Jak stałam się najlepszą matką, jaką tylko mogę być

Wymyśliłam sobie teorię, jak być najlepszym rodzicem, jakim się tylko da. Nie przytoczę żadnych badań na jej potwierdzenie ani nie podeprę się autorytetem żadnego sławnego naukowca. Ale ponieważ ta teoria jest moja i międlę ją w głowie od dwóch lat, to jestem całkowicie przekonana o jej słuszności. I dzisiaj się nią z Wami podzielę.

Oczywiście, ze względu na moją wiedzę zawodową, nie jest to teoria kompletnie niezgodna z odkryciami psychologii. Ale niestety, z psychologią jako nauką jest pewien problem – nie jest ona tak oczywista jak wiele innych nauk. Psychologia zajmuje się często tym, czego nie widać i czego nie da się na ten moment udowodnić za pomocą twardych faktów. Dlatego też współistnieje w niej wiele nurtów, które są ze sobą sprzeczne (serio!). Co za tym idzie, szkoły terapii oparte na tych nurtach w zupełnie inny sposób interpretują te same fakty i zupełnie inaczej mogą podchodzić do leczenia tego samego zaburzenia. W związku z tym pragnę powiedzieć, że moja teoria na temat bycia dobrą matką jest kompletnie zgodna z teoriami psychologicznymi związanymi z rozwojem psychiki ludzkiej i… totalnie niezgodna z nimi. Zależy od tego, do którego podręcznika postanowicie zajrzeć.

Podwaliny teorii powstały podczas oglądania przeuroczego serialu „Frankie i Grace”. Opowiada o 2 starszych kobietach, które się przyjaźnią. Jedna z nich (Grace) jest bogatą kobietą sukcesu. Przeszła na emeryturę po prowadzeniu własnej wielkiej firmy. Jest twardą babką, szorstką, niekiedy wyniosłą i zadzierającą nosa. Gdy pewnego dnia jej córka trafia do szpitala i trzeba pomóc jej mężowi w zajęciu się ich dwójką dzieci, to okazuje się, że wszyscy naokoło uważają, że Grace się do tego nie nadaje. Do wnucząt zostaje zawezwana druga babcia, że tak powiem archetyp babci – kobieta słusznych rozmiarów, szczebiocząca cały czas do dzieci i z entuzjazmem bawiąca się z nimi w budowanie fortecy z koców i krzeseł. Grace, która próbuje w tym brać udział, aby udowodnić innym i sobie, że też tak umie, ponosi klęskę. W „fortecy” czuje się wyraźnie skrępowana i zakłopotana, nie umie podjąć zabawy z dziećmi. Po tej sytuacji wypłakuje się swojej przyjaciółce i toczy się między nimi mniej-więcej taka rozmowa:

– Jestem okropną babcią!

– Nie jesteś taka najgorsza. Na przykład u chomików babcie niekiedy zjadają swoje wnuki.

– Chomiki nie żyją wystarczająco długo, by poznać swoje wnuki.

– Ty mi tutaj faktami oczu nie mydlij, ja dokądś zmierzałam z tą metaforą. A! Chodzi mi o to, że nie każda babcia musi być takim zabawnym chomiczkiem, który bawi się z wnuczętami, biega z nimi w kołowrotku, buduje z nimi forty z rurek od papieru toaletowego i tak dalej. Małym chomiczkom przydaje się też babcia, która uczy ich, że nie można zjadać własnych odchodów.

I Grace też ma swój moment chwały, gdy sprawdza się jako babcia – swojemu wystraszonemu wnuczkowi spokojnie i rzeczowo wyjaśnia, czemu mamusia się źle czuje i pociesza go.

Taka historia. I na jej podstawie ja zaczęłam sobie myśleć: „a może ja też nie jestem zabawnym chomiczkiem? I co najważniejsze – może nic w tym złego?”. No i tu weszła do gry moja wiedza psychologiczna, która podpowiedziała mi kilka faktów. Po pierwsze, człowiek ma nieprawdopodobne możliwości kompensowania braków. Przykłady: człowiek bez rąk nauczy się operować nogami tak, by zastąpiły mu ręce; po zniszczeniu części mózgu (np. po wylewie) mózg wytwarza ogromną liczbę nowych połączeń, które są wstanie zastąpić utraconą część. A po drugie, dzieci posiadają tej umiejętności jeszcze więcej. Dziecko ma w sobie tak niesamowity pęd do rozwoju, że będzie się rozwijać nawet, gdy nie będzie mu się w tym pomagać, a nawet gdy będzie mu się w tym aktywnie przeszkadzać. Oczywiście to może się dziać wolniej, ale w końcu dopnie swego. O czym mówię? Każde zdrowe dziecko w końcu uczy się chodzić i to niezależnie od tego, czy rodzice robili z nim różne ćwiczenia, prowadzali za rączkę, dopingowali czy też mieli to totalnie gdzieś. Każde dziecko uczy się mówić, choćby nikt o to szczególnie nie dbał (oczywiście nie mówię tutaj o jakości tej mowy albo bogactwie słownictwa). Dziecko będzie czerpać z każdego źródła, z jakiego się da. Będzie obserwować, uczyć się, naśladować, eksperymentować z nowymi zachowaniami, sprawdzać, które przynosi najlepsze efekty, będzie przyswajać albo odrzucać. Będzie czerpać wiedzę i umiejętności od każdej osoby, która znajduje się w jego otoczeniu.

I tu następuje w końcu wniosek moich wywodów i sedno mojej teorii: Ty (czyli matka/ojciec) nie musisz być we wszystkim mistrzem świata, żeby Twoje dziecko miało szansę się tego nauczyć. Dziecko nie przebywa tylko z Tobą, nie patrzy tylko na Ciebie. Nie musisz być wzorem cnót wszelkich i książkowym przykładem zdrowia psychicznego. My, rodzice, w ogóle mocno przeceniamy nasz wpływ na dziecko. To przez te wszystkie od wielu lat modne psychodynamiczne teorie. Wiecie, te wszystkie: „dziecko kształtuje się przez pierwsze 3 lata życia, jak wtedy coś spierdolisz, to pozamiatane, ono na zawsze zostanie neurotycznym zjebem i to będzie wszystko Twoja wina”. Albo: „jedno traumatyczne zdarzenie zniszczy psychikę Twojego dziecka na zawsze. Jak się raz zgubi w sklepie albo przestraszy czegoś, to rana w jego psychice zostanie na zawsze”. Uh! Nienawidzę tych teorii, bo są NIEPRAWDZIWE i wstrętne. Wciskają rodziców w nieustanne poczucie winy i zadawanie sobie bez końca, z drżeniem serca pytania: „czy już zniszczyłam psychikę mojego dziecka?”. I oczywiście dają człowiekowi wolną rękę do tłumaczenia się przez całe życie: „to nie moja wina, że taka jestem/tak się zachowuję, to przez moich rodziców!” (Tematem tego czym można, a czym się nie da zniszczyć psychiki dziecka mam zamiar się zająć. Mam nadzieję, że za jakiś czas tu → KLIK będzie link do tego wpisu). Rodzice! Oczywiście, jesteście bardzo ważni. Oczywiście, jesteście w stanie dużo zepsuć, ale to nie są tak definitywne sprawy. Każdy, KAŻDY człowiek ma możliwość rozwoju, zmieniania się na lepsze, porzucania starych, nieefektywnych sposobów postępowania i spróbowania od nowa, inaczej, lepiej. Psychologia mówi, że samo przebywanie z ludźmi zdrowszymi psychicznie niż my, poprawia nasze zdrowie psychiczne. Czyli jesteśmy zdolni do tego, by stać się lepszymi, by się zmieniać. Dziecko, które ma wokół innych dorosłych i inne dzieci, może czerpać z ich zasobów. Może się nauczyć jak kochać zwierzęta od Twojego teścia, nawet jeśli Ty nie znosisz zwierząt. Może się nauczyć rozwiązywania konfliktów podczas zabawy z rówieśnikami. Może zaspokoić swoją potrzebę bliskości i czułości przytulając się ze swoją babcią. To nie musisz być za każdym razem Ty.

Nie wiem, czy Ty tak masz, ale ja naprawdę wiele czasu spędzałam na zadręczaniu się tym, jakim to jestem zaburzonym człowiekiem i, że moje dzieci przeze mnie też takie będą. Do tej pory zdarzają mi się momenty, gdy czuję, że zaczynam się nakręcać i zadręczać się pytaniem: „czemu ja nie mogę być takim archetypem matki – taką ciepłą, mięciutką, troskliwą?”. Ale teraz, gdy to się zdarza, to myślę sobie tak: „ok, nie jestem zabawnym chomiczkiem”. Po prostu nie jestem i nigdy nie będę taką matką. Ale dzięki mojej teorii wiem też, że nie muszę taka być, aby moje dzieci były zdrowe i szczęśliwe. Moje córki mają wspaniałego tatę – troskliwego, ciepłego, zabawnego i zrelaksowanego. One mogą sobie pójść do tego źródełka i pić, pić, pić. A ode mnie mogą się uczyć innych rzeczy. Moje córki mogą być złożeniem najlepszych cech moich i mojego męża. I swoich babć, cioć, opiekunek, koleżanek i kolegów.

Podsumowując: jestem najlepszą matką, jaką mogę być, gdy pielęgnuję i staram się przekazać moim dzieciom to, co jest we mnie dobre i zdrowie. Jestem dużo gorszą matką, niż mogłabym być, gdy zadręczam się swoimi brakami i na siłę próbuję zachowywać się niezgodnie ze swoim charakterem. A wszystkiego, czego mnie brakuje, moje dzieci mogą się nauczyć od innych bliskich im ludzi, którzy mają większe ode mnie umiejętności w danym temacie.

I to już koniec mojej niepotwierdzonej naukowo teorii dotyczącej bycia najlepszym rodzicem, jakim się da. Częstujcie się, na zdrowie!

Matka Skaut.