Ludzie nie są z kruchego szkła

Chciałabym dzisiaj spróbować namówić Was do przejścia od słów do czynów. Czyli pogadajmy o tym, dlaczego tak bardzo lubimy deklarować, że mówimy innym prawdę, a tak rzadko to realnie robimy. I jak to zmienić.

Jakby się tak spytać ludzi czy wolą kłamstwo czy prawdę to większość powie, że prawdę. Jakby ich spytać, czy chcieliby wiedzieć, co ludzie o nich naprawdę sądzą, to pewnie by powiedzieli, że tak. Wszyscy tak optują za tą szczerością i wszyscy tak się zarzekają, że lubią szczerość i sami są szczerzy, ale jak trzeba komuś powiedzieć, że mu brzydko z ust pachnie to… chętnych nie ma.

No i tu oczywiście pada stwierdzenie: „no, tak… ale to coś zupełnie innego! Przecież to by sprawiło tej osobie przykrość!”. Ludzie najczęściej usprawiedliwiają swoje kłamstwa w tej materii tak zwaną „delikatnością”. W ogóle „białe kłamstwa” mają masę zwolenników. Niestety, mam poczucie, że tego rodzaju kłamstwa zwykle pomagają, ale głównie… kłamiącemu. Mam wrażenie, że to nie chodzi tak naprawdę o „nie sprawianie przykrości”, co o uniknięcie krępującej sytuacji. Bo czym innym jest nieść „prawdę” i „szczerość” na sztandarach, a czym innym – zaprezentowanie tych wartości w realnej sytuacji z drugim człowiekiem pomimo tego, że może być krępująco albo niemiło.

Strasznie mnie irytuje, że jak się z ludźmi rozmawia, to większość się zarzeka, że oni to „mówią co myślą” i „walą prawdę prosto z mostu” i tak dalej. A takich osób, które NAPRAWDĘ mówią, co myślą i nie boją się wprost przekazać swojej negatywnej opinii na temat drugiej osoby w realnych sytuacjach, to znam może pięć. Z czego jedną podejrzewam o niezdiagnozowanego Aspergera. Czemu się tak pastwię nad tymi wszystkimi ludźmi (wśród których zapewne są też osoby właśnie czytający te słowa)? Bo mnie to wkurwia. Bo sporą część życia czułam się jak ostatnia sierota, jak ci wszyscy ludzie gadali, jak to szczerze mówią co myślą. Teraz już spoko, teraz mi przeszło. Teraz na takie słowa w zaciszu mojej głowy parskam śmiechem. Może kiedyś nawet będę wystarczająco szczera, by zacząć parskać śmiechem głośno.

http://www.glosywmojejglowie.pl/2011/07/08/grom-z-jasnego-nieba/

A co ze mną? Czy ja zawsze mówię, co myślę? Obcym ludziom – zazwyczaj nie. Tzn. pani w sklepie czy w okienku na poczcie może mną wytrzeć podłogę i ja najprawdopodobniej nie będę się umiała odezwać, a wszystkie cięte riposty przyjdą mi do głowy dwa dni później. W bliskich relacjach – w dużej liczbie przypadków umiem. Ale to też nie tak z marszu. Najczęściej moja decyzja porozmawiania z kimś o naszych relacjach i tym, co mi nie pasuje, jest poprzedzona dłuuugim okresem „tentegowania w głowie”. A i wtedy nie jest mi łatwo się do tego zabrać.

Przerywnikami w tym wpisie będą zdjęcia pajęczych sieci – wyglądają na takie ulotne i delikatne, a są pięć razy mocniejsze od stali o tej samej wadze. Trzy razy od Kevlaru.[1] Taka subtelna metafora 😉

Ustalmy o co mi chodzi. Nie mam zamiaru tu mówić o każdym rodzaju kłamstwa. Chodzi mi o bardzo specyficzny rodzaj – gdy nie decydujemy się szczerze powiedzieć drugiej osobie, co o niej myślimy i jakie emocje w nas wzbudza. Oto przykłady takich kłamstewek i niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto tego nigdy nie powiedział:

– „jesteś świetnym facetem, ale ja po prostu nie szukam teraz związku” zamiast „nie podobasz mi się i opowiadasz obleśne żarty”;

– „nie najlepiej się dziś czuję, chyba zostanę w domu” zamiast „wolę pooglądać <<Kuchenne rewolucje>> żrąc przy tym czekoladę zamiast jechać do Ciebie i kolejny raz wysłuchiwać Twoich żali na temat Twojego faceta”;

– „to nie jest tak, że Cię nie lubię” zamiast „irytujesz mnie od dawna”;

– „[porozumiewawcze uśmieszki i przewracanie oczami]” zamiast powiedzianego w cztery oczy: „ej, nie wiem czy wiesz, ale rozpiął Ci się guzik bluzki i widać, że jesteś bez stanika”;

– „no, fajnie było Cię widzieć, ale muszę już lecieć” zamiast „wysłuchiwanie kolejny raz tych samych opowieści o Twojej pracy nie jest dla mnie interesujące”;

– „uhm… mhm… aha…. no…” zamiast „możesz mi to opowiedzieć później, bo teraz jestem zajęta?”;

– „nie dzwoniłam, mamo, bo mam ostatnio takie urwanie głowy w pracy” zamiast „nie mam ochoty do Ciebie dzwonić i wysłuchiwać jak narzekasz na tatę i obgadujesz sąsiadów”.

Czemu nie decydujemy się powiedzieć ludziom prawdy? Bo boimy się zrobić komuś przykrość i nie chcemy, żeby ktoś się na nas zezłościł. A skąd nasze przekonanie, że tak się kończy mówienie komuś prawdy? Ponieważ albo zostaliśmy tak wychowani albo nasze doświadczenia w tym względzie są negatywne. Co do wychowania – będzie krótko. Nasi rodzice wychowywali nas najlepiej jak umieli. Ale to stwierdzenie nie jest równoznaczne z „najlepiej na świecie”. Dlatego warto czasami zachować się jak naukowiec i przetestować prawdy zasiane przez nich w naszych głowach.

Kwestia negatywnych doświadczeń wymaga dłuższego tłumaczenia i to na moim przykładzie. Pochodzę z rodziny o wielopokoleniowych tradycjach (zarówno ze strony matki jak i ojca) obrażania się na śmierć i życie, bo ktoś coś komuś powiedział / nie powiedział / nie tak powiedział. I bardzo często takie akcje kończyły się totalnym zerwaniem stosunków na wiele, wiele lat (albo póki jedna ze stron nie zmarła). Trochę śmieszne, trochę straszne. To znaczy bardzo zabawne, gdy czytasz o tym w książce. Ale wcale nie zabawne, gdy dorastasz w takiej rodzinie. Dla mnie to była bardzo jasna lekcja, której treść była następująca: „możesz mieć bliskich, którzy mówią, że Cię kochają i, że jesteś dla nich bardzo ważna. Ale jeśli powiesz lub zrobisz coś, co im się nie spodoba, to mogą kazać Ci się wynosić i nie będą Cię chcieli więcej znać.”. Taka życiowa lekcja. Dlatego też przez bardzo wiele lat nigdy nie mówiłam przyjaciółkom o niczym, co by mogło im się nie spodobać. Że coś w ich zachowaniu mi nie odpowiada, że drażni mnie lub rani, gdy traktują mnie w dany sposób. Nie mówiłam, bo bardzo zależało mi na relacji z nimi, a bałam się, że jeśli bym się odezwała, to one już nie będą chciały się ze mną przyjaźnić. A jeśli się już zdecydowałam, to po baaardzo długim czasie wylewałam z siebie wszystkie zakonserwowane przez lata żale. Na szczęście okazało się, że osoby, z którymi się przyjaźnię, są całkiem fajne i udało nam się jakoś przegadać te wszystkie trudne tematy. I dopiero te doświadczenia sprawiły, że powoli zaczęłam wierzyć, że to się da zrobić. Że można ludziom mówić różne nieprzyjemne rzeczy i mało, że oni nie zrywają wtedy relacji! Ta relacja się od tego poprawia (Szok i niedowierzanie. Przynajmniej dla mnie wtedy).

Chciałam jeszcze dodać, że dzisiejszy temat jest mi dobrze znany nie tylko z własnego doświadczenia. Jako psycholog zajmowałam się głównie pracą z grupami, gdzie sprawienie, by ludzie zaczęli się ze sobą komunikować szczerze i wprost jest jednym z podstawowych zadań prowadzącego. Jest to też warunkiem koniecznym, by grupa mogła pracować, a uczestnicy czerpać korzyści ze swojego udziału w tym przedsięwzięciu. Mam więc w pamięci bardzo wiele sytuacji, gdy ludzie próbowali mi wytłumaczyć, że namawianie ludzi do komunikacji wprost jest złym i niebezpiecznym pomysłem. I do tych zasłyszanych wielokrotnie argumentów będę się odnosić. Ponieważ te same osoby, które broniły się rękami i nogami, gdy jednak zdecydowały się na taki eksperyment, to uznawały później, że była to świetna decyzja.

Być może doczytaliście do tego momentu i myślicie sobie: „no dobra, cwaniaku, ale ja spróbowałam tak zrobić i ktoś zerwał ze mną kontakty”. I jasne, mogło tak się zdarzyć. I zaraz postaram się wyjaśnić dlaczego do tego doszło. Czemu w sytuacjach, gdy osoba A (nadawca) przekazuje osobie B (odbiorcy) negatywną informację zwrotną, to może dojść do zerwania kontaktów? Zazwyczaj, ponieważ którejś ze stron zabrakło umiejętności interpersonalnych, by się skomunikować efektywnie. Przyjrzyjmy się, co najczęściej zawodzi w przypadku nadawcy, a co, gdy mamy do czynienia z odbiorcą.

Błędy ze strony nadawcy.

Uważam, że najczęstszym problemem, gdy próbujemy powiedzieć komuś coś, co nie będzie miłe, jest jakość naszego komunikatu. Może się to brać z naszych negatywnych emocji związanych z nadchodzącą rozmową. I tu dwa dowcipy jako przykłady.

Siedziałem z żoną, przy śniadaniu, bardzo przyjemnie było: grzanki, kawa, jajko; i w pewnym momencie poprosiłem żonę o sól- ale że byłem bardzo zamyślony, zamiast powiedzieć „Poproszę o sól” powiedziałem: „Ty stara kurwo zmarnowałaś mi 20 lat życia”. [2]

Idzie zając przez las do lisicy, żeby pożyczyć patelnię. I myśli sobie: „ach, pożyczę od lisiczki patelnię, ona jest taka miła, na pewno pożyczy. Wrócę do domku, zrobię sobie jajecznicę z grzybami, ale będzie pycha!”, ale za chwilę zwalnia kroku i myśli: „zaraz, zaraz. Lisica pożyczyła mi kiedyś kosiarkę i ja jej przed oddaniem nie wyczyściłem… ale była wtedy zła!”. Idzie dalej i przypomina mu się kolejne wydarzenie: „lisica pożyczyła mi kiedyś wazę do zupy, a ja jej oddałem uszczerbioną. Nieeee, lisica mi nic nie pożyczy. Pewnie, jak przyjdę, to jeszcze na mnie nawrzeszczy. Pewnie obgadała mnie do wszystkich w lesie, żeby mi nikt nic nie pożyczał”. I w trakcie tych przykrych przemyśleń zając doszedł do domu lisicy. Puka do drzwi, cały czas mamrocząc coś gniewnie pod nosem. Drzwi otwiera lisica i mówi: „cześć, zając!”, a na to zając: „W DUPĘ SE WSADŹ TĘ SWOJĄ PATELNIĘ!!!”.

Mam nadzieję, że już wiecie, o co chodzi. Gdy leżą nam na sercu inne niezałatwione sprawy, to zdarza nam się powiedzieć różne rzeczy dużo ostrzej, niż na początku zamierzaliśmy. A jeśli mamy jeszcze z tyłu głowy taką myśl (jak ja miałam), że i tak ta osoba się nigdy więcej się do nas nie odezwie, to już w ogóle po co się hamować, można jechać po całości. I wtedy pojawiają się pełne pretensji stwierdzenia: „ty zawsze”, „ty nigdy”, „jesteś taką…”. A takie stwierdzenia zamiast pomagać nam w przekazaniu tego, o co nam chodzi, powodują, że uwaga drugiej osoby przenosi się z próby wysłuchania nas na próbę obronienia siebie. No i z niewinnej rozmowy wywiązuje się prawdziwa awantura.

Niekiedy też przygotowując się do samej rozmowy, wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze. Że ktoś nas zwyzywa albo zacznie nas atakować na zasadzie „jak Ty możesz mnie krytykować, jeśli sama zrobiłaś XYZ?!?”. I jeśli przemiędlimy sobie w głowie taką rozmowę wystarczająco wiele razy, to stając naprzeciwko realnej osoby zaczynamy (jak ten zając) dyskutować nie z realną osobą, ale z naszym wyobrażeniem.

Błędy ze strony odbiorcy.

Zdarzają się osoby, które nie są w stanie przyjąć żadnej negatywnej informacji na swój temat. Każdą, najmniejszą próbę krytyki traktują jak atak i reagują agresją. A, gdy jest już po wszystkim, to rzeczywiście zrywają kontakt i zajmują się obrabianiem tyłka osobie, która ośmieliła się zwrócić im uwagę, że coś robią nie tak. Potwierdzam jeszcze raz, są tacy ludzie. Ale tak naprawdę jest ich bardzo, bardzo mało. Żeby się zachowywać w taki sposób, to trzeba mieć poważne braki w umiejętnościach interpersonalnych lub być zaburzonym. Niestety, takie doświadczenia zapadają nam w pamięć najbardziej, bo są bardzo spektakularne i najczęściej kosztują nas wiele nerwów. I po kilku latach człowiek nie pamięta, że dziesięć razy powiedział komuś coś niemiłego i udało się normalnie dogadać. Ale tę sytuację z Aśką, gdzie po rozmowie z Tobą, ona napisała do wszystkich Twoich znajomych na fb, jak to ją wstrętnie potraktowałaś (i, że ona nie rozumie, jak można się zadawać z taką osobą), a następnie porysowała Ci auto, to będziesz pamiętać. I skutecznie Cię to zniechęci do kolejnych prób podjęcia szczerej rozmowy z kimkolwiek.

Tymczasem większość ludzi prezentuje średni poziom umiejętności interpersonalnych i średni poziom zdrowia psychicznego! I nie będą robić takich rzeczy. Co więcej, większość ludzi jest w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną i ją przetworzyć w swojej głowie. Nawet, jeśli w pierwszej chwili się oburzą albo uniosą, albo postanowią wyjść i trzasnąć drzwiami. Gdy emocje opadną, to normalne osoby chcą wrócić do tematu, podyskutować, zrozumieć. Nie obrażają się na śmierć i życie. Co więcej, taka rozmowa, w której szczerze powiemy drugiej osobie, co nam nie pasuje, zazwyczaj wyraźnie poprawia jakość relacji. Po prostu zaczynamy czuć się bliżej. A czy są plusy z konfrontacji z człowiekiem zaburzonym? Według mnie tak, choć zapewne ciężko je dostrzec zza porysowanego auta. Największym plusem jest to, że po jednej takiej akcji masz jasność – to jest zaburzony człowiek, utrzymywanie z nim kontaktów nie ma żadnego sensu. Ta relacja nigdy się nie zmieni i nie masz co tracić sił na podejmowanie kolejnych prób. Można oficjalnie zamknąć sprawę i iść dalej.

Szczera rozmowa o tym, co nam w relacji z drugim człowiekiem nie pasuje, może być naprawdę wnoszącym doświadczeniem (zarówno dla jednej jak i drugiej strony). O ile uda nam się uniknąć błędów typowych dla nadawcy i nie trafimy na zaburzoną osobę. Tymczasem, w naszym społeczeństwie funkcjonuje takie założenie, że dawanie komuś negatywnej informacji zwrotnej zawsze jest czymś strasznym, okropnym, łamiącym życie i krzywdzącym. Gdy podczas prowadzenia grupy zaczęłam ludziom tłumaczyć, że aby zajęcia przynosiły im korzyść, to muszą się zdecydować na szczerą komunikację, gdzie mówią sobie zarówno o miłych jak i niemiłych emocjach względem siebie, to jedna dziewczyna zareagowała oburzonym okrzykiem: „ty chcesz, żebyśmy po sobie jechali?!?”. Bo tak to jest społecznie odbierane. Obrażanie, ubliżanie, krytykowanie, „jeżdżenie po kimś”. Bez myśli, że negatywna informacja zwrotna to czasami najlepsza rzecz, jaka może nas w życiu spotkać. Dlaczego? Już tłumaczę na przykładzie.

Wyobraźcie sobie młodego mężczyznę, dajmy na to, że ma na imię Marek. Marek, jak sam mówi, „nie ma szczęścia w miłości”. Niby coś tam zagaduje do dziewczyn, od czasu do czasu pójdzie na randkę, ale jakoś nigdy nie udaje się nawiązać trwałej relacji. I, gdy już się nawet zbierze na odwagę i spyta jakiejś dziewczyny, dlaczego nie jest nim zainteresowana, to dostaje informacje, że to w ogóle nie jego wina. On jest fajnym chłopakiem. Po prostu ona akurat: musi się skupić na studiowaniu (pracy) / nie jest gotowa na związek / to nie jest dla niej odpowiedni czas na bliską relację / jest zainteresowana kimś innym. No taki pech. I biedny Marek się zastanawia, jak to jest możliwe, że zawsze trafia na dziewczyny, które są w „nieodpowiednim momencie swojego życia”. I umawia się z kolejną dziewczyną. I zachowuje się wobec niej tak samo, jak wobec poprzednich. I popełnia te same błędy, które powodują, że kolejna potencjalnie zainteresowana dziewczyna go skreśla. A gdyby tak któraś szczerze powiedziała, co naprawdę myśli? No ale to jest niedelikatne, żeby komuś powiedzieć, że gada tylko o swoim hobby i w ogóle nie daje innym dojść do słowa. Albo że opowiada żenujące, obleśne żarty. No i nie wypada mu powiedzieć, że się poci strasznie i to jest nieprzyjemne, gdy taką mokrą od potu dłonią łapie dłoń dziewczyny. Albo, że fatalnie całuje. A już najbardziej to nie wypada się przyznać, że fizyczna atrakcyjność ma znaczenie i bardzo krzywe zęby, niechlujny ubiór albo nieleczony trądzik powodują, że dziewczyna nie ma ochoty dać się zaprosić na kawę.

I takich historii w ramach swojej pracy usłyszałam bardzo wiele. Tymczasem, gdy ludzie w prowadzonych przez mnie grupach decydowali się szczerze ze sobą porozmawiać, to okazywało się, jak bardzo wnoszące (i zaskakująco niebolesne) były dla nich negatywne informacje zwrotne. Że w końcu im się w głowie układało, czemu ktoś kiedyś się wobec nich zachował tak, a nie inaczej. Czemu ta albo tamta osoba powiedziała do nich to czy tamto. W ogóle nie było rozpaczy, darcia szat i płaczu. No dobra, płacz był. Ale bardzo często to były łzy ulgi, że w końcu różne zagadkowe zachowania innych straciły aurę tajemniczości, a motywacje stały się zrozumiałe. Ludzie nie są z kruchego szkła, nie rozsypią się na kawałeczki, gdy powiesz im coś negatywnego na ich temat. Co więcej, negatywne informacje pozwalają nam dopełnić obraz samych siebie we własnej głowie. A im nasze wyobrażenie na temat nas samych jest bliższe rzeczywistości, tym zdrowsi psychicznie jesteśmy. Im bardziej jesteśmy świadomi tego, jak jesteśmy widziani przez innych, tym łatwiej też coś zmienić. Dlatego proszę, nie obierajcie innym (i sobie) szansy na takie świetne doświadczenie. Na szczerość nigdy nie jest za późno! Nawet jeśli od lat się z kimś zadajesz i od lat nie mówisz, co naprawdę sobie myślisz, to sytuacja wcale nie jest stracona. To naprawdę jest jedna z tych spraw, gdzie wyświechtane hasło „lepiej późno, niż wcale” ma zastosowanie.

Ponieważ ten blog był założony z przekonaniem, że chcę pisać na tematy związane jakoś z dziećmi i rodzicielstwem, to może się na koniec odniosę się do wychowania. Nie uczcie swoich dzieci „białych kłamstw”. Nie tępcie ich naturalnej skłonności do mówienia tego, co naprawdę myślą. Uczcie je, jak przekazać taką informację w sposób, który nikogo nie zrani. Uczcie je, że zawsze lepiej powiedzieć coś w cztery oczy niż wykrzyczeć w twarz na placu zabaw. Nie niszczcie tej prawdomówności w dziecku. Cywilizujcie ją. I dawajcie przykład sami. Ja będę uczyć swoje córy, że cokolwiek powiedzą mnie, to nigdy nie zmieni moich uczuć wobec nich. Że mogę być na nie zła, że mogę nie chcieć z nimi w danym momencie gadać, ale zawsze w końcu przyjdę i powiem: „porozmawiajmy o tym, co zaszło”. Będę je uczyć, że gadanie z ludźmi jest fajne. Ale dopiero gadanie z ludźmi szczerze jest NAPRAWDĘ fajne. To znaczy fajne jak skok ze spadochronem – najpierw człowiek jest obsrany po pachy ze strachu, a później się okazuje, że to była super sprawa. I że nie jest łatwe (przynajmniej pierwsze sto razy 😉 ), ale jest niesamowicie gratyfikujące – po wszystkim masz aż dwie nagrody. Pierwsza – zadowolenie z siebie, że umiesz coś takiego zrobić i, że się pokonało własny strach. Druga – fajniejszą, bliższą relację z drugim człowiekiem (albo porysowany samochód i jasną informację na przyszłość, z kim się więcej nie zadawać).

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. Porozmawiajcie ze mną! Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania i Waszych doświadczeń w tym względzie (i nie zaczynajcie komentarza od słów: „ja nigdy nie miałam problemu z mówieniem ludziom, co myślę” ;P ).

P.s.2. Jeśli ten tekst Ci się podobał, to proszę, pomóż mi pokazać go szerszej grupie ludzi – Twój like lub udostępnienie wiele dla mnie znaczą.

P.s.3 Ponieważ moje myśli w ostatnich miesiącach krążą wokół tematu szczerości i otwartości w relacjach, to okazało się, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, napisałam trzy wpisy, które dotykają tych tematów i łączą się w pewną całość. Bardzo chciałabym za ich pomocą przekonać ludzi (albo chociaż jednego człowieka, nie mam jakichś wielkich wymagań), że jeśli chcesz mieć bliskie relacje, to otwartość nie jest opcjonalna. Otwartość i szczerość w tym wypadku są fundamentalne (dla fanów matematyki i logiki – są warunkiem koniecznym).
Odwaga w sercu – o szczerym mówieniu innym o naszych uczuciach wobec nich KLIK.

Co to znaczy „być miłym dla innych”? →KLIK.

[1] Informacje na temat pajęczych sieci: https://www.crazynauka.pl/nareszcie-umiemy-robic-pajecze-nici/ ; wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unsplash.com

[2] https://www.wykop.pl/wpis/6615620/siedzialem-z-zona-przy-sniadaniu-bardzo-przyjemnie/

  • MatkaSkaut

    😀 Mam wrażenie, że ludzie tak rzadko mówią tkie rzeczy, że gdy przychodzi co do czego, to strasznie pokracznie i niezręcznie im to wychodzi (tzn. chcą dobrze, a wychodzi „tak se”).

  • Martyna

    Ogólnie to nie warto robić to cały czas. Nie mówię w 90% przypadków w chamski sposób, ale jednak tą opinię wyrażam. Również nie potrafię udawać, że kogoś lubię, dla własnej wygody. nie umiem. I zbyt duzo osób nigdy nie stanie za mną murem.. Nie warto.

  • MatkaSkaut

    Cały czas mam wrażenie, że dochodzi do jakiegoś nieporozumienia. Nadal podtrzymuję pogląd, że kwestia czyjegoś wyglądu nie jest „niedotykalnym” tematem, którego nie wolno z nikim podjąć. Ale bardzo chciałabym odróżnić to, o czym piszę w tym wpisie, od tych przykładów, które podajesz Ty czy ktoś tu w komentarzach wcześniej. Dawanie komuś szczerej, taktownej informacji zwrotnej na temat wyglądu to nie jest to samo, co „komentowanie wyglądu/fizyczności”. Komentowanie, to według mnie sytuacje, gdy ktoś:
    – postanawia dawać nieproszone „złote rady” (np. „powinnaś coś zrobić z tymi włosami” albo „myślałeś nad operacją plastyczną tego nosa?”);
    – komentuje cudzy wygląd w kategoriach podoba mi się/nie podoba mi się, choć nie był o to proszony;
    – żartuje sobie z czyjegoś wyglądu.
    To są wszystko sytuacje nieakceptowane, część to wyrażona wprost lub w sposób zaowalowany przemoc werbalna, a część, to kwestia braku dobrego wychowania lub nieporadności interpersonalnej.
    Tymczasem szczera, taktowna informacja zwrotna dotycząca wyglądu zachodzi gdy:
    – ktoś nas poprosi o naszą opinię (np.: „dobrze w tym wyglądam?”, „podobam Ci się?”);
    – mamy podejrzenie, że ktoś może sobie nie zdawać sprawy, że jakiś defekt wyglądu powoduje, że ludzie mają mniejszą ochotę na kontakt z nim/nią.

    W swojej pracy wielokrotnie przekonałam się, że sytuacje, gdy ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że ich wygląd odstrasza czy zniechęca, są bardzo częste (szczególnie wśród mężczyzn zdarza się to często). Najczęściej kłopoty dotyczyły higieny i okazywało się, że albo ktoś nie zdawał sobie kompletnie z tego sprawy albo, że brakowało mu/jej wiedzy, co z tym zrobić. Czasami są to też chwilowe sprawy (np. komuś nagle zaczyna brzydko pachnieć z ust) i wtedy tym bardziej warto zareagować, żeby ta osoba mogła szybko coś z tym zrobić. Ale tylko pod warunkiem, że nasza „interwencja” jest podyktowana szczerą troską o tę osobę.

  • Wiola

    W niektórych momentach się zgadzam, w niektórych nie… Mam bardzo mieszane uczucia co do tego tekstu. Zgadzam się, że trzeba ludziom mówić co się myśli, a nie przytakiwać czy omijać tematy. Ale czy warto? Moje doświadczenia są zupełnie inne – po długim czasie walenia z mostu – uważam, że nie mówię w chamski sposób, ale konkretny i kulturalny, doszłam do wniosku, że ludzie wcale nie chcą słyszeć o sobie prawdy. Szczerość przyjaciół mi nie przysparza, serio. Swoją drogą – czy chciałabym przyjaźnić się z takimi ludźmi? chyba nie 😉 ale jest to jednak jakiś wniosek, na temat tego jacy są ludzie w większości, przynajmniej w moim otoczeniu. Jak na razie mam jedną przyjaciółkę której można mówić wprost i się nie obraża. Sama wolałabym żeby mówili mi w twarz co myślą, a nie za plecami i w ramach tej zasady oraz nie rób drugiemu co tobie nie miłe, mówię w twarz ile mogę. Ale często ludzie po prostu nie chcą słyszeć o sobie nic negatywnego albo nawet tego, że ktoś ma inne zdanie na jakiś temat, jest to fakt. Ze szkła nie są, ale przyjaciółmi też nie zostaną raczej 😉 Chyba, że to docenią, ale zdarzyło mi się to dosłownie z trzy razy. Zaczyna być dziwnie/krępująco/dla Ciebie śmiesznie/denerwująco, gdy trzeba z takimi ludźmi współpracować – ja np należałam do grupy kilkunastoosobowej zajmującej się wspólnym projektowaniem i organizowaniem kilku eventów – gdzie ważne są opinie, gust, wytłumaczenie decyzji projektowych, nowe pomysły i mnóstwo komromisów, ja mówię co myslę, reszta biega w okół tematu starając się być miłym i gada za plecami kto ile robi, co zrobił, a czego nie. A ze mną można prostolinijnie, zwyczajnie, szczerze. I taka byłam w stosunku tych osób, jednak one wolały wszystko załatwiać w sposób – jestem dla Ciebie miła, zamiast Ci powiedzieć, że fajnie gdybyś Ty zrobiła to czy tamto zadanie, nie, zamiast tego powiem kto by chciał, kto się może zgłosić do tego? Oczekując że konkretna osoba to zrobi. Przepraszam za styl pisania, Zaczęłam pisać w pewnym momencie tak, jakby to była rozmowa 😉 Moje wnioski na ten temat: z przyjaciółmi i bliskimi, oczywiście bardzo warto tłumaczyć, opisywać odczucia i w ogóle full szczerość, dzięki temu znajomość rośnie, ale ze znajomymi i sąsiadami wystarczy „być miłym” i się nie przejmować, a z ludźmi z którymi się coś organizuje lub pracuje to zaczyna być bardziej skomplikowane. Pozdrawiam

    • MatkaSkaut

      No, ludzie nie są przyzwyczajeni do takiej full szczerości i niekiedy reagują niechęcią, choć gdyby się wsłuchali w to, co się do nich mówi, zamiast skupiać się na przeżywaniu, to zauważyliby, że właśnie dostali ciekawe informacje. Mam poczucie, że z facetami jest w tej kwestii łatwiej – można mówić dużo bardziej wprost i się nie patyczkować. Mam poczucie, że to wynika z wychowania, dziewczyn – nie wolno być „niemiłą” czy „niegrzeczną” i takie grzeczne dziewczynki wyrastają potem na mistrzynie obrabiania tyłka i złośliwości nie wprost. Moja szefowa miała takie piękne powiedzonko na ten temat (podobno z jakiegoś kabaretu): „facet to Ci co najwyżej w mordę da. Ale kobieta… kobieta to Ci tak nasra prosto w serce”.
      W pracy bardzo wiele zależy od norm grupowych, które dana grupa sobie wypracuje. Często nawet fajni ludzie, którzy doceniają szczerość, gdy trafią w takie fałszywe i obłudne środowisko, to postanawiają się nie kopać z koniem tylko dopasować do sytuacji (wiele razy słyszałam od nauczycieli, że pokój nauczycielski, to jest takie „gniazdo żmij” – nikt z nikim szczerze nie gada, ludzie obrabiają sobie tyłki itp., ale na pewno nie tylko tam). Znajomych możemy sobie dobierać, partnerów życiowych też, ale środowisko pracy jest już bardziej problematyczne.

  • Anna Woźna

    Idealny artykuł na dziś. Mam właśnie problem z wiecznie spozniajaca się kuzynka. I musze się wkoncu wziąść na odwagę i z nią o tym porozmawiać. Jej spoznialstwo i wieczna nie gotowość wpływają na mnie bez posrednio ponieważ jeździmy razem do pracy. A co do relacji z mężczyznami. Zdarzyło mi się po rozstaniu z jednym chłopakiem powiedzieć cala prawdę o prawdziwym powodzie rozstania. Chłopak robił wszystko co chcilam dał sobą rządzić. Po czasie gdy go spotkałam podziękował mi i powiedział ze dało mi to do myślenia i obecnej partnerce nie pozwolił sobie wejść na głowę i są ze sobą już ponad 3 lata. Ściskam mocno i dziękuję za ten wpis!

    • MatkaSkaut

      Cieszę się, że wpis się przydał. Tylko pamiętaj, nie zaczynaj rozmowy z kuzynką od: „w dupę se wsadź tę swoją patelnię!”, to wszystko pójdzie gładko. 😉

  • MatkaSkaut

    Jasne, że czyjś wygląd nie jest dla naszej przyjemności. I bynajmniej nie zachęcam nikogo, by podczas rozmowy nagle wypalić komuś w twarz: „ale te zęby to masz fatalne”. Jednak nie uważam, by kwestie wyglądu i higieny należały do sfery „niedotykalnej”. Bo jeżeli ktoś by szczerze chciał wiedzieć, czemu nie chcesz się z nim na radkę umówić, a Tobie nie odpowiada wygląd tej osoby, to jest to moment, że można się taktownie do tego odnieść. Są też momenty, gdy odciągnięcie kogoś „na stronę” i komentarz na temat jego fizyczności może być naprawdę ok. Np. ja kiedyś swojemy koledze powiedziałam (oczywiście grzecznie i nie w towarzystwie), że jak przychodzi do nas zimą, to strasznie mu nogi śmierdzą. Okazało się, że miał nieprzewiewne buty zimowe, w których strasznie pociły mu się stopy. Podziekował mi za to i powiedział, że sam miał wrażenie, że coś nie jest w porządku. Problem rozwiązany – gdy przychodził, to szedł do łazienki umyć nogi i ubierał sobie czystą parę skarpet.
    Ogólnie uważam (ale oczywiście inni się mogą z tym nie zgadzać), że prawda jest zawsze ok, o ile umiemy wyrazić się taktownie, a naszym celem jest dogadanie się z drugą osobą, a nie sprawienie jej przykrości.

  • Łukasz

    Czytając artykuł kilkakrotnie chciałem aż zawołać „Ale jak to!” i nadal uważam, że nieco zbyt optymistycznie podchodzisz do tego tematu, ale z tym zdaniem zgadzam się w pełni:
    „Ale dopiero gadanie z ludźmi szczerze jest NAPRAWDĘ fajne. To znaczy fajne jak skok ze spadochronem – najpierw człowiek jest obsrany po pachy ze strachu, a później się okazuje, że to była super sprawa. I że nie jest łatwe (przynajmniej pierwsze sto razy 😉 ), ale jest niesamowicie gratyfikujące”

    Przy czym najwięcej zależy od tego jak dobiorą się rozmówcy i jak bardzo są otwarci na zrozumienie siebie. Bo bardzo trudno dobrze dobrać słowa i łatwo popaść w kłótnię. Dopiero osoby, które wierzą w swoją wzajemną życzliwość mogą znaleźć dostatecznie dużo cierpliwości by szukać sensu wypowiedzi, a nie analizować każde słowo.

    To na pewno jest sport ekstremalny (przynajmniej serwuje takie emocje), ale nadal wolę bardzo ostrożnie dobierać poziom szczerości do poszczególnych ludzi.

    Nie rozpisałaś się też zbytnio o sytuacji, w której ludzie są na siebie skazani: w związku czy w pracy, a tu sprawa się nieco komplikuje, gdy mamy do czynienia z niesprzyjającym charakterem.

    • Matka Skaut

      Wiesz, to są takie sprawy, do których bardzo trudno kogoś przekonać wpisem na blogu. Bo jak na żywo, jako psycholog prowadząca grupę, mówiłam mniej więcej to samo, co napisałam powyżej, to jeśli ktoś miał obiekcje (tak, jak Ty) to zawsze mogłam powiedzieć: „to spróbuj! Tutaj, teraz.”. I najczęściej ci ludzie próbowali i byli bardzo pozytywnie zaskoczeniu skutkami. No a w rozmowie z Tobą ten argument mi znika. A szkoda, bo nic tak nie przekonuje, jak własne doświadczenia. Także nie mam lepszych argumentów, które by Cię przekonały. Ale nadal będę namawiać ludzi, by próbowali być ze sobą szczerzy. I uważam, że jak jedna osoba zdecyduje się na szczerość, to szanse, że rozmówca odpowie tym samym i rozmowa skończy się pozytywnie są naprawdę dużo, dużo większe, niż się ludziom wydaje (no chyba, że ktoś za szczerą rozmowę uważa wylanie na kogoś wszystkich swoich żali i pretensji z ostatnich 10 lat i to w formie: „jesteś okropny! Jak ty mnie mogłeś tak potraktować!”. To wtedy rzeczywiście, szansa, że to się uda jest niewielka). Przy pierwszych podejściach to są rzeczywiście ogromne emocje, ale potem – coraz mniejsze. I choć do tej pory tętno mi przyspiesza, gdy mam coś takiego powiedzieć, to w głębi serca wiem, że to się skończy dobrze i moje nerwy są niepotrzebne. Także nic innego mi nie zostaje, niż Cię zachęcać do spróbowania (jak naukowiec – jest hipoteza do przetestowania, sprawdźmy, czy słuszna).

      Co do związków i pracy. Jeżeli chodzi o pracę, to wyobrażam sobie, że można pracować z osobą, która naprawdę nie przyjmuje informacji zwrotnych i próba szczerości wobec niej mogłaby się zakończyć źle (szczególnie jeśli to nasz zwierzchnik). I wtedy rzeczywiście można sobie odpuścić szczerość. Ale co do związku, to nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji. W związku nie jesteśmy na siebie skazani, sami wybieramy sobie partnera życiowego. I w dorosłym życiu to powinna być nasza najbliższa relacja. A nie da się mieć bliskiej relacji bez wzajemnej szczerości. Bliskość relacji, z psychologicznego punktu widzenia, nie jest określana przez częstotliwość kontaktów, ale właśnie przez to, na ile się przed daną osobą odsłaniasz i na ile wpuszczasz ją do swojego świata. Więc w wypadku, gdy nasz partner życiowy odznacza się „niesprzyjającym charakterem”, to nie ma innego wyjścia, jak nauczyć się komunikować szczerze pomimo to. Jeżeli dla obydwu stron ten związek jest bardzo ważny, to naprawdę da się przełamać nawet wieloletnie, fatalne nawyki komunikacyjne (wiem to też z własnego przykładu).

      Mam nadzieję, że napisałam jasno, o co mi chodzi.
      Pozdrawiam!

  • Aleksandra

    Czasami naprawdę mówię co myślę. U lekarza, w kolejce, w autobusie, znajomym którzy zachowują się nieuczciwie. Kiedy widzę, że ktoś jest złośliwy, chamski, obraża mnie itp.
    Jednak często się powstrzymuję. Czasami prawda się nie opłaca. Mam na myśli to, że ani takiej osoby nie pocieszymy, ani nie zmienimy, nic nie uzyskamy. Tylko się obrazimy na siebie i tyle. Jeśli powiem koleżance, że nie chce słuchać 70 raz o jej kłopotach z chłopakiem to co mi to da? Obrazi się i tyle. Wolę powiedzieć, że się spieszę albo zmienić temat. To nic nie kosztuje, a oszczędzi kłopotów i kłótni. Większość osób nie potrafi przyjąć konstruktywnej krytyki i nic nie zmieni moja prawda.

    • Matka Skaut

      No właśnie ja mam dużo doświadczeń (też z grup terapeutycznych), gdzie było jasno widać, że większość ludzi jest w stanie przyjąć negatywne informacje zwrotne i nawet coś zmienić w swoim zachowaniu w związku z tym. Dlatego wolę próbować i zakładać, że trafię na osobę, która będzie skłonna do chociażby rozważenia tego, co usłyszała, niż z góry zakładać, że „to się nie da”. A nawet takie osoby, które wydają się kompletnie nie przyjmować pod rozwagę takich informacji, z czasem mogą się zmienić. Oczywiście nie od razu, ale jeżeli w ciągu kilku lat usłyszą od kilku różnych osób dokładnie taką samą informację na swój temat, to niekiedy przychodzi moment refleksji nad sobą. Dlatego uważam, że warto próbować.

      • Kolorowa

        Matka Skaut grupa terapeutyczna to chyba jednak specyficzny punkt odniesienia, bo tam z założenia są ludzie, którzy chcą coś zmienić. I ja wiem, że z tym zaufaniem do terapeuty to jest różnie, z umiejętnościami komunikacyjnymi na grupie też, ale jednak to co cechuje ludzi na terapii to chęć zmiany własnego życia a to już otwiera na zmianę i chęć próbowania. Więc szanse, że takiej osobie ta negatywna komunikacja się uda są ponadprzeciętnie większe a jeśli w ogóle mówimy o negatywnych komunikatach pomiędzy członkami w grupie to już w ogóle bajka.

        *** To wszystko odnoszę do grup terapeutycznych dobrowolnych, a nie powstałych w wyniku orzeczenia środka karnego w postaci terapii, bo tam to pewnie wygląda bardziej hard-corowo. 😉

        A ja tutaj przychodzę z pytaniem o szczerość w stosunku do rodziny partnera. Wiadomo, że z partnerem zawsze warto. No, ale z partnerem idzie – trochę w pakiecie, jego rodzina: teść, teściowa. Oni są troszkę jak nielubiany kolega z ukochanej pracy. Wszystko spoko, człowiek partnera nie chce zmieniać za żadne skarby a na linii z teściami zgrzyta. Cisnąć w szczerość czy jednak traktować ich jak nienormalnego kierownika działu w pracy tj. omijać szerokim łukiem, uśmiechać się i szczerość sobie darować??

        • MatkaSkaut

          Co do grup terapuetycznych – tak, jest specyficzna sytuacja, ale wcale nie koniecznie łatwiejsza. Bo z jednej strony człowiek ma „parasol bezpieczeństwa” w postaci prowadzącego, który powinien czuwać nad rozmową – i to jest super. Z drugiej strony – intensywność doświadczeń jest dużo większa (np. większość osób nigdy w życiu nie będzie miała takiego doświadczenia, że 10 osób siądzie i przez 2 godziny będzie mówić o swoich emocjach i odczuciach wobec Tej osoby).

          Co do teściów – trudne pytanie. To zależy od wielu czynników. Na pewno częstość interakcji jest bardzo ważna – jak kogoś widzisz dwa razy do roku na święta, to dużo można ścierpieć. Ale przy widywaniu się np. raz w tygodniu, to ja bym szła w szczerość. Ja dwa tygodnie temu miałam taką sytuację, że musiałam zdecydować czy zmilczeć kolejny raz czy wyłożyć kawę na ławę i postanowiłam zrobić to drugie. I jestem zadowolona (tzn. atmosfera się na pewno oczyściła, ale jakie będą dalekosiężne skutki, to jeszcze nie wiem). Myślę, że bardzo ważne jest tutaj zdanie partnera, to znaczy, że trzeba brać pod uwagę czy on sobie życzy jakichś konfrontacji czy zupełnie nie. No bo, nie czarujmy się, taka „poważna rozmowa” wpłynie też na jego relacje z rodzicami. Tak naprawdę, jak uważam, że takie rozmowy mają gigantyczną szansę poprawić jakość relacji, ale (niestety) doszłam (wcale nie tak dawno) do wniosku, że nie można kogoś na siłę ciągnąć w stronę „dobrej zmiany”. I jeżeli partner mówi, że nie życzy sobie, by wchodzić w konfrontacje z jego rodzicami, to trzeba to życzenie uszanować. No chyba, że ktoś stosuje wobec Ciebie przemoc psychiczną i Cię obraża – wtedy każdy ma prawo się bronić.

  • Anna

    Hej!
    jeszcze nie mamy dzieci (może za 1.5 roku zaczniemy ogarniać coś w tym kierunku, a może później) ale Twojego bloga czytam od deski do deski z zapartym tchem. Podoba mi się co piszesz, jak piszesz, jak formułujesz myśli, jaki masz przekaz. Jesteś dla mnie odtrutką na te wszystkie straszne informacje które pokazują że po urodzeniu dziecka jest się nagle innym człowiekiem i nie ma się kontroli nad swoim życiem. Dzięki, piszesz cudownie, pisz dalej! To obecnie mój ulubiony blog w całym (nie tylko polskim!) internecie 🙂

    • Matka Skaut

      Bardzo, bardzo dziękuję! Widzisz, plan był taki, że będę pisać o rodzicielstwie i dzieciach. Ale ostatnio, to jak tak patrzę, to mi wychodzi dużo bardziej ogólnoludzko (żeby nie powiedzieć „lifestyle’owo” 😉 ). W sumie piszę o tym, co w danym momencie najbardziej zaprząta moją uwagę i jakoś tak na początku potrzebowałam się wyprztykać z frustracji związanych z rodzicielstwem, a teraz… teraz różne rzeczy same mi się układają w głowie niekiedy dopiero jak postanawiam o nich napisać.

      • Anna

        Hmm. Czy ja wiem, czy lifestyle’owo- mi się „lifestyleowość” bloga kojarzy z pisaniem o wszystkim i o niczym i bardzo po łebkach, a to nie tutaj. Gdybym miała wskazać jakiś analog w świecie blogowym wskazałabym chyba Zwierza Popkulturalnego. Twoje analizy, tak jak analizy Zwierza, są pogłębione, teksty wyczerpujące i odpowiednio długie (uwielbiam długie posty) żeby nie były tylko zarysem idei albo zbiorem trywializmów. Przeczytałam właśnie drugą część Twojego wpisu o zabawkach-ale już żeby nie generować chaosu odpisuję tutaj- i nie uważam że jest za długi czy nudny, jest idealny. Nigdy nie myślałam o zabawkach dla moich przyszłych dzieci ale oczami wyobraźni widziałam mieszkanie zawalone chińszczyzną, bo przecież jak inaczej. A tu widzisz, pokazujesz, że się da. Co mi w sumie przypomniało że ulubionymi zabawkami mojego młodszego braciszka były ścinki papieru i klamerki do prania. Ogromnie mi się podoba idea zabawek open-end, bo przecież wszystko może być zabawką.

        Ach, jeszcze na koniec: piszesz o dzieciach, to jest blog parentingowy- z mojego punktu widzenia- ale to taki właśnie spokojny parenting, bez świrowania na punkcie dzieci, bez stawiania ich w centrum wszechświata. Tylko taki spokojny, refleksyjny. Świetny 🙂

        • Matka Skaut

          Dzięki! Zwierz to osoba, która mocno wpłynęła na mój sposób pisania. Na początku wszyscy mi doradzali, żebym nie pisała takich długich wpisów, „bo kto to będzie czytał”. Moją odpowiedzią za każdym razem było: „a Zwierz popkulturalny pisze i ją czyta dużo ludzi”. Uważam, że to jest takie błędne koło – piszmy krótkie teksty, bo ludzie mniej się męczą czytając krótsze teksty; produkujmy głupsze programy telewizyjne, bo ludzie chętnie oglądają głupie programy telewizyjne. Według mnie od widza i czytelnika należy wymagać (i od autora tekstów/programów też!), stawiać przed nim pewne wyzwanie, a nie jechać po linii najmniejszego oporu. Uznałam, że niestety, ten blog nie będzie dla wszystkich, bo nie każdemu chce się przebrnąć przez wpis, który w Wordzie ma 4 bite strony. Ale jednocześnie uważam, że ludzi, którym się chce przebrnąć wcale nie jest tak mało, jak się niektórym wydaje. Większość ludzi tak naprawdę szuka czegoś „lepszego” i ciekawszego, a często czyta rzeczy słabe dlatego, że nic innego nie znaleźli.
          Jeszcze jedna sprawa. Strasznie nie lubię anglicyzmów panoszących się w internecie. Dlaczego te wszystkie blogi są „parentingowe” a nie „rodzicielskie”?? Dlaczego „lifestyle’owy”, a nie „o życiu”? No nie rozumiem tego 🙁

  • Pingback: ChangeMaker » Co tam w sieci piszczy #29()

  • Barbara

    No proszę, z nieba mi spadasz z tym wpisem, tyle że chciałabym go odnieść do dzieci. Czyli te wszystkie małe kłamstewka i kity, które wciskamy dzieciom, żeby mieć święty spokój albo tak po prostu. Sama bardzo się pilnuję, żeby nie mówić dzieciom byle czego, w ogóle uważam, że kłamstwo jest złe, tak po prostu, i to bez względu na jego rodzaj, choć w praktyce można to na różne sposoby łagodzić. Najlepiej po prostu milczeniem – lepiej milczeć, niż kłamać, jak już się nie chce powiedzieć prawdy.
    Ale piszę o tym, bo mam świeże doświadczenie z koleżanką, która odwiedziła nas z dziećmi. I ile ja się nasłuchałam bajek przez czas jej wizyty, to chyba przez całe życie tyle nie. Raczyła nimi dzieci przy każdej okazji, czy to było konieczne, czy nie, tak jakby wychodziła z założenia, że dziecko to i tak nic nie zrozumie, i tak mu wszystko jedno, więc można mu wciskać kity, to przynajmniej mnie będzie lubiło. Przykład: moja córka pyta ją, czy może jej kupić strój krakowski, o którym od dawna marzy, no bo my nie mieszkamy w Polsce itd. I koleżanka, zamiast powiedzieć po prostu: „no, wiesz, raczej nie, bo to dość drogie” albo chociaż: „zobaczymy, nie mogę ci obiecać”, to ona ją przez cały pobyt podtrzymywała w wierze, że jej ten strój krakowski kupi. Gdy usłyszałam, co się dzieje, od razu powiedziałam: nie, ona ci go nie kupi, to jest bardzo drogie, ale może my (rodzice) kupimy ci go kiedyś” (co jest zgodne z prawdą, bo właśnie zamierzamy go jej kupić). No i powiedz mi, po co dziecku takie kity wciskać? Mnie to strasznie denerwuje, takie „niewinne” okłamywanie dzieci. I ciągle się z tym spotykam, zwłaszcza ze strony Polaków, jeśli już mam porównywać. Szwajcarzy (mieszkamy w Szwajcarii) tak nie robią. Skąd to się bierze? Jak z tym walczyć? Może jakaś kampania społeczna by się przydała czy co?

    • Matka Skaut

      Też tego nie rozumiem, tzn. ok, kumam, że to kłamstwo ma być jakiś „chwilowy ułatwiacz”, ale widzę same wady tego rozwiązania. Uważam, że dzieci nie są głupie i nie mają kiepskiej pamięci i to, że zostały okłamane będą pamiętać. A jak tu ufać rodzicom (lub innym dorosłym) jeśli oni ciągle kłamią? Ja pamiętam gorycz zawodu, gdy orientowałam się, że jakiś dorosły mi coś obiecał, ale wcale nie ma zamiaru tego zrobić. Nie chcę w ten sposób nadwyrężać relacji między mną a moimi dziećmi. Sama obiecałam sobie nigdy nie okłamywać swoich dzieci (nawet w błahych sprawach). I już widzę efekty – Starsza jest bardzo czuła na kłamstwo ze strony dorosłych, tzn. wyłapuje, że coś jest nielogiczne albo nieracjonalne albo niemożliwe do zrobienia. To dla mnie świetna zabawa, widzieć zawstydzenie takich „przyłapanych” przez nią dorosłych.

  • A.

    Ja mam z tym problem chyba od zawsze, jedynie z matką mam taki układ, że mówimy sobie wszystko wprost. Ale poza nią, mówienie bliskim, że coś mi nie pasuje, nie przechodzi mi przez gardło (z obcymi też trudno, ale czasem udaje mi się zdobyć na szczerość, chociaż bardzo dużo mnie to kosztuje). Zastanawiam się skąd mi się to wzięło.
    Najgorzej jest z moim chłopakiem – on na samym początku związku poprosił mnie, żebym mu zawsze szczerze mówiła, gdy coś będzie nie tak. I on tak robi w stosunku do mnie, zarówno w błahych jak i w ważnych sprawach. Po 1,5 roku razem nie umiem się przełamać (nawet jeśli chodzi o szczegóły, bo mówię sobie, że to przecież nie takie ważne…) i to wszystko się nawarstwia. Więc mam wrażenie, że jeśli teraz mu powiem, to go tym tylko dobiję. Podejrzewam też, że nadwyrężyłoby to jego zaufanie do mnie i miałby mi za złe, że przez ten cały czas nie pisnęłam ani słowem. Czasami boli mnie, gdy on mi wprost komunikuje coś, co mu nie pasuje, ale głównie chodzi o sposób w jaki to robi, nie zawsze najdelikatniejszy. I tu, wydaje mi się, jest pies pogrzebany – wiem, co chciałabym powiedzieć, ale nie wiem JAK. Czytałam o różnych technikach, ale czuję wewnętrzną blokadę, a bardzo, bardzo chciałabym się w końcu przełamać.

    • Matka Skaut

      Tak, będzie miał za złe i tak, może to trochę nadwyrężyć jego zaufanie do Ciebie. Ale zastanów się, czy jesteś w stanie do końca życia nie powiedzieć mu o żadnej z tych rzeczy, które Ci się nie spodobały (o ile planujesz z nim być do końca życia)? No bo to w końcu kiedyś wyjdzie, tzn. będziesz miała bardzo zły dzień, zły nastrój i nagle wylejesz te wszystkie żale z siebie w sposób zupełnie niekontrolowany. To i może być dużo gorsze rozwiązanie. Dużo lepszym jest usiąść i powiedzieć w sumie to, co tu napisałaś: „wiem, że umówiliśmy się na szczerość, wiem, że Ty się tego trzymasz, ale mnie jest z tym bardzo trudno. Po prostu nigdy tego nie robiłam i bardzo się boję, że sprawię Ci przykrość. Dlatego, się nie odzywałam w wielu sprawach, ale dzisiaj chciałabym zacząć o tym z Tobą gadać, co Ty na to?”. Zaufaj mi, szczerość to nie jest coś, co rozwala związki. Szczerość je umacnia i cementuje (np. czy uważasz, że Twojej relacji z mamą szkodzi to, że jesteście ze sobą szczere?). To, jak to powiesz, jest zupełnie drugorzędną sprawą. Jeśli nie robisz tego w totalnej wściekłości i amoku, jeśli Twoim celem jest dogadanie się (a nie zranienie go), to zawsze wyjdzie w miarę dobrze. Jeśli bardzo nie wiesz jak, to postaraj się skupić na faktach – opisz, co on zrobił lub powiedział i jak Ty się wtedy poczułaś (za jakiś czas napiszę coś, o takich komunikatach, ale to nie teraz). Trzymam kciuki!

      • A.

        Dziękuję za odpowiedź! Wreszcie ktoś mi klarownie wytłumaczył, jak to zrobić.

  • Joanna

    I jeszcze mi się przypomniała jedna sytuacja, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Byłam na konferencji dla blogerów, blogerzy z większym doświadczeniem są tam zwykle zaczepiani przez mnóstwo osób, pytani o rady itp. Co jest często fajne, ale czasem wyczerpujące. Jedna z takich „pytaczek” wydała mi się wyjątkowo męcząca, taki typowy narzekacz-wysysacz energii, więc kiedy podeszła do mnie i za nic nie chciała odpuścić, wykręciłam się po jakimś czasie wyjściem do łazienki. Pod koniec dnia zobaczyłam, jak zagaduje z podobną determinacją inną osobę (chyba też blogerkę, a może youtuberkę? nie pamiętam już kto to był), która powiedziała po prostu „wiesz co, jestem zmęczona po całym dniu, nie dam rady wysłuchiwać jeszcze narzekania, będę się zbierać” – pewnie nie brzmiało to dokładnie tak, ale było sformułowane bardzo stanowczo. Pomyślałam sobie wtedy „szacun dziewczyno!”:)

    • Monika

      Wow, zazdroszczę odwagi, ciekawe jaka byla mina tej pytaczki!? Czy ja to tak zgasilo ze poszla sobie, czy zaczela zaprzeczac ze wcale nie narzeka, ze tylko pyta itp. Hmm, troche boje sie takich ludzi. No ja bardzo bym chciała mówić co myślę, ale boje sie ze ktos tego nie przyjmie i zacznie mi wytykać moje wady, a wtedy zaczynie sie awantura lub płacz. Pamietam raz sytuacje jak kelnerka na uwage ze dlugo czekamy na przyjecie zamówienia odpalila z uśmiechem, no w tym czasie nie siedzialam i nie pilam kawy. W sumie racja bo byla sama a knajpa full. Pomimo tego ze nie bylo to super mile zachowanie jak na kelnerke to byla szczera do bolu i fajnie.

      • Matka Skaut

        Ha! Widzisz! Nawet to Twoje doświadczenie z kelnerką pokazuje, że ludzie zazwyczaj są w stanie przyjąć szczerą odpowiedź. Może w pierwszej chwili Ci się nie spodobało to, co ona powiedziała, ale po chwili zastanowienia uznałaś, że w sumie miała rację. I może ta pytaczka też tak zrobiła (bo rozumiem, że jeżeli Joanna nie napisała, że wtedy się jakaś awantura rozpętała, to znaczy, że nic takiego nie miało miejsca). Fajni ludzie też zachowują się niefajnie, irytująco czy męcząco. I niekiedy po prostu trzeba im dać znać, że to robią.

  • Nat

    Jesli chodzi o osoby bliskie, ważne, albo sytuację konfliktową, wymagającą rozwiązania, to zgoda, szczerość jest nieodzowna, oczyszczająca i tak naprawdę jedyną opcją.
    Ale czy „no, fajnie było Cię widzieć, ale muszę już lecieć” zamiast „wysłuchiwanie kolejny raz tych samych opowieści o Twojej pracy nie jest dla mnie interesujące” jest rzeczywiście gorsze? Tego nie jestem pewna; w sytuacji, kiedy mam do czynienia z czymś, co jest dla mnie tylko upierdliwe, z kimś, kogo nie znam dobrze, a kto nie robi mi krzywdy- po co konfrontacja? Czasem lepsze jest biale klamstwo, które ” ratuje” mnie z niekomfortowej sytuacji i pozwala tej drugiej osobie zachować twarz. Wydaje mi sie, że w wielu przypadkach pozwolenie tej drugiej osobie zachowania twarzy może być ważniejsze niż szczera informacja zwrotna. Jak myślisz?
    A, i wiem, że nie to masz na myśli, ale mnóstwo ludzi myli szczerość ze zwyklym, nieproszonym krytykanctwem, co bywa jeszcze gorsze…

    • Matka Skaut

      Pewnie, krytykanctwo to takie np. „no, ale ten kolor, kochanieńka, to Ci naprawdę nie służy. Od razu widać, że przytyłaś”. Niestety, przodują w takim zachowaniu kobiety. Takie komentarze mają na celu poprawienie swojego samopoczucia poprzez pogorszenie czyjegoś. A informacja zwrotna ma na celu wytłumaczenie komuś, ze coś nam utrudnia kontakty z nim/nią (czyli jej celem jest poprawienie relacji).
      Rozumiem, o jakie sytuacje Ci chodzi w tych sytuacjach z „białymi kłamstwami” i myślę, że są sytuacje, gdy one mają zastosowanie. Ale mam też poczucie, że ludzie rozciągają i nadwyrężają to zastosowanie do granic możliwości dla własnego komfortu. Bo czym innym jest wyślizgać się z rozmowy za pomocą stwierdzenia „muszę już lecieć”, gdy spotka się na parkingu supermarketu znajomego z klasy w gimnazjum. A czym innym jest, gdy co chwilę się ratujesz tą wymówką, żeby jakaś osoba nie zagadała Cię na śmierć. Znam takie przypadki „bardzo sympatycznych gaduł”. To są naprawdę miłe osoby, ale mówią tyle, że po prostu ja (i z tego, co wiem, inni też) w pewnym momencie mam poczucie, że zaraz mózg mi eksploduje z nadmiaru bodźców. I chociaż ta osoba naprawdę mówi ciekawe rzeczy, to człowiek marzy o tym, żeby już przestała mówić. Ja też uwielbiam gadać, ale po takich spotkaniach, to czuję się normalnie fizycznie wypompowana. I takie „miłe gaduły” prawie nigdy nie dostają informacji zwrotnej na temat tego, że „fajnie, ale za dużo”, bo przecież są takie miłe i nikt im nie chce sprawić przykrości. Więc wszyscy się wykręcają pracą / dziećmi / obowiązkami domowymi / mlekiem na gazie. A może lepiej byłoby powiedzieć tej osobie prawdę?

  • Joanna

    A czy są plusy z konfrontacji z człowiekiem zaburzonym? Według mnie tak, choć zapewne ciężko je dostrzec zza porysowanego auta. <- zdanie cudo, dwa właściwie:)

    Ja się totalnie zgadzam na poziomie teoretycznym, w praktyce jestem miękką, turbomiłą bułą, ale będę próbować. I mam podobnie, lepiej idzie z osobami, z którymi jestem blisko.

    • Matka Skaut

      Ja nie jestem turbomiłą bułą. Ja jestem trusią, tzn. wewnątrz się gotuję z wściekłości, a na zewnątrz buzia w ciup i nic nie mówię. Ostatnio czasami udaje mi się jednak zareagować w sytuacjach z obcymi ludźmi, ale po tym czuję straszny niesmak. Bo mam chyba taki syndrom biednego zwierzątka zagonionego w kąt, czyli, że jak już się zdecyduję odeprzeć czyjś atak, to jakbym walczyła o życie. No i zaczynam się wdawać w awanturę z jakąś kobietą w okienku (bez wyzwisk, ale i tak nieprzyjemnie). I po wszystkim czuje się z tym źle, bo owszem, chciałam obronić siebie i pokazać, że trzeba mnie traktować z szacunkiem, ale nie za wszelką cenę. Chciałabym umieć wyłożyć drugiej stronie swoje racje z szacunkiem (a może nawet trochę w żartobliwym tonie?). Ogólnie w taki nieatakujący sposób, który pozwoliłby ten drugiej osobie zrozumieć, o co mi chodzi, zamiast się jeżyć. No, ale to jeszcze długa droga przede mną.
      Z bliskimi idzie mi lepiej, bo takie rozmowy to nigdy nie jest sytuacja „z zaskoczenia”, jak z obcymi. I mam szansę sobie przemyśleć, co chcę powiedzieć.

  • urszulka

    z prawdomównością w rodzinie podobnie-nie do przyjęcia, bo tez i odbywało się to zawsze w stresujących momentach w krzyku i zlości, albo usmiechanie sie i „obrabianie du*y” za plecami, a ja sama co tu dużo gadać nie mam odwagi i unikam tematów, jedynie z moim partnerem jestem i mogę byc zupełnie szczera jesli tylko mi się coś nie podoba mowię otwarcie że np. powinien się iść wykąpać, bo czuje jak ciężko pracował w ogródku i nie jest to przyjemne ale dobre bo wyrzycam z siebie, on też mi mówi jak mi z buzi zle pachnie-mam problem z migdałkami-i nie jest łatwo ale dzieki temu mam wrazenie ze jestesmy duzo silniejsi jako para, bo naprawde mamy pewność ze druga strona jest szczera co jest niesamowitym oparciem w zaburzonych relacjach w społeczeństwie

    • Matka Skaut

      No właśnie! Jak człowiek ma chociaż jedną taką relację, to dopiero zaczyna doceniać, jaki to jest komfort i bezpieczeństwo. To, jak masz już jego, to dawaj następną osobę! Ludzie naprawdę są spragnieni szczerych relacji, tylko nie wiedzą, jak zacząć 😉