Jestem ograniczonym zasobem

Powracam z blogowego niebytu, by podzielić się z Wami moją nową mantrą. I pomaga mi ona dużo bardziej niż: „ommm, jestem jebanym, spokojnym nenufarem na tafli spokojnego jeziora”.

„Jestem ograniczonym zasobem” – to zdanie jest dla mnie ogromnym odkryciem, odkąd urodziłam Najmłodszą (hej, a wiecie, że wczoraj minęło 6 miesięcy od tego wydarzenia?). I znowu, być może dla Was to brzmi banalnie. Oczywistość. Dla mnie nie. To znaczy, oczywiście, że zawsze racjonalnie WIDZIAŁAM, że nie zrobię wszystkiego, że nie załatwię wszystkich spraw jednego dnia i tym podobne. ALE w środku czułam, że JA akurat mogę. Może nie WSZYSTKO, ale WIĘCEJ. A już na pewno dużo więcej niż inni. Więc robiłam (ha! Myślę, że do tej pory jestem mocno powyżej średniej.). a potem mnie zaskakiwał mój zły humor, opryskliwość, irytacja. A obrywało się (oczywiście) głównie dziewczynom. I myślałam sobie: „ok, jestem zmęczona”. Ale następnego dnia robiłam dokładnie to samo. I znowu moje córki miały poirytowaną matkę. I znowu mój mąż miał złośliwą, nieustannie wytykającą błędy żonę. I znowu ja miałam wkurwioną siebie. I myśl, że ja już chyba po prostu taka jestem.

Odkąd pojawiła się Ania, to w wielu sytuacjach, gdy już wyrywam się do zrobienia czegoś, to zatrzymuję się na chwilę i myślę: „jestem ograniczonym zasobem. Czy starczy mnie do końca dnia?”. Czy jeśli decyduję się teraz podjąć się jakiejś wymagającej wysiłku sprawy, to wieczorem będzie jeszcze trochę mnie we mnie? Czy już tylko czysty wkurw na cały świat? I coraz częściej odpuszczam.

Jak w każdym wpisie, który nie wiem, czym zilustrować, za przerywniki będą robiły zdjęcia lasu we mgle. Zawsze pasujące do tego bloga. Oczywiście wszystkie zdjęcia z unsplash.com

Wcześniej brałam na siebie następną rzecz i następną, i następną. I, patrząc na to z perspektywy, świadczy to jednak o jakimś narcystycznym przekonaniu o własnej wyjątkowości. Że: „inni, to nieee… ich tak nie obciążajmy, dla nich to będzie zbyt wiele. Ale ja? Ja dam radę!”. I oczywiście, że dam. Ale jakim kosztem? Czy moje córki wolą mieć wiecznie wkurwioną i poganiającą ich matkę, która cały świat ogarnie? Czy całkiem fajną i czasami nawet zabawną matkę, która jednak zalicza te kilka wtop tygodniowo (chciałam napisać „dziennie”, ale nie dałam rady). Jaką ja chcę siebie mieć?

Trenuję ten nowy dla mnie styl od ponad pół roku. I widzę teraz kilka błędów w myśleniu, które popełniałam i które jeszcze bardziej wbijały mnie w tryb: „ja dam radę (prawie) wszystko”. Podzielę się z Wami, może Wy też tak macie.

1. Jeszcze tylko jedna mała rzecz.

I tak mam do załatwienia pierdyliard spraw. A ta jeszcze jedna, dodatkowa, przecież nie zrobi mi żadnej różnicy. Co to za problem, to tylko chwila roboty. Tak, większość spraw to „tylko chwila roboty”. „Ale” w tym wypadku są dwa:

– jak Ci się uzbiera dwadzieścia „tylko chwil roboty”, to się robi ciężko;

– nie doceniamy, ile wysiłku trzeba włożyć w dane zadanie.

Pamiętam rozmowę z koleżanką, gdy byłam w końcówce ciąży i podejmowałam pierwsze, nieśmiałe próby ochronienia moich jakże zubożonych zasobów. Sprawa dotyczyła zakwasu z buraków, który piłam ze względu na kiepskie wyniki krwi. W ramach chronienia resztek swojej siły życiowej, uznałam, że będę kupowała gotowy zakwas. Świeży, ekologiczny i w ogóle. 4,80zł za butelkę. Jedna butelka dziennie. A koleżanka próbowała mnie namówić na ukiszenie własnego. Bo to dużo taniej (wiem). Bo to jest łatwe (podobno). Bo to wcale nie jest dużo roboty (tak. O ile to będzie jedyna rzecz, którą mam zamiar zrobić tego dnia). Od miesiąca robię zakwas z buraków sama. Żeby to zrobić musiałam:

– dowiedzieć się, gdzie w Krakowie mogę kupić pięciolitrowy słoik;

– pojechać po słoik;

– wygospodarować w naszej mikrokuchni odpowiednie miejsce na ten słoik;

– kupić buraki od rolnika;

– przekopać się przez internet w poszukiwaniu najlepszego przepisu na zakwas;

– przejść się po gazę do apteki;

– pokroić kilka kilogramów buraków;

– czekać siedem dni;

A na koniec i tak mi zakwas zapleśniał. Więc musiałam przekopać się przez internet w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” i „jak do tego nie dopuścić następnym razem?”. Teraz, gdy robię zakwas kolejny raz, to oczywiście mogę przyznać, że: to jest duuuużo taniej i to nie jest trudne. Ale, gdy myślę, o wymęczonej samej sobie z końcówki trzeciej ciąży, to mam ochotę siebie wyściskać za to, że o siebie zadbałam.

2. Inni to robią, to JA nie dam rady?!?

W tym zdaniu kryje się pewien kruczek. Bo pod „inni” ja myślałam tak naprawdę „gorsi ode mnie”. To znaczy głównie „gorzej zorganizowani”. Ale czasami też „mniej bystrzy” czy „mniej ogarnięci życiowo” (obnażam się przed Wami strasznie. Wstyd pisać, że się myśli w ten sposób o innych. Ale taka smutna prawda, tak sobie myślałam.). Myślę teraz, że to była dla mnie jedna z głównych motywacji przy podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu równolegle drugiego kierunku studiów. Więc, jeżeli widziałam, że ktoś może, to czemu niby ja – nie? Czemu? Czemu… może dlatego, że jestem inną osobą? Mam inne życie? Inne zasoby, bazę wsparcia, możliwości i umiejętności? Może właśnie dlatego?

3. Umiem to zrobić (lepiej, taniej) = MUSZĘ to zrobić.

To dopiero jest pułapka dla wszystkich złotych rączek i pomysłowych Dobromirów. A jeszcze przy tym internetowym szale na DIY? Chciałabym mieć odnowiony mebel. A co to za problem? Trochę papieru ściernego, gładzi do drewna, farby, lakieru i voila! Ja nie potrafię??? chciałabym, żeby dziewczyny miały fajne ubranka. To, co mi się podoba ma ceny z kosmosu. A co to za problem? To jest prosty krój! Zamówię materiał, pożyczę maszynę, nauczę się szyć (to przecież nie może być trudne) i voila! A co! Ja nie zrobię? Zrobisz, dziewczyno, zrobisz. Ty wszystko zrobisz. Operację na otwartym sercu nauczysz się przeprowadzać. Tylko po co? Tylko po to, by mieć chwilę zadowolenia, że: „oto ja. Znowu dałam radę”. Co i komu chcesz udowodnić? Wszyscy, którzy Cię znają, wiedzą, że Ty akurat to dasz radę. Więc komu jeszcze chcesz coś udowodnić? Sobie? A czy to się w ogóle da robić???

4. Istnieją we mnie oddzielne zasoby, z których mogę skorzystać.

Są oddzielne worki: kreatywność, cierpliwość, siła fizyczna, wysiłek intelektualny. Jak w jednym pusto, to pójdę sobie korzystać z innego. Nie ma tak, jestem jednym zasobem, całością. I jak się wyprztykam w jednym zadaniu w ciągu dnia, to nie ogarnę wieczoru z dziećmi. Ha, ha! Nie, że „nie ogarnę” organizacyjne. Wszystko zrobię. Tylko jaka będzie przy tym atmosfera?

„Jestem ograniczonym zasobem”. To moja mantra. Powtarzam ją sobie często, nawet cicho pod nosem. Gdy rezygnuję z kolejnej bitwy z dziećmi* (o umyte zęby, założenie kurtki, o to, żeby na kolację nie były lody). Mogłabym, naprawdę mogłabym tę walkę stoczyć. Nawet mogłaby ją wygrać. Ale jakim kosztem? „Jestem ograniczonym zasobem”. Gdy zamiast zrobić sama, to zamawiam w internecie. „Jestem ograniczonym zasobem”. Gdy umawiam się na wykonanie zadania i daję sobie na to dwa razy więcej czasu, niż w pierwszej chwili szacowałam. „Jestem ograniczonym zasobem”. Gdy wieczorem zwalam się na narożnik obok męża i oglądam „Przyjaciół” zamiast zrobić prasowanie albo chociaż jakąś książkę poczytać. „Jestem ograniczonym zasobem”. Gdy odchodzę z danej sytuacji, nie pozwalam się zdenerwować, nie wdaję się w emocjonalną bójkę, nieważne czy na grupie na fb czy we własnym domu. Jestem ograniczonym zasobem i jeśli nie będę o tym pamiętała, to zaorzę na śmierć nie tylko siebie, ale i całą moja rodzinę.

Pozdrawiam serdecznie w tę prawdziwą złotą polską jesień,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Moja marna obecność tutaj w ostatnich trzech miesiącach jest właśnie pokłosiem tej nowej mantry. Więc nie możecie mieć mi za złe 😉 Jeśli tęsknicie trochę, to zapraszam Was na fb, tam piszę krócej, ale częściej.

* Nadal, szczególnie gdy jestem zmęczona, zaczynam widzieć moje bycie z dziećmi jako walkę czy szarpanie się. Wiem, że takie postrzeganie tej sytuacji niczego nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Ale spokojnie, nie wszystko naraz. Na razie pracuję nad tym, by się w walki nie wdawać. Z czasem będę pracować nad tym, by tych sytuacji nie postrzegać jako walki.