsze będzie z tyłu. Jeśli jesteś, jak ja, obczytanym i naumianym rodzicem, a mimo to, nadal jest źle, to może czas spojrzeć prawdzie w oczy. Nie wystarczy nauczyć się komunikatu UFO (Uczucia-Fakty-Oczekiwania), zapamiętać całą treść książki „Jak mówić, by dzieci słuchały…” i pojąć wszystkie zasady porozumienia bez przemocy i self-reg[1]. Czasami trzeba siąść z drugim człowiekiem i zacząć od siebie. Swoich niepoukładanych spraw, niejasnych relacji, trudnych emocji. I dopiero, kiedy człowiek tym się zajmie i to uporządkuje, to może się okazać, że bycie totalnie NVC, self-reg i RB[1] rodzicem jest łatwe. Albo chociaż możliwe.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. To jest dla mnie chyba najbardziej osobisty, emocjonalny wpis tutaj. I raczej to ja potrzebowałam to napisać niż miałam poczucie, że to inni ludzie potrzebują to wiedzieć. Dlatego może się okazać, że tylko ja rozumiem, o czym napisałam, a dla reszty świata, to jest jakiś wielowątkowy, bezsensowny bełkot. Ale trudno, to mój blog, więc tak zostanie.

P.s.2. Proszę, przejdźmy na „Ty”. Jestem Magda. Coraz szersza grupa ludzi zwracająca się do mnie w komentarzach czy mailach per „Matko” wzbudza we mnie dyskomfort. Nie spodziewałam się tego.

[1] Jeśli nic Ci nie mówią te wszystkie nazwy, to nic się nie martw. Można być fajnym rodzicem, pomimo że się ich nie zna.

  • Hej, czytam Twój blog od wczoraj, bardzo rezonuje z tym, co piszesz, tym wpisem też zrobiłaś mi rewolucję w głowie, a najbardziej pomoglas tymi o terapii, dzięki. Jestem właśnie z tych oczytanych, wyedukowanych, co gorsza rodziców mam psychologów;) Niedawno urodziłam trzecie dziecko. I dłużej na duposcisku już nie mogę…W poważnym kryzysie poskakalam z bloga na blog i trafiłam tutaj, dzięki o losie i dzięki Magda! Świetnie mi się Ciebie czyta:)

    • Dzięki. Widzę, że Ty też piszesz (Tak tylko zajrzałam, poczytam sobie później). Bardzo mi miło, że te wpisy coś Ci wniósły. Miałam bardzo duże wątpliwości, gdy postanowiłam je opublikować. Ale jak widać świat nie jest takim złym i wrogim miejscem, jak człowiek sobie roi. Spotkało mnie masę wsparcia i podziękowań. A jedyna negatywna opinia to ta wyrażana przez… moją matkę. Także tego…

  • Ewelona

    Och czytałam Twój wpis i czuje się jakbym to była ja była główną bohaterką. Jak się nie odwocisz dupa z tyłu , jaki to moje ukochane motto życiowe. Niestety jakże prawdziwe. Jestem samolubem i egoistką i holerykiem i co? I dobrze mi z tym. Jestem jaka jestem i co, i nic jest ok. Dzięki za wpis, myślałam że tylko ja mam takie dylematy. Pozdrawiam

  • Ademi

    Magdo, doskonale rozumiem co czujesz i starasz się przekazać tym wpisem. Ja cały czas myślę o tym jaka mamą i człowiekiem chciałabym być. I zawsze nie umiem. A tak jak napisałaś poczucie winy i lęk jest najgorsze. I podskórnie wiem, że to coś siedzi we mnie i dopóki sama nie uporam się ze sobą nie będę spokojna i szczęśliwa. I moja córka też. Odwagi w terapii życzę, sama też proszę o tą odwagę. Pozdrawiam

  • Barbara Pióro

    No, z tym modelem do naśladowania to różnie bywa. Są dzieci, które miały rodziców naprawdę nie nadających się do naśladowania, a same są w porządku – może na zasadzie antyprzykładu. Wydaje mi się, że nie ma co też przesadzać z tym wychowywaniem dzieci, bo oczywiście, że trzeba zacząć od siebie (i to nawet jeśli się nie ma dzieci i nie zamierza się ich mieć, zawsze trzeba zaczynać od siebie), ale z drugiej strony, wydaje mi się, że kształtowanie się człowieka jest tak złożonym i skomplikowanym procesem, że naprawdę, przypisujemy sobie o wiele za wiele, jeśli myślimy, że jako rodzice możemy kogoś „ukształtować”. Oczywiście, najlepiej jest samemu dobrym przykładem dla swoich dzieci, ale jeśli człowiek wychowuje się tylko naśladując przykład rodziców, to oznaczałoby jakiś okropny determinizm, który przecież w życiu nie występuje w aż tak strasznym stopniu. By się wyrazić jaśniej – dzieci wszystkich patologicznych rodziców musiałyby być skazane na porażkę, i choć oczywiście niektóre są, to przecież ile jest przykładów odwrotnych, tzn, dzieci patologicznych rodziców, które wyrastają na świetnych ludzi.
    Natomiast z tym wybuchaniem na dziecko o byle głupotę, to oczywiście zdarza się każdemu, mnie też i ja u siebie zaobserwowałam, że to zawsze występuje w takich momentach, gdy mam pretensje do siebie lub do innego dorosłego, a nie potrafię tego wyrazić, no i skupia się na Bogu ducha winnym dziecku. Trzeba siebie wtedy obserwować, może naprawdę dojść do zaskakujących wniosków. Dla mnie macierzyństwo to jest fantastyczna szkoła życia i poznania samego siebie i drugiego człowieka. No dobra, wiem, banał 😛

    • MatkaSkaut

      Zdaję sobie sprawę, że (na szczęście!) moje dzieci nie będą brały przykładu tylko ze mnie. Starsza na przykład chodzi do świetnego przedszkola i widzę, jak „przynosi” stamtąd różne zachowania, strategie radzenia sobie z problemami i jestem zachwycona. Ostatnio czytałam książkę Jespera Juula i tam był taki kawałek o rodzicach-psychologach i myślę, że dokładnie mnie to dotyczy. Że mam tyle wiedzy na temat różnych mechanizmów psychologicznych i rozwoju dziecka, że ciężko mi się od tego odczepić i przestać cały czas analizować zachowania moich dzieci pod kątem tego, czy to są zachowania zdrowe i rozwojowe czy jednak nie. I to powoduje, że mam chyba zbyt niski próg reagowania na różne zachowania, które rozpoznaję jako „patologiczne”. Że, jak tylko zobaczę coś takiego w wykonaniu moich dzieci, to zaraz mi się alarm w głowie włącza, a to zupełnie niepotrzebna, zbyt wczesna panika.
      To jest niesamowite, bo z jednej strony zgadzam się dokładnie z tym, co napisałaś: „Natomiast z tym wybuchaniem na dziecko o byle głupotę, to oczywiście zdarza się każdemu, mnie też i ja u siebie zaobserwowałam, że to zawsze występuje w takich momentach, gdy mam pretensje do siebie lub do innego dorosłego, a nie potrafię tego wyrazić, no i skupia się na Bogu ducha winnym dziecku. Trzeba siebie wtedy obserwować, może naprawdę dojść do zaskakujących wniosków”. Ale Ty kończysz ten akapit stwierdzeniem, że macierzyństwo to fantastyczna szkoła życia, a ja mam ochotę napisać, że (jak na razie) to ciągłe konfrontowanie z własną ułomnością, niedoskonałością i bezradnością jest dla mnie jak brnęcie po pas w błocie. No, ale może kiedyś dojdę do momentu, że też uznam to za przygodę 🙂

      • Barbara Pióro

        Ej, no co Ty! Uszy do góry! Co nas nie zabije, to nas wzmocni :))) Zresztą, nie ma się co oszukiwać – od momentu zostania rodzicem, to już człowiek zaczyna tyłem iść w stronę grobu, że tak się optymistycznie wyrażę, więc i tak nie ma co się szarpać.
        Osobiście jestem naiwnego zdania, że co dzień człowiek mędrszy (o ile oczywiście ma na to ochotę), co nie oznacza, że to nie boli i nie szczypie.
        Dla mnie sprawy stały się łatwiejsze po urodzeniu drugiego dziecka, bo zaczęłam sobie (i dzieciom) po prostu więcej odpuszczać, ze zwykłej konieczności czasowo-logistycznie, ale pewnie też z potrzeby odpuszczenia. Choć do dziś są sprawy, które mnie bardzo drażnią i z którymi nie potrafię sobie poradzić, ale wtedy na ogół wkracza mąż, i on sobie radzi (tak się wymieniamy). A ile jeszcze takich spraw będzie, w miarę, jak dzieci będą dorastać, ho ho! Bo, jak to mówią: małe dzieci, mały problem, duże dzieci, duży problem.
        No, to Cię chyba pocieszyłam, co?

        • MatkaSkaut

          😀 Tak, szczególnie tym iściem tyłem w stronę grobu. W takiej perspektywie, to już się w ogóle nie ma co martwić 😉

          • You’re welcome 🙂 Albo w wersji polskiej: drobnostka :))

  • Karolina By

    Może się robię nudna ale… dzięki za ten wpis. Nie jest zbyt optymistyczny, jest trochę „brutalny”, ale mam poczucie, że trafiasz w sedno, jak zwykle. I „szapoba” za Twoją odwagę pisania o sobie bez kolorowania rzeczywistości – takie wpisy są naprawdę wspierające.
    Chciałabym Cię zapytać jako człowieka z branży, a zarazem doświadczoną klientkę – jak poznać, czy się wybrało odpowiedniego terapeutę. Czy to musi być jakieś wielkie „wow”? Bo ja dwa razy w życiu zebrałam się na odwagę, kosztowało mnie to naprawdę dużo (tego chyba nie muszę tłumaczyć, i nie mówię tu o pieniądzach akurat;) i… jakoś tak nijak. Tzn. pierwsza próba to była kula w płot, dziś już wiem, druga – wydaje mi się, że było ok, ale skończyło się na zgaszeniu jakichś tam pożarów i tyle. Ja się szykowałam na grzebanie w bebechach, a to było taki…lifting. I właściwie nie wiem, czy to normalne, czy tak to może wyglądać i jest ok, czy może jednak trzeba było szukać dalej? Bardzo mnie zniechęca ta wizja otwierania się przed nie wiadomo iloma obcymi ludźmi, aż się trafi „właściwie”. No i po czym właściwie szukać terapeuty dla siebie? Może coś podpowiesz?

    • MatkaSkaut

      Dzięki! W ogóle bardzo dla mnie są ważne te wszystkie komentarze, które się pod tym wpisem pojawiły. A opublikować było mi go trudno, ale gdzieś głęboko mam takie poczucie, że im bardziej jestem szczera i otwarta w tym, co piszę (nawet, jeśli to trudne), tym lepiej to wychodzi. Więc próbuję. I właśnie na fali tych komentarzy piszę sobie teraz tekst o tym, jakich wymówek używają ludzie, by nie pójść na terapię, gdy tego naprawdę potrzebują. I, szczerze Ci powiem, że temat „odpowidniego terapeuty” jest bardzo, bardzo trudny. To znaczy z jednej strony uważam, że baaardzo wiele osób, które nie są gotowe na terapię, a zostały do tego jakoś zmuszone czy naciśnięte (najczęściej przez współmałżonka, czasami przyjaciół), uciekają się do używania go. I stwierdzają, że nic im to nie dało, bo terapueta ich nie rozumie/jest niedoedukowany/jest oszołomem itd. A z drugiej strony, wiem, że (niestety! I strasznie mi za to wstyd, jako psychologowi) w tym zawodzie jest masę ludzi, którzy wcale nie powinni go uprawiać (między innymi dlatego, że:
      – zawód terapeuty nie jest prawnie uregulowany i „terapuetą” może się nazwać każdy
      – istnieje wiele kompletnie „oszołomskich” szkół terapii, których twierdzenia nie są poparte żadnymi dowodami naukowymi).

      Poza tym terapia jest droga i (w czym ja Cię świetnie rozumiem) człowiek nie ma ochoty co chwilę powtarzać tego doświadczenia (tzn. iść i się otwierać i wyzewnętrzniać przed innym terapuetą). Ja miałam naprawdę szczęście – za pierwszym razem trafiłam dobrze. Ale to nie było tak, że to było jakieś wielkie wow! od pierwszego spotkania. Też potrzebowałam czasu, by się z tą kobietą „obwąchać”, oswoić z całą sytuacją. A potem już nie musiałam się zastanawiać, bo całą sobą czułam, że to, co z nią robię na tych spotkaniach jest ważne (głównie, na początku się to objawiało masą płaczu zarówno na spotkaniach jak i pomiędzy nimi).

      Niestety, nie ma idealnego sposobu, by trafić dobrze. Tzn. można zrobić kilka rzeczy, by się „zabezpieczyć”, ale nie będzie się miało pewności. Myślę, że dobrym sposobem jest polecenie znajomych – jeśli ktoś, kogo lubisz i z kim się dogadujesz ma lub miał terapeutę, którego poleca, to szansa na to, że Tobie też podpasuje, jest większa. Warto też zawsze zweryfikować terapeutę – wejść na jego stronę, popatrzeć jakie kursy ukończył (jeśli to są kursy na Studium Psychologii Psychotronicznej w Białymstoku, to lepiej odpuścić). Ja wiem, że nie dogadałabym się z terapeutą psychodynamicznym, więc do takiego bym się nie wybrała. Fajnie sobie poczytać o szkołach terapii i zobaczyć, co do człowieka najbardziej przemawia. No właśnie, ale to wszystko wymaga sporo wysiłku i ja się nie dziwię, że ludzie po pierwszych słabych albo „takich sobie” doświadczeniach z terapią nie szukają dalej.

      Co do Twoich doświadczeń – jeśli Ty masz poczucie, że jest coś głębiej, że Te myśli, uczucia i zachowania, które miałaś wcześniej, mogą wrócić, bo prawdziwa przyczyna nie została nawet „dotknięta” w toku terapii, to znaczy, że tak jest. W tej sprawie nie ma więszego eksperta niż Ty sama. Ja, jako psycholog, nienawidzę traktowania ludzi, którzy przychodzą na terapię jako „pacjentów” i upupianie ich poprzez takie założenie, że to psycholog wie najlepiej, co się dzieje w ich głowie. Nie wie. Może mieć bardzo trafne intuicje, może mieć ogrom doświadczenia, ale nie wolno terapeucie uważać, że on zawsze ma na pewno rację, a klient na pewno się myli! Terapia powinna się skończyć wtedy, gdy Ty będziesz czuła, że więcej Ci nie trzeba. To nie znaczy, że zawsze jest tak, że podczas pierwszej terapii człowiek się „naprawi do samego spodu”. Ja mam teraz trzecie podejście do terapii indywidualnej (plus w ramach kształcenia jako terapueta miałam jeszcze terapię grupową). I za każdym razem zrobiłam dla siebie coś ważnego, popchnęłam sprawy do przodu. Ale za każdym razem pojawiał się też moment, że przychodziłam, siadałam i czułam, że nie mam nic do powiedzenia (oczywiście, według psychoterapeutów psychodynamicznych, to świadczyło o tym, że powinnam zostać na terapii). Dla mnie był to zawsze moment, gdy coś we mnie mówiło: „dosyć, na razie mi wystarczy”. I według mnie to klient zawsze ma ostatnie zdanie w kwestii tego czy to „już” czy jeszcze.

      Także widzisz, temat-rzeka 🙂 Pozdrawiam!

      • Karolina By

        Wielkie dzięki za tak szybką i bogatą odpowiedź! Chyba wykonałam te wszystkie kroki, o których napisałaś, podczas szukania drugiej terapeutki (może oprócz szukania kogoś z polecenia). Trafiłam np. na jakiś artykuł streszczający najważniejsze informacje o głównych szkołach psychoterapii w sposób zrozumiały dla laika (to ważne, bo trudno znaleźć takie opisy tych szkół, które zrozumie laik) i na tej podstawie szukałam terapeuty systemowego, bo jakoś tak najbardziej mi podchodził ten nurt z opisu. I właściwie jak czytałam Twoją odpowiedź, to sobie uświadomiłam, że ta terapia dała mi dość sporo, ale niekoniecznie rzeczy zgodnych z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami. Ale były to rzeczy ważne, które we mnie wciąż procentują. I że faktycznie przyszedł taki moment, że tuż przed sesją właściwie nie miałam pojęcia, o czym miałabym dzisiaj mówić. Moja terapeutka to wyczuła i sama spytała, czy to przypadkiem nie oznacza, że wzięłam co moje i na razie wystarczy. Ogólnie to fajna babeczka była, tylko miałam takie jakieś wyobrażenie, że dobra terapia to powinna „sponiewierać” a ja tu dostaję głównie wsparcie 😛 I chyba też miałam poczucie, że terapia to powinna tak wywrócić człowieka na drugą stronę i poukładać wszystko do spodu, ale gdy tak piszesz, że Twoja przebiega takimi falami, to jakoś mi się to wydaje logiczne. Powoli, po trochu. Będę to mieć z tyłu głowy, że można po prostu wrócić i zrobić kolejne kroczki.

  • Kocz1lla

    To pewnie bardzo wytarty już cytat, ale Janusz Korczak podobno zwykł mawiać: Nie ma dzieci. Są ludzie. 🙂 Nie dziwię się, że ostatecznie piszesz o dorosłych, nie wierzę dokładnie w to samo, co Ty (co oczywiście nie oznacza, że się nie staram) i bardzo mnie inspiruje (to słowo też za chwilę się totalnie wyświechta) że pozwalasz sobie publicznie na wątpliwości.

    • MatkaSkaut

      Dzięki! Cały czas się zbieram, żeby zacząć czytać Korczaka. Mam poczucie, że może się okazać mądrzejszy niż te wszystkie nowomodne podręczniki o wychowywaniu dzieci.

  • ann662

    Za każdym razem kiedy odwiedzam Twój blog jakoś mi lżej. Odkąd zostałam mamą czasem sama nie rozumiem swoich reakcji na rzeczy, które wcześniej mnie nie dotykały. Cieszę się, że piszesz o tym wszystkim od strony dorosłych. Ja sama widzę, że mój syn w wielu kwestiach jest do mnie podobny i te wzorce niestety przejmuje ode mnie. Codziennie obiecuję sobie, że będę bardziej cierpliwa, że nie wybuchnę ale rzadko się udaje. To wszystko pewnie ma swoje podłoże gdzieś głębiej ale nie mam odwagi żeby doszukiwać się powodów w moim dzieciństwie. Myślę, że ten temat będę musiała kiedyś przerobić ale jeszcze nie teraz…
    Dziękuję

    • MatkaSkaut

      Proszę. Cieszę się, że to, co piszę, może być dla kogoś pomocne. Nie wiem, jak jest w Twoim wypadku – czy to jest „zwykły rodzicielski wkurw” czy coś więcej. Ja sama po sobie czuję, że to jest „coś więcej”. Że, tak naprawdę, to nie córki powodują te emocje, tylko, że one już we mnie były, a sytuacje z dziećmi to tylko taki zapalnik. Jeśli też czujesz, że to jest „coś więcej” to naprawdę warto ruszyć temat. Jak myślę o sobie sprzed terapii, to aż mi się smutno robi. Z zewnątrz wszystko wyglądało całkiem normalnie – śmiałam się, gadała, miałam znajomych i przyjaciół, radziłam sobie w życiu naprawdę dobrze. Ale w środku byłam niesamowicie nieszczęśliwa. I teraz, jak o tym myślę, to chciałabym tę dziewczynę przytulić i jej powiedzieć: „hej, to nie musi tak wyglądać. Nie musisz się tak czuć.”. Myślę, że terapia była moją najlepszą decyzją życiową (to oraz odpisanie na ogłoszenie towarzyskie na Gumtree pewnemu wysokiemu matematykowi). I to, że teraz na nią wracam, wcale tego nie przekreśla. Wtedy byłam gotowa zrobić tyle. Dziś jestem gotowa zrobić jeszcze trochę. I choć wiem, że będzie w niektórych momentach bardzo trudno, to wiem też, że będzie warto. I jestem gotowa zawalczyć o siebie i o lepszą matkę dla moich córek. Pozdrawiam Cię bardzo, bardzo ciepło!

      • Sally

        Ojej, to „odpisanie na ogłoszenie towarzyskie na Gumtree” brzmi jak historia z filmu! 🙂

  • @nia

    Świetny wpis! Trzymam kciuki za terapię i szczerze życzę, żebyś dotarała tam, gdzie chcesz dotrzeć i odkryła to, czego szukasz 🙂
    Jestem zafiskowana na temat wszystkiego mówiącego o tym, jaki wpływ na nasze dorosłe życie ma wychowanie przez rodziców, jak wpłynęły na nas ich życiowe wybory, ich zachowanie, to, co nam wpajano, czego nas uczono, co obserwowaliśmy jako dzieci. Jak to wszystko wpływa na nasze dorosłe życie, na podejmowane przez nas wybory, na to, czego się boimy, czego unikamy w dorosłym życiu? Trafiliście może na jakąś książkę na ten temat?

    • Not me

      Hej, książki niestety nie znam, ale możesz posłuchać tego http://nerdynoca.pl/podcast/044-genetyka-wiecej-genetyki/ to jest odcinek bardzo dobrego naukowego podcastu poświęcony epigenetyce- fascynujący i zgodny z tym, co Cię ciekawi, czyli jak przeżycia naszych rodziców wpływają na nas i nasze samopoczucie 🙂

      • @nia

        Dziękuję, posłucham.

    • MatkaSkaut

      Ja z jednej strony, jako psycholog wiem, że to nie jest tak, że tylko rodzice nas ukształtowali, jak tę niezapisaną kartkę, ale ważny są też nasze wrodzone predyspozycje i temperament, nasze późniejsze doświadczenia socjalizacyjne itp. A z drugiej strony mam takie poczucie (i wiele szkół terapeutycznych, choć nie wszystkie, uważa podobnie), że jeśli gdzieś głęboko w nas cały czas czujemy, że coś jest nie tak, to trzeba zacząć „grzebać” w relacjach rodzinnych. I to nie chodzi o jakieś pojedyncze doświadczenia (wbrew temu, co często można przeczytać w mediach czy jakichś pop-psychologicznych pismach), które tak naprawdę w większości przypadków nie są w stanie straumatyzować dziecka na całe życie. To raczej się dzieje kropelkowo, w codziennych, zwykłych sytuacjch, gdy do głowy dziecka są tłoczone pewne przekonania i obraz świata, z którym idzie później w dorosłość i który może mu w tej dorosłości bardzo pomóc albo bardzo zaszkodzić. Co do książki – jest jedna naprawdę NAJLEPSZA w tym temacie (szczególnie dla osób nie związanych zawodowo z psychologią, choć psychologowie też ją cenią) – „Jak żyć w rodzinie i przetrwać” napisane w formie rozmowy pomiędzy psychologiem Skynnerem i Johnem Cleesem (tak, tym od cyrku Monty Pythona). Bardzo przystępnie wyjaśniają wszystkie założenia systemowej terapii i systemowego rozumienia relacji rodzinnych (tylko do części o homoseksualizmie się nie przywiązuj, to jednak stara publikacja, wydana zanim psychologowie mieli dostęp do wiedzy, którą mają teraz). Polecam Ci z całego serca, miłego czytania.

      • @nia

        Dziękuję za polecenie książki, już zamówiona w bibliotece.

  • Not me

    Hej! Dzięki za ten wpis 🙂 dużo pracuję nad tym, żeby moim przyszłym dzieciom nie dowalić takich prezentów, jakie sama dostałam i z których ciągle się wygrzebuję. ale się nie zgadzam z tym, że człowiek nie może wszystkiego- a właściwie nie chcę się zgadzać. Może nie wszystko naraz i nie szybko, ale z czasem- wszystko. Jak byłam w wieku przedszkolnym byłam inteligentną, odważną, pewną siebie dziewczynką. Potem lęki moich rodziców i ich przemoc zdominowała mnie na resztę życia. Stałam się głupia- miałam takie ataki paniki, że nie mogłam się skupić, a nie da się być inteligentnym bez skupienia. Desperacko szukałam pomocy, chciałam wierzyć, że da się mi pomóc, chciałam wierzyć, że mogę być spokojnym, szczęśliwym, wartościowym człowiekiem, nie uciekającym przed wszystkim, przed własną beznadziejnością. Udało mi się bo trafiłam na świetną terapeutkę i było mnie stać na terapię. Nie wiem co by się stało gdybym nie miała tych pieniędzy- gdybym nie trafiła do tej dziewczyny. Ale wierzę też że dużo temu szczęściu pomogłam, więc może każdy jest w stanie sobie pomóc?

    • MatkaSkaut

      Jasne! Tylko Ty na tę zmianę zapracowałaś. A do tego trzeba odwagi i ogromu wysiłku (i najczęściej też kupy kasy na terapię). Mnie bardziej chodziło o takie sytuacje, gdy człowiek sam się oszukuje, że nie potrzebuje, że sam sobie poradzi, że inni mają gorzej itp. Na przykład ja na poziomie liceum i pierwszych lat studiów byłam bliska wpadnięcia w bulimię (typ nieprzeczyszczający się). Być może nawet to nie było „blisko” tylko to już było „to”. I to był moment, żeby coś zrobić, sięgnąć po pomoc. Ale ja tego nie zrobiłam. Zamiast tego tkwiłam w błędnym kole – objadanie się-wyrzuty sumienia-obiecywanie samej sobie, że już nie będę i tak aż do następnego ataku obżarstwa. I cały czas na „dupościsku” i cały czas z takim jakimś idiotycznym poczuciem, że tym razem na pewno się uda dotrzymać tej obietnicy danej samej sobie. Ale to się tak nie da. Póki nie postanowisz przestać się czarować i kolorować rzeczywistości i udawać, że wcale sytuacja nie wygląda tak źle, póki nie zdecydujesz się, że czas usiąść na tyłku i na poważnie zająć się tym, co masz w sobie, to nic się nie zmieni.

  • urszulka kaczyńska

    Hej Magda, bardzo prywatny ten wpis, ale trochę Cię rozumiem, bo ja mam podobnie, chodź się staram byc inna ciąglę powtarzam schematy w jakich zostałam wychowana, chodź wiem że niepowinnam i że źle robie, niszcze tym wszystkich dookoła jak i mnie niszczono, i pomimo że wiem że to źle to nadal raz za razem znow to samo :/

    • MatkaSkaut

      Rozumiem Cię świetnie. To jest trudne, bo z jedej strony – to nie Twoja wina, że takie schematy postępowania w Tobie tkwią, a z drugiej strony – jesteś dorosła i ponosisz odpowiedzialność za swoje czyny wobec innych (no bo jeśli chodzi o siebie, to mamy wolność – siebie można niszczyć do woli). Jeśli czujesz się gotowa (nie super gotowa, nie bez jakichkolwiek obaw. Tak nigdy się nie będziesz czuła i nie ma co na to czekać), to zacznij się spotykać z jakimś specjalistą, który może Cię wysłuchać i pomóc. Naprawdę, nie wyobrażasz sobie, o ile lepiej możesz się czuć. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • urszulka kaczyńska

        a czy ktos udziela takich porad, sesji, spotkań wirtualnie przez internet? gotowa chyba już jestem ale mieszkam za granicą tutejszego języka nie znam na tyle aby poruszać takie tematy, czy jest wogole coś takiego jak spotkania wirtualne ??? czy ktos coś??

        • MatkaSkaut

          Nikogo konkretnego Ci nie polecę, ale wydaje mi się, że w tej chwili jest sporo terapeutów, którzy prowadzą sesje terapuetyczne przez skype, szczególnie spośród tych młodszych i bardziej obeznanych z internetem.

  • Edyta

    😉

    o, i znowu notka, którą czytałam z wrażeniem, że czytam siebie z przyszłości! ;)).

    A tak bardziej…: jest mi do bycia rodzicem równie blisko, jak na Madagaskar (piszę te słowa z Podkarpacia ;)) i absolutnie zdaję sobie sprawę z możliwej nieżyciowości i niepraktyczności moich przekonań oraz ich przesadnej wzniosłości, gdy rzeczywistość obok aż skwierczy i w dupie ma cele i ideały, ale od dłuższego czasu jest we mnie myśl, że wychowywanie małego człowieka to proces, którego celem jest, aby tenże stał się zwyczajnie jak najlepszą i jak najszczęśliwszą wersją samego siebie. Siebie takiego, jakim ten ktoś jest i być może (bo, jak rzecze mądrość ludowa, licznie przywoływana w tej notce, „wyżej dupy nie podskoczysz”, czyli od swoich naturalnych uwarunkowań daleko nie odejdziesz, bo, kurwa i mać, po prostu nie). Dlatego kiedy widzę u innych rozumowanie jak to przywołane w odniesieniu do nieśmiałości, to niezależnie od słuszności kierunku myślenia, że każdy z nas umie widzieć w świecie przede wszystkim to, co sam nosi w sobie, we mnie jest zawsze jeszcze pytanie „kto i czemu zdiagnozował dany problem jako problem?”. Bo ja rozumiem jeszcze, gdy konkretne dziecko samo z siebie pokazuje i przyznaje, że bycie np. nieśmiałym to dla niego trudność i sprawia mu kłopoty. Tyle że – obserwując innych oraz sama wciąż będąc nierzadko obiektem cudzych odruchów wychowawczych ;] – dużo częściej widzę, że to nie dziecko ma z daną swoją cechą problem, a jego otoczenie, któremu z ową cechą jest trudniej lub nie po drodze. Ewentualnie to otoczenie w ynternecie przeczytało/usłyszało od ciotki/znajomej/łotever, że nieśmiali mają w życiu gorzej i źle, więc uh oh ah, zakaszmy rękawy i już teraz uchrońmy danego ktosia przed byciem nieszczęśliwym w przyszłości. I wówczas takie podejście… well, napisać, że ma u mnie reakcję w postaci milion-watowego wkurwu, to nic nie napisać, ale nad tym nie będę się rozwodziła, bo to wówczas już w ogóle i totalnie nie będzie komentarz na temat Twojej notki, która jest o czymś zupełnie innym ;).

    Bo tak w ogóle to owocnego kopania w bebechach, Ms Skaut! oraz, egoistycznie dodam, jak najliczniejszego dzielenia się efektami tegoż z nami, bo nieodmiennie czyta się Ciebie pysznie i nawet gdyby dla kogoś miała to być notka o wszystkim, dla mnie… cóż, patrz zdanie pierwsze. ;).

    Serdeczności!

    • Edyta

      ach, i jak najbardziej zdaję sobie sprawę, że mogą być cechy i zachowania w takim małym człowieku, które jak najbardziej mogą wzbudzać słuszny opór otoczenia, podczas gdy dziecko ma się z nimi okej (np. bicie innych, zabieranie zabawek, itp.) i „wyleczenie” takiego małego ktosia z nich jest czymś pilnym i potrzebnym, ale – umówmy się – nie ten typ i kaliber ‚przewin’ miałam tu na myśli.

    • MatkaSkaut

      Dzięki! Mnie chyba najbardziej drażni, jak rodzice z dziecka przeciętnie inteligentnego albo (nie daj borze!) niezbyt inteligentnego chcą zrobić piątkowego ucznia. Pracując w fundacji wielokrotnie miałam z tym do czynienia. Fajny nastolatek, nawet lubiany, sympatyczny, ale jest z nim WIELKI PROBLEM, bo się nie uczy. A potem się okazywało, że ten młody się naprawdę stara i nawet uczy, ale możliwości intelektualnych nie styka na same piatki i szóstki. I zawsze miałam ochotę złapać tych rodziców i trząść nimi tak długo, aż im wylecą z głowy te pomysły uszczęśliwiania swojego dziecka poprzez nieustanne ciśnięcię w kwestii ocen. Jasne, że dobre oceny są pewny predyktorem sukcesu życiowego, ale nie jedynym! Dajcie temu dzieciakowi spokój. Ok, przysłowiowego lekarstwa na raka nie wymyśli, ale czy NAPRAWDĘ celem życiowym każdego rodzica powinno być wychowywanie swojego dziecka na kogoś, kto odkryje lekarstwo na raka?

      • Edyta

        o, to to! właśnie tooo! rzeźbienie człowieczka na wzór-ideał własny, guzik nijak nic wiele mający z rzeczywistością i możliwościami czy po prostu potrzebami tegoż!

        plus, w ramach offtopu: matkobosko, pisząc poprzedni komentarz kilka dni temu rzuciło mi się w oczy, że z listy Twoich polecajek, tylko „Simple Families” nie śledzę w żaden sposób, bo tak poza tym to każdego z autorów na Twojej liście na kilka różnych (rss’y, twitter, insta, itp.) sposobów. Za to teraz widzę, że Ty nawet borza odmieniasz po borzemu (a na pewno po mojemu ;))) i coś aż we mnie uśmiecha się na to od ucha do ucha.

        w skrócie: <3 <3 <3!

        • MatkaSkaut

          😀 I nawet lunarbaboona? Coraz bardziej mam wrażenie, że niby internety takie wiekie, blogów tysiące, a jednak ludzie w jakiś sposób podobni (a może nie tyle podobni, co „nadający na podobnych falach”) ciążą ku sobie także w internecie – np. jak blogerka, którą lubię poleca blogi, które ona lubi, to się najczęściej okazuje, że ja je (prawie) wszystkie znam i też lubię.

          • Edyta

            Lunarbaboona to świadomie ledwie od miesiąca, bo wcześniej tylko na różnych boredpandach mi migał i nic więcej, ale resztę tak, większość nawet od >2 lat.

            A to, o czym piszesz, to się grupy lifestyle’owe nazywa i jako takie jest przedmiotem zainteresowania przede wszystkim marketingowców, ale bywają też miejsca na mapie polskiej nauki, jak np. instytut projektowania komunikacji uwr, gdzie ludzie jarają się analizowaniem tychże całkiem konkretnie i z zachowaniem stosownych procedur badawczych i w ogóle i piszę Ci o tym, aby zwyczajnie dopowiedzieć, że właśnie nazwa tegoż instytutu widnieje na jednym z moich dyplomów, zaś na drugim jest filozofia. Również na UWr. Takżeten.

            Serdeczności! 🙂

  • Sally

    Magdo,

    Asia Glogaza kiedyś pisała, że warto się otworzyć i nie udawać perfekcyjnego w tym blogerskim światku. I ja się zupełnie zgadzam, także dobrze, że napisałaś ten tekst. Otwarcie się daje poczucie bliskości, więc nawet, jeśli pewnych rzeczy nie mogę zrozumieć ze względu na brak dzieci, to na inne relacje międzyludzkie spokojnie się da to przełożyć. Ale terapii się okropnie boję.

    Z innej beczki: widzę, że zmienił się rozmiar czcionki – dla mnie osobiście jest trochę za mały i ciężko się czyta. Wiem, że można to sobie zmienić w przeglądarce, ale wcześniej chyba było wygodniej. 🙂

    Dobrego nowego roku i powodzenia we wszystkich walkach wewnętrznych!

    • MatkaSkaut

      Dzięki! Co do czcionki – wiem 🙁 to były jakieś automatyczne zmiany w WordPressie i teraz nie mogę znaleźć tej czcionki, która była wcześniej (ale będę szukać).

      Asia teraz jakoś opublikowała post podsumowujący 2017 rok, gdzie wśród rzeczy, z których jest dumna, wymieniła pójście na terapię. Strasznie to było fajne, bo tak po prostu o tym napisała, pośród innych fajnych rzeczy, których doświadczyła o ostaatnim roku, tak naturalnie to wyszło. Bardzo ją lubię za taką właśnie szczerość.

      Też się boję 🙂 Ale raczej tego, co się wydarzy, bo samą terapuetkę (wspaniała kobieta!) znam już kilka lat i mam „oswojoną”.

      • Marta

        Magdo, mam dokładnie to samo – wróciłam na terapię, bo wściekam się na moje małe dzieci absolutnie nieproporcjonalnie do sytuacji, i też czuję, ze ta złość to nie do nich, ona po prostu we mnie jest a oni jakoś ją niestety uruchamiają.
        Poprzednią terapię zakończyłam gdzieś w 7 miesiącu pierwszej ciąży, i jak rozmawiałyśmy z terapeutką o powrocie, to dosżłyśmy do wniosku, że za pierwszym razem naprawdę doprowadziłąm się do bardzo dobrego stanu,w którym mogłabym dobrze funkcjonowac latami. Ale urodzenie dzieci obudziło rzeczy, do których się inaczej nie umiałam dokopać. No i przyszła pora na drugą turę sprzątania. Jest ciężko, ale wiem, ze to było konieczne.
        zyczę więc Tobie i sobie powodzenia

        • MatkaSkaut

          Jak przeczytałam Twój komentarz, to aż mi się nie chciało wierzyć, że ktoś może mieć tak strasznie podobnie. Ja się doprowadziłam do naprawdę dobrego stanu 3 lata przed ciążą. Urodzenie pierwszej córki okazało się trudnym doświdczeniem, już wtedy trzeba było wrócić na terapię. No ale oczywiście mi się wydawało, że „sobie poradzę” (człowiek, to jednak lubi popełniać w kółko te same błędy). Dopiero druga córka dociążyła system tak, że poczułam, że kompletnie nie daję rady. Poszłam rok temu, byłam na kilku spotkaniach i… zrezygnowałam. Nie byłam gotowa. Nie chciałam. Był we mnie tak głos, który mówił: „zostaw to! Nie dotykaj tego! Nie ruszaj, bo…” i w sumie nie wiem, co się kryło za tym”bo”. Bo rozlecę się na kawałki? W każdym razie, tak bardzo się bałam, że wtedy nie dałam rady. Teraz wróciłam i mam zamiar właśnie „to” ruszyć i właśnie „tego” dotknąć. I biorę pod uwagę, że gdzieś po drodze może być taki moment, że rozlecę się na kawałki. Ale mam też poczucie, że jestem na to gotowa. Więc, dokładnie tak, jak napisałaś – powodzenia Tobie i sobie!

          • Marta

            No właśnie… mam nadzieję że i Ciebie i mnie terapia wyprowadzi z tych okopów złego samopoczucia i złości, dla nas i dla naszych dzieci. trzymam kciuki i dziękuję