Męka rozmowy z introwertykiem

Ten tekst napisałam poturbowana przez moje ostatnie doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Jeśli jakaś introwertyczna osoba poczuje się urażona, to… niech mi to powie w twarz. Chętnie z nią o tym podyskutuję.

„Nieśmiały”, „wstydliwy”, „wycofany”, „zahukany” – to są słowa, którymi jeszcze do niedawna opisywało się cechę uważaną za ewidentnie negatywną. Ale w ostatnich latach, szczególnie w internecie, pojawiło się inne słowo opisujące ten sam zestaw zachowań – introwertyzm. I bardzo fajnie, bo rośnie świadomość wśród ludzi, że to nie jest tak, że wszyscy ludzie z założenia muszą być super-towarzyscy i uwielbiać spędzanie czasu z innymi, a jeśli jest inaczej, to trzeba tych odludków naprawić, bo są dziwni. Ale istnieje też druga strona tego zjawiska, to znaczy jakieś takie niewysłowione założenie, że introwertyzm to jakaś ułomność i takim ludziom należy się szczególne traktowanie, bo im tak trudno w kontaktach z innymi. Wraz z tym założeniem pojawia się też pewne poczucie dumy z bycia takim, a nie innym[1]. A jeśli nie dosłownie poczucie dumy, to takie (często wspólne) użalanie się nad sobą, jak to świat nas nie rozumie, bo jesteśmy introwertykami. I jest to użalanie się troszkę podszyte poczuciem wyjątkowości.

Być może, na początek rozmowy o introwersji warto przypomnieć, że bycie introwertykiem, to nie jest sytuacja zero-jedynkowa. Introwersja i ekstrawersja to nie są dwie oddzielne szufladki, gdzie część z nas mieszka w jednej, a część w drugiej, a próby porozumienia międzyszufladowego są skazane na porażkę (tak oczywiście, wygląda tylko sytuacja pomiędzy kobietami a mężczyznami, bo wszyscy wiemy, że oni są z Marsa, a my z Wenus). Ekstrawersja-introwersja to kontinuum. A populacja ludzka na tym kontinuum rozkłada się jak zwykle, czyli zgodnie z krzywą Gaussa (nie wiem, czy już o tym mówiłam, ale ja kocham krzywą Gaussa!). Mało tego, to nie jest tak, że jesteśmy na całe życie przywiązani do jednego miejsca na tym kontinuum. Nasze doświadczenia życiowe mogą zmieniać nasze wrodzone skłonności. Oczywiście, nikt nie wykona szalonego skoku ze skrajnego introwertyzmu na skrajny ekstrawertyzm, ale subtelne zmiany są jak najbardziej możliwe.

Krzywa Gaussa – najfajniejsza krzywa na świecie.

Ja, jak większość osób na świecie, jestem ambiwerykiem. To znaczy, że posiadam zarówno cechy typowe dla ekstrawertyków jak i dla introwertyków, a żadna z tych cech nie ma szczególnie dużego nasilenia. Lubię ludzi, ale lubię też być sama. Lubię rozmawiać, ale lubię też pomilczeć. Ot, zupełnie zwyczajnie. Jedyną rzeczą, którą mam nadzwyczajną, to odporność na stres w wypadku ekspozycji społecznej. Nie mam żadnego kłopotu z zabieraniem głosu w sytuacjach towarzyskich, opowiadaniem o sobie, prowadzeniem wykładu, gdy słucha mnie wiele osób. Luzik. Myślę, że miałam do tego naturalne predyspozycje, a potem jeszcze tysiące sytuacji w życiu, gdy mogłam to poćwiczyć. Więc w tym jestem mocna. No i w gadaniu. Jestem osobą, której mówienie przychodzi z łatwością. Opowiadam anegdotki, snuję historie, więc zapewne w oczach osoby nieśmiałej jawię się jako zupełne jej przeciwieństwo. Co więcej, mogłoby się wydawać, że w związku z tymi umiejętnościami, jestem idealną osobą do rozmowy z introwertykiem. Zapełnię tę niezręczną ciszą swoim gadaniem. I naprawdę wiele lat uważałam, że w sumie mi nie przeszkadza takie „zapełnianie ciszy moim gadaniem”.

Wraz ze wzrostem samoświadomości i refleksji nad swoimi uczuciami, zauważyłam, że przebywanie z niektórymi osobami jest dla mnie bardzo męczące. Było to dla mnie ciekawe odkrycie, bo zazwyczaj, jak ktoś mi nie pasuje, to dlatego, że mnie wkurwia (to jest taka moja emocja dominująca). A w tych wypadkach, po spotkaniach towarzyskich, byłam po prostu fizycznie zmęczona. I naprawdę sporo czasu zajęło mi dojście do przyczyny. A zmęczenie wynikało po prostu z tego, że to na mnie spoczywał cały ciężar konwersacji! To ja wymyślam temat (taki, żeby mieć pewność, że ta osoba ma coś do powiedzenia w tej sprawie), to ja rozpoczynam temat, to ja uważnie słucham, to ja z odpowiedzi, które uzyskałam, staram się wyprowadzić kolejne pytanie, to ja rozpoczynam kolejny temat, gdy uznam, że ta osoba nie chce mówić dalej o tym samym, to ja staram się swoimi historyjkami z życia jakoś nawiązać do tematu wypowiedzi rozmówcy i go rozbawić. Jakby tak spojrzeć z boku, to wyglądało na to, że próbuję odbijać piłkę na nosie i żonglować jednocześnie pięcioma piłeczkami tylko po to, by wszystkim było miło, że rozmowa się gładko toczy.

Ten wpis zostanie okraszony zdjęciami osób, które ze sobą rozmawiają i nikt w trakcie tej rozmowy nie doznaje traumy. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unsplash.com

No i jak sobie to uświadomiłam, to uznałam, że koniec z tym. Owszem, mam takie umiejętności, ale dlaczego to ma oznaczać, że ja mam to robić? Przecież to jest typowa sytuacja, gdy wypycha się jedną osobę do przodu z hasłem: „no idź, tobie to tak fajnie wychodzi” – niby ma to być komplement dla jej umiejętności, a tak naprawdę jest wrzucaniem kogoś w sytuację, na którą nikt nie ma ochoty. Tak, jakby brak umiejętności interpersonalnych jednego rozmówcy oznaczał, że obowiązek prowadzenia konwersacji automatycznie spoczywa na osobie z większymi umiejętnościami. No ni cholery. Jeśli ktoś sobie życzy, żebym mu na imprezie podtrzymywała miłą konwersację w grupie introwertyków, to niech wyskakuje z kasy (stówka za godzinę wydaje mi się być spoko stawką). To, że umiem to robić, nie oznacza, że lubię to robić albo, że w ogóle jest to dla mnie fajny sposób na spędzanie wolnego czasu. Ja naprawdę wolę porozmawiać z osobami, które mają ochotę ze mną pogadać. Nawet, jeśli to będzie oznaczało, że będę mówić mniej (tak, szok i niedowierzanie. W fajnej rozmowie nie chodzi o to, żeby ją zdominować i gadać cały czas o sobie). Po tej konkluzji ograniczyłam do minimum towarzyskie kontakty z ludźmi, którzy uważają, że moim obowiązkiem jest zabawianie ich (bo im jest tak trudno i nie umieją tak, jak ja).

Osoby nieśmiałe często opisują, jak trudna i dramatyczna jest dla nich sytuacja podtrzymywania zwyczajnych, codziennych rozmów (czy mamy w języku polskim jakieś dobre określenie, które zastępuje angielskie small talk?). Że podtrzymanie kilkuminutowej rozmowy z sąsiadem na klatce schodowej, z koleżanką z pracy podczas parzenia herbaty czy ze znajomym spotkanym w autobusie, to prawdziwa droga przez mękę. Ale w tych wszystkich dramatycznych historiach kompletnie brak jednej rzeczy – odniesienia do tego, jak czuła się druga strona tej interakcji. Osoby nieśmiałe lubią snuć narrację, że świat jest wielki i straszny, a oni są tacy biedni, przestraszeni, no i tak im strasznie trudno. Ale ta narracja obejmuje głównie ICH osobę i ICH uczucia. Jeśli się na to spojrzy trochę z boku, to jest to mocno skupiona na sobie opowieść, w której inni liczą się tylko o tyle, że na pewno coś sobie myślą o naszym nieśmiałku. Drugi człowiek pojawia się tylko w stwierdzeniach w stylu: pewnie sobie pomyślała, że jestem głupia. Nigdy nie słyszałam (ani nie przeczytałam) wypowiedzi osoby nieśmiałej w stylu: biedulka, musiała podtrzymywać ze mną rozmowę przez całą drogę autobusem, choć utrudniałam jej to, jak tylko mogłam. Samopoczucie i uczucia tego drugiego człowieka nie są ważne w porównaniu z wielkim dyskomfortem przeżywanym przez naszego introwertyka. Niestety, często nie pojawia się u niego refleksja, że w świecie codziennych interakcji społecznych trudno o większą torturę wobec drugiego człowieka, niż wystawienie go na dłuuugie, niezręczne milczenie. Albo jeszcze dłuższą konwersację, w której jedna osoba musi odwalać robotę za dwóch. Tymczasem rozmowa z osobą nieśmiałą jest jak granie w ping-ponga, gdy musisz jednocześnie odbijać piłeczkę za siebie i za osobę po drugiej stronie stołu.

Na bazie swoich doświadczeń z osobami nieśmiałymi, podzieliłam rozmowy z nimi roboczo na trzy typy. Niestety, jak dla mnie, wszystkie tak samo męczące.

1. Podtyp przesłuchanie przez gestapo – każdy temat jest supertajny. Nie dowiesz się nic na temat pracy, znajomych, rodziny czy czegokolwiek innego. Nie dowiesz się, jak ktoś spędził święta, czy jedzie w tym roku na urlop, czy miał kiedyś ospę wietrzną. Każdą informację trzeba wydzierać siłą. Na każde pytanie dostajemy odpowiedź składającą się z najmniejszej możliwej liczby słów, co nie pozwala w żaden sposób rozwinąć tematu i zamyka nas w spirali pytanie-zdawkowa odpowiedź-chwila niezręcznej ciszy-kolejne wymyślone na szybko pytanie. Człowiek czuje się jak zły gestapowiec przesłuchujący żołnierza AK.

2. Podtyp wywiad z gwiazdą – jak się wystarczająco wysilisz i wymyślisz wystarczająco ciekawe pytanie, które podpasuje Twojemu introwertycznemu rozmówcy, to dostaniesz dłuższą odpowiedź. Ba, może w nagrodę dostaniesz nawet monolog. Tylko, że jest to odpowiedź, która w żaden sposób nie zaprasza Cię do dalszej interakcji. Albo inaczej, zaprasza, ale tylko w roli reportera. Czyli mamy schemat: wystarczająco dobre pytanie-monolog-koniec monologu-niezręczna cisza-dopytanie o jakiś szczegół zawarty w monologu-dalsza część monologu-niezręczna cisza.

3. Podtyp jestem taki beznadziejny, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia – to jest sytuacja, gdzie nasza nieśmiała osoba decyduje się zadać pytanie i podpuszcza nas do nieustannego gadania o sobie, by samemu mówić jak najmniej. Z początku może to być miłe, bo ktoś nam nieustannie potakuje i słucha i nawet może coś się dopyta. Ale tak naprawdę, cała rozmowa jedzie na naszej energii i naszym produkowaniu się, bez jakiejkolwiek informacji zwrotnej czy wzajemności. Może się okazać, że w sumie, to opowiedzieliśmy takiej osobie pół naszego życia i całą historię naszej rodziny do dwóch pokoleń wstecz, a sami nawet nie wiemy, czy ta osoba ma rodzeństwo. Możecie powiedzieć, że się czepiam i że zajebista sytuacja, że tak się można komuś wygadać. A w ogóle u psychologa to za takie wygadanie się, to się płaci stówkę za godzinę. No właśnie nie. Zaufajcie mi, że u psychologa nie płaci się tej stówki za możliwość ględzenia i użalania się nad sobą (ani za to, że psycholog będzie potakiwał). Płaci się za to, że terapeuta zadaje pytania, których nikt Wam nigdy nie zadał i proponuje interpretacje Waszych doświadczeń, na które nigdy byście nie wpadli. A nieśmiała osoba po prostu podpuszcza Was do gadania, byście swoim ględzeniem uratowali ją przed niezręczną ciszą. Powtórzę to jeszcze raz – fajne rozmowy nie polegają na tym, że jedna osoba prowadzi monolog, a druga przytakuje. Fajna rozmowa to branie i dawanie – mówienie o sobie i uważne słuchanie tego, co ktoś chce nam powiedzieć.

Rozmowa, jako typ interakcji społecznej, ma to do siebie, że wymaga zaangażowania wszystkich stron biorących w niej udział. A sytuacje, które wymieniłam powyżej powodują, że odpowiedzialność i wysiłek, który trzeba włożyć, by rozmowa się toczyła, leżą na barkach jednej osoby. W fajnej rozmowie Ty zadajesz pytanie – ja odpowiadam i zadaję pytanie zwrotne lub w inny sposób zaznaczam, że teraz Ty się możesz wypowiedzieć. Dyskusja płynie, rozwija się, tematy gładko przechodzą jeden w drugi, gdy wszyscy rozmówcy są gotowi zarówno uważnie słuchać, jak i dzielić się swoimi doświadczeniami. Fajna rozmowa, nawet ta króciutka, polega na tym, że po pierwsze, reagujemy na naszego rozmówcę. To znaczy, że bez bólu dupy udzielamy odpowiedzi na jego pytanie. Ale (o zgrozo!) to nie koniec. Nasza wypowiedź powinna się kończyć pewnego rodzaju otwarciem, to znaczy zachętą dla drugiej strony, by teraz ona coś powiedziała.

Sytuacja 1.

Anka – O! Ufarbowałaś się!

Kaśka – Tak, w zeszłym tygodniu mnie fryzjer namówił.

Sytuacja 2.

Anka – O! Ufarbowałaś się!

Kaśka – Tak, w zeszłym tygodniu mnie fryzjer namówił. Ale tak dalej nie jestem przekonana, czy mi pasuje…

Anka – Nie no, bardzo naturalnie wyglądasz. To znaczy widać zmianę, ale taką subtelną. Ja to się kiedyś tak ufarbowałam, że znajomi na ulicy mnie nie poznawali – na czerwono!

Kaśka – Na czerwono? W ogóle sobie Ciebie nie wyobrażam w takim kolorze.

Wydaje się, że są to nieistotne subtelności, bo w prawdziwym życiu spora część ludzi umie poprowadzić dalszą rozmowę pomimo brak tego otwarcia w wypowiedziach drugiej strony. Przecież w pierwszej wersji rozmowy Kaśka mogłaby i tak wygłosić swoją kwestię na temat ufarbowania się na czerwono. Ale jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, jak to się dzieje, że są osoby, z którymi rozmowa sama płynie (podczas gdy z innymi to jest orka na ugorze), to najprawdopodobniej tu tkwi sekret – ta osoba nie tylko mówi o sobie, ale też nieustannie zaprasza Was, byście Wy także się wypowiedzieli.

Rozmowa, nawet taka zwyczajna, codzienna, trwająca 2-3 minuty, która wydaje się, że jest o niczym, nie jest nieważna. W takiej krótkiej wymianie zdań z sąsiadką na temat tego, że śniegu w nocy napadało, nie chodzi o meteorologię. Nie chodzi o to, że właśnie podarowaliśmy jej informację, której nikt inny nie mógł jej dać. Nie chodzi też o to, że ona nam właśnie powiedziała coś, czego nikomu innemu nigdy nie powiedziała. Fakty, które pojawiają się w takiej rozmowie, są drugorzędne. Dlatego też często introwertycy twierdzą, że takie rozmowy o niczym są głupie, nic nie wnoszą i ogólnie są poniżej ich godności, bo oni to chcą prowadzić głębokie rozmowy o Sensie Życia i niszowych twórcach muzyki jazzowej w Danii (no dobra, tego ostatniego nie mówią wprost, ale cały czas pozostaje to w domyśle). No i ogólnie, że szkoda ich życia i energii na takie denne gadki-szmatki, więc nie ma żadnego powodu, by się starali i uczyli prowadzić tego rodzaju konwersacje.

Ale to nie jest prawda. Takie codzienne, zwyczajne, krótkie rozmowy z innymi ludźmi mają ogromny sens i warto nauczyć się je prowadzić, nawet jeśli jest to dla nas trudne. A po co to robić, jeśli nie w tym celu, by nabyć wstrząsającą wiedzę, że śniegu w nocy napadało? Na którymś roku studiów czytałam tekst na temat tego, że małpy iskają się nawzajem w stadzie i nie jest to tylko sposób na pozbycie się pcheł. Przodkowie człowieka przestali się namiętnie grupowo iskać, gdy zaczęli używać języka. Dla naszego gatunku prowadzenie rozmowy o tym, że śniegu napadało jest tym samym, czym dla makaków wyłapywanie sobie nawzajem pcheł. Jest sposobem na budowanie stada. Jest przekazaniem informacji znam Cię, widzę Cię, jesteś częścią mojego stada. I właśnie dlatego warto i trzeba. W związku z tym mam taki apel: Drodzy Introwertycy! Nie jesteście jedyni, którym jest trudno podczas rozmowy z Wami. Często próba podtrzymania z Wami kulturalnej konwersacji jest miła jak pośladkowy poród jeża (bez znieczulenia). Spróbujcie to wziąć pod uwagę podczas następnej rozmowy i postarajcie się nie traumatyzować swojego rozmówcy. To naprawdę nie jest bez znaczenia.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. A, no i oczywiście, ponieważ to jest blog o rodzicielstwie, to nie zapomnijcie wytłumaczyć swoim dzieciom, dlaczego warto nauczyć się prowadzić „nic nie znaczące” rozmowy z ludźmi.

P.s.2. A jeśli przegapiliście wpis z polecanymi przeze mnie linkami (KLIK), to odsyłam jeszcze raz do wpisu Riennahery (introwertyczki) o introwertyzmie (KLIK).

[1] Jak się w google wpisze słowo „introwertyzm”, to jako pierwsze autouzupełnienie pojawia się „introwertyzm jest zaletą”.

  • Joanna Glogaza

    Tak się też zastanawiam, na ile te dwa zjawiska się łączą – bo na pewno często, ale nie zawsze. Ja jestem introwertyczna, muszę mieć czas dla siebie, muszę sobie podładować akumulatory po przebywaniu wśród ludzi, zwłaszcza w dużych grupach, ale też jestem towarzyska, sama zagaduję ludzi w windach i pociągach (zwłaszcza tych z pieskami) i – jak mówi mój chłopak – jestem królową konwersacji;) Więc jestem ciekawa, na ile to kwestia samego introwertyzmu, a na ile usprawiedliwiania introwertyzmem niechęci do kontaktów społecznych, nawet tych mini – albo strachu przed nimi? Tak sobie luźno myślę, to jeszcze myśl z kategorii niedomyślanych:)

  • pstra- matrona

    Hej, czytam Cię od dłuższego czasu, jeszcze nigdy nic nie komentowałam, ale bardzo lubię. Oczywiście wyjdę na buca, bo nie pisałam do tej pory nic, bo mi się podobało, a teraz napiszę bo mi się nie podoba, ale trudno. Jestem raczej z tych gadających niż nie gadających osób i ogólnie lubię rozmawiać z ludźmi, jestem towarzyska itp. nie umiem określić czy jestem intro czy ekstrawertykiem bo mam dużo skrajnych cech obu typów i to co piszesz na pewno nie jest do mnie, przynajmniej zazwyczaj, ale mimo to strasznie mnie to wkurzyło co napisałaś. Może to co napiszę jest skrajne, ale skojarzyło mi się to z tekstami facetów, że jeśli laska jest na imprezie wyzywająco ubrana, upije się i pójdzie z nim do domu to znaczy, że on ma prawo oczekiwać seksu i jeśli tego odmówi to go krzywdzi i zwodzi, bo przecież norma społeczna jest taka, że w tym momencie następuje seks. Ludzie nie istnieją dla przyjemności i komfortu innych ludzi tylko sami dla siebie, tak jak kobiety nie istnieją dla zaspokajania mężczyzn, tak ludzie nie przebywają po to w przestrzeni publicznej, żeby poprawiać czyjś humor albo budować w kimś poczucie bycia częścią stada. To, że komuś przeszkadza cisza w sytuacji przebywania z drugim człowiekiem to problem tej osoby, której ta cisza przeszkadza a nie tej, która milczy. Ludzie mają prawo nie odzywać się wcale poza tym co konieczne i nikt nie ma prawa mieć do nich o to pretensji. Tak jak ludzie mają prawo nosić rozmiar 52 i legginsy, bo żyją dla siebie i ewentualnie jeśli tak preferują dla swoich najbliższych, a nie jakiś dalszych znajomych, sąsiadów czy obcych ludzi, którym przeszkadza cisza albo bardzo duża pupa opięta lycrą. I to, że istnieje jakaś część ludzi, która ma potrzebę poczucia stada, bycia częścią społeczności sąsiadów itp. nie znaczy, że ich sąsiedzi mają obowiązek też czuć taką potrzebę i mogą być sobie bardzo szczęśliwi. Próba dopasowywania innych pod swój jakikolwiek by nie był, jedyny słuszny model czegokolwiek wydaje mi się zawsze groźne. Może następnym razem lepiej zamiast bawić się w gestapo założyć słuchawki jeśli ta cisza jest taka straszna, albo o zgrozo spróbować czerpać przyjemność ze wspólnego milczenia- da się, serio.

    • Kocz1lla

      Jezu, ale to było ostre… I piszę to ja, zdeklarowana internetowa (i nie tylko) wiedźma.
      Nie zamierzam robić za adwokatkę autorki, ale myślę, że mam prawo podzielić się swoją opinią.
      Czytając wpis, nie wyczułam w nim zachęty do instrumentalnego traktowania. Z jednej strony faktycznie nie mamy obowiązku spełniać czyichś zachcianek, a z drugiej brutalna prawda głosi, że relacje międzyludzkie polegają na wymianie korzyści. (Te nie muszą być materialne, o czym mówi przykład z psychicznym „iskaniem”.) Jeśli kontakt nie przynosi niczego oprócz dyskomfortu, pojawia się frustracja i wszyscy na nim tracą. To nie jest oskarżenie tylko stwierdzenie faktu. Generalnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ludzie nie są po to, by wzajemnie sobie sprawiać przyjemność. Ludzie są istotami społecznymi i właśnie po to przebywają ze sobą, by budować więź. Porównałaś konwersację do seksu, więc pozostańmy w tym kręgu tematycznym: rozmawiałam ostatnio z seksuologiem i tamta Pani powiedziała wprost: ludzie potrzebują siebie nawzajem i tak jest im lepiej. Gdyby było inaczej, powszechnie rozmnażalibyśmy się przez in vitro, a potrzeby seksualne zaspakajalibyśmy masturbacją.
      We wpisie Matka Skaut zwraca uwagę, że termin „introwertyk” jest nadużywany (i ja jej – jako psychologowi – wierzę) oraz że nie powinien być on stosowany jako wymówka, by kogoś ignorować albo zrzucać na kogoś ciężar prowadzenia rozmowy. Jeśli masz ochotę pomilczeć, to miej też cywilną odwagę to powiedzieć. Skorzystaj ze swego prawa do wyboru i nie każ się go nikomu domyślać.
      Według mnie wpis M. S. nie jest namawianiem, by w kontaktach z „ekstrawertykami” zrezygnować z siebie, ale żeby postawić się czasem w czyimś położeniu. Bo takiemu „introwertykowi” może się wydawać, że realizuje siebie na poziomie otyłej pani w lycrach, a w rozmówcy tak naprawdę wywołuje dyskomfort porównywalny z wąchaniem śmierdzących skarpet. Można przecież powiedzieć „już taki jestem, że pocą mi się nogi”, wywalić je przed siebie i niech się martwi ten, komu to przeszkadza, a można wytrzymać w butach albo po prostu wyjść.

  • MatkaSkaut

    Nie no, psychofani to tacy, co czatują pod blokiem 😉
    Bardzo zgrabny pomysł z tym flirtem towarzyskim (choć nazwa od razu mi się skojarzyła z taką głupawą grą karcianą, co w gimnazjum graliśmy). To się chyba kiedyś po prostu nazywało „dobre wychowanie”. I rzeczywiście starsi ludzie są w tym lepsi, po prostu w ich czasach zachowywanie się w ten sposób było standardem, co dało mi wieeele możliwości do ćwiczenia takich small talków. Jeszcze do niedawna mieszkaliśmy w wieżowcu, gdzie większość mieszańców to byli emeryci, którzy wprowadzili się tam od razu po wybudowaniu, czyli w latach ’70-tych. Na całą klatkę było tylko kilka wynajmnowanych mieszkań, gdzie mieszkali studenci. I byłam w szoku, jaka to była różnica „kulturowa”. Starsi ludzie zawsze witali się (prócz jednego pana, ale nie mam pewności, czy nie miał po prostu kłopotów ze słuchem), a najczęściej podtrzymywali miłą rozmowę przez całe czekanie na windę i wspólną jazdę. Studenci bardzo często nie odpowiadali na moje „dzień dobry” (tak! To nie była tylko jedna osoba), a przez 8 lat mieszkania tam żaden z „młodych” mieszkańców bloku nie potrzymywał ze mną nawet krótkiej rozmowy w windzie. Naprawdę było to dla mnie zadziwiające doświadczenie, bo nigdy nie myślałam, że tak wcześnie przyjdzie mi narzekać na „tę dzisiejszą młodzież”.

    • Koczilla

      Co do młodzieży też się zgadzam, bo parę razy podsłuchałam dialog jakiejś młodocianej grupki i dopóki nie ogarnęłam, że oni po prostu TAK ze sobą rozmawiają, zachodziłam w głowę, dlaczego ewidentnie nielubiący się ludzie postanowili zjeść na mieście wspólny obiad. Jedyna dłuższa wymiana zdań dotyczyła wyboru potrawy z menu i ustalenia, dokąd pójdą potem. W międzyczasie panowała rozjarzona ekranami smartfonów cisza. Może do siebie SMS-owali? 😉
      Moim hitem jest podsłuchany lunch dwóch dziewczyn, z których jedna rozpaczliwie zagadywała, a druga chyba brała udział w wyzwaniu „nie puszczę pary z paszczy”. Brzmiało to tak:
      – Zmieniłaś pracę?
      – Tak.
      – W którym punkcie (chodziło o kosmetyczną sieciówkę) teraz pracujesz?
      – W tym a tym.
      – I jak wrażenia? Lepiej?
      – Nie wiem. Po tak krótkim czasie trudno powiedzieć.
      -… Ale w sumie teraz masz lepszy dojazd, nie? Bliżej z domu.
      – [PIERWSZY uśmiech, jakiekolwiek oznaki ożywienia!] O tak. Zdecydowanie! Duża ulga. …
      – … A jak koleżanki w pracy? Są ok? Wiesz, czasem jak się trafi w złe środowisko…?
      – Nie wiem, ok. Nie narzekam. Zresztą ja mam taki charakter, że się z KAŻDYM dogadam. [sic!]

      No, na pewno. Przecież żeby kogoś obrazić, musiałaby mieć jakąkolwiek opinię i mówić dłużej niż ćwierć minuty.
      Teraz to się wyzłośliwiam, ale wymienione przykłady to autentyki. Listę dialogową również odtworzyłam wiernie. Gdyby była dłuższa i obfitująca w informacje, miałabym z tym problem.

      • MatkaSkaut

        😀 Urocza rozmowa!

  • Marta

    miało być – każdym zdaniem Twojego posta:)

  • Marta

    Droga Matko, jednak jestes moją bliźniaczką mentalną;) podpisałabym się pod każdym zdaniem Twojego maila.
    Mogę Ci jednak podpowiedzieć, że naprawdę pomogło mi, jak sobie odpuściłam tę odpowiedzialnośc za rozmowę, tzn przestałam animowac na każdej imprezie. Skutkuje to czasem tym,z e jest po prostu cisza i nuda, ale czasem się ktoś inny przejmie i jednak wysili;) i chyba to było własnie dopiero po takim nagłym wkurwie, ze ja juz nie mogę; refleksja – to moze nie muszę? Uwolnienie.
    nota bene mam w rodzinie mega introwertyka, który jest najlepszym rozmówcą wszechczasów, uważnym, empatycznym słuchaczem i podrzucaczem tematów, więc to jedno drugiego nie wyklucza, tylko on jest super w sytuacji 1:1, w większym towarzystwie się nie odezwie.

    • MatkaSkaut

      No właśnie po moim wkurwie przyszła taka myśl – przecież ja się w ogóle nie muszę z tymi ludźmi spotykać! I w wiekszości po prostu do kontaktów towarzyskich wybieram osoby, z którymi dobrze mi się gada. Niestety czasami jesteśmy na takich ludzi skazani (if you know what I mean 😉 ). I choć w takich sytuacjach wyzbyłam się poczucia, że to ja jestem jedyną osobą odpowiedzialną za atmosferę, to siedzenie w ciszy bez możliwości wyjścia jest dla mnie męczące.

  • urszulka kaczyńska

    ciekawy tekst, pobudza do reakcji
    ja bym chciała powiedziec że to całe określenie intro-, ekstro- itd. to tylko określenie pewnych cech a większość ludzi tylko wykorzystuje to określenie do zatuszowania braku umiejętności interpersonalnych, lenistwa. Większość chce być tym kimś innym wyjątkowym,”powiem że jestem introwertykiem i już nie muszę sie starać” lub „powiem ze jestem ekstrowertykiem i moge gadać bez pamieci i wtrącac się w każdą rozmowę” no a przeciez to nie o to chodzi, te określenia to tylko określenia i nie definiują ani nas ani naszego zachowania, przecież prowadzenia prostych rozmów można się zwyczajnie nauczyc jak tabliczki mnożenia tylko jest jak zwykle ALE i to Ale, to trzeba chcieć, pamiętajcie wymówki to domena ludzi słabych, jesteście słabi?

    • MatkaSkaut

      No właśnie chyba to chciałam przekazać w tym tekście. Że bycie introwertykiem (a z drugiej strony – to samo dotyczy ekstrawertyków) nie daje nikomu prawa do braku szacunku dla drugiej osoby.
      Nie powiedziałabym, że wymówki są dla słabych. Każdy z nas je stosuje. Niestety, rozwój (w jakiekolwiek dziedzinie) jest najczęściej trudny i wymaga wysiłku. Więc stosujemy wymówki, by tego nie robić. Niektórzy dlatego, że taki im wygodnie (a o wygodę innych nie dbają), a inni dlatego, że są przekonani, że „to się nie da”.

      • ulaka

        pewnie masz racje, ja poprostu stosuję ten tekst aby się zmotywowac do działania jak mi sie nic nie chce 🙂

  • Wacław Rogulski

    Introwertyk preferuje ciszę,nie absolutną,ale taką,która daje mu usłyszeć siebie tam w środku duszy.Swoje pragnienia,sukcesy,troski i złote myśli,ma nie na sprzedaż byle komu.Wzbudza zaciekawienie ludziom o zacięciu psychologicznym i opiekuńczym.

    • MatkaSkaut

      No to jest cudowne podsumowanie tego typu ludzi, o których pisałam! Introwertyk jako skrzynia pełna „skarbów mądrości”, ale nie dla „byle kogo”. A w jego oczach większość ludzi łapie się w tę kategorię. To może ja też tutaj zarzucę odrobiną „pereł mądrości” (nie swoich, pożyczonych. Pewnie od jakiegoś introwertyka.), bo jednak wierzę, że ludziom, którzy to czytają daleko do „wieprzy”:
      „Milczący nie znaczy mądry. Bywają szuflady zamknięte na klucz, choć puste.” – Jan Giono

  • MatkaSkaut

    Dzięki za tę odpowiedź! Prowadzę ten blog mniej niż rok i jest to dla mnie pierwsza sytuacja, gdy umieściłam wpis pod wpływem wielkiej irytacji na innych (choć i tak tan tekst odczekał ponad tydzień, w wersji numer jeden był jeszcze bardziej nieprzyjemny). I dopiero teraz się uczę, że może jednak nie warto tego robić w taki sposób. Bo, może gdybym poczekała jeszcze tydzień lub dwa, to mogłabym napisać go w taki sposób, by i tak przekazać swoje spostrzeżenia, a nie musieć się później tłumaczyć, że przecież oczywiście nie chodziło mi o to, że „wszyscy” i że „zawsze”. I może wtedy ten wpis miałby tytuł „męka ekstrawertyka w rozmowie z introwertykiem”.

  • Droga Magdo, kocham cie! Nie no serio! Mam ochotę wysyłać twoje teksty wszystkim znajomym (co zresztą często czynię, moim faworytem na razie jest tekst o dupie <3)
    Dokładnie! Tak! Jest!
    Ja tez mam super skille interepersonalne (ach to harcerstwo :-)), dokładnie mam podobne emocje. Moi ulubiency to ci przesluchiwani przez gestapo 😉 jak wyczuwam taka postawę to nóż mi się sam w kieszeni otwiera 😀
    Pozdrawiam wyjątkowo serdecznie!

    • MatkaSkaut

      Dzięki! 🙂 Wiesz, że weszłam na Twój blog, przeczytałam większość wpisów, a potem wysmarowałam dłuuugaśny komentarz pod wpisem o urodzie i jak kliknęłam „akceptuj”, to wszystko się wykasowało. I tak nie to zdenerwowało, że w końcu nic nie napisałam. Ale postaram się jeszcze keidyś do tego wrócić.
      Co do harcerstwa – tak, cały czas mam z tyłu głowy, żeby napisać taki wpis, gdzie opiszę wszystkie umiejętności, które mam dzięki harcerstwu (a jest tego naprawdę dużo).
      A jeśli chodzi o „przesłuchiwanych” – znam naprawdę dosłownie kilka takich osób, ale za każdym razem po kilkudziesięciu minutach z którąś z nich mam ochotę wrzeszczeć i walić głową w ścianę (pozostawię w domyśle czyją głową).

  • Barbara Pióro

    Hehe, fajne. Sama jestem raczej po stronie introwertycznej, co nie znaczy, że nie umiem się zmusić i pogadać, tego się da nauczyć, a nawet czerpać z tego przyjemność. Jednocześnie trzeba pamiętać, że nie każda osoba „nieśmiała” czy „introwertyczna” tak samo nam przypadnie do gustu, i że jeśli czasem się nam z kimś ciężko gada, to niekoniecznie z tych względów. Są ludzie bardzo nieśmiali, małomówni i introwertyczni, z którymi fantastycznie jest sobie pomilczeć albo posmakować te chwile ciszy między replikami, a są ludzie supergadatliwi, których po pięciu sekundach ma się dość.
    Podoba mi się natomiast twoja definicja nieśmiałości: „Osoby nieśmiałe lubią snuć narrację, że świat jest wielki i straszny, a
    oni są tacy biedni, przestraszeni, no i tak im strasznie trudno. Ale ta
    narracja obejmuje głównie ICH osobę i ICH uczucia.” – poczytaj sobie „Kubusia Puchatka” – to jest właśnie definicja Prosiaczka, który jest zresztą prześwietnie skonstruowaną postacią nieśmiałą.

    • MatkaSkaut

      Z Prosiaczka nabardziej lubię dwa cytaty:
      -Wiesz Misiu- szepnął Prosiaczek drżąc z przejęcia.- Czasem coś tak mnie nadmucha jak balon. Czuję wtedy, ze pęknę! I chciałbym na kogoś nakrzyczeć albo nawet go zabić!
      -I co wtedy?
      -Wtedy podskakuję parę razy i idę sobie popiszczeć w poduszkę…
      Często, jak byłam nastolatką, to miałam taką wielką chęć, żeby swoim nieprzyjemnym zachowaniem sprowokować takiego „Prosiaczka”, żeby się na mnie rzucił i przegryzł mi gardło. Miałam poczucie, że to by było bardzo oczyszczające doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla tej nieśmiałej osoby. Niestety, takie osoby nie rzucają się, by przegryźć gardło, tylko po wszystkim idą do domu popiszczeć sobie w poduszkę.

      I jest jeszcze drugi cytat, o tym, jak Prosiaczek pokonał swój strach – bał się czegoś w szafie, a potem sobie pomyślał, że jakby to Coś było takie wielkie i straszne, to by wyszło z szafy i go zjadło, a nie chowało się w szafie, jak jakiś tchórzliwy Prosiaczek. (niestety, internet mi nie pomógł w znalezieniu oryginalnego cytatu).

  • Patrycja

    Staram się nie definiować siebie jako introwertyka, żeby nie nakładać samej sobie tej gombrowiczowskiej gęby, ale zauważyłam, że rzeczywiście na co dzień jednak dłuższe kontakty z ludźmi mnie męczą i muszę potem „naładować baterie” w samotności.

    Zgadzam się, że przebywanie z takimi osobami jak ja może być męczące, w końcu mało kto lubi robić za pełnoetatowego wodzireja. Tyle tylko, że my (jeśli mogę wypowiadać się w imieniu zbiorowości) tak naprawdę rzadko kiedy oczekujemy, aby ktoś zabawiał nas rozmową. Wręcz przeciwnie. Ja osobiście bardzo lubię i doceniam kontakty z osobami, z którymi można sobie sympatycznie pomilczeć i nie czuć przy tym, że coś jest nie tak. Ale jasne, jak ktoś jest ekstrawertykiem, to może czuć dyskomfort.

    Czasem faktycznie wpadam w pułapkę myślenia, że bez sensu się odzywać i zawracać drugiej osobie głowę, jeśli w danym momencie nie mam nic ciekawego do powiedzenia, ale może rzeczywiście w kontaktach międzyludzkich bardziej chodzi o to takie „iskanie” niż o codzienne referowanie sobie Britanniki 🙂

    • MatkaSkaut

      Też takie rozmowy były dla mnie trudne, zanim wpadłam na to, że to nie trzeba żadnych cudów mówić, żeby było sympatycznie 🙂
      Mam taką refleksję, że dla mnie fajniej by było dostać wprost od introwertyka taką informację, że np. nie ma teraz siły na rozmowę albo, że nie przeszkadza mu, że sobie razem pomilczymy. Bo wtedy ja też bym się nie siliła na podtrzymywanie dyskusji i w takim wypadku milczenie mogłoby być nawet miłe.

  • Not me

    Dobrze, że o tym piszesz 🙂 i dziękuję za słowo „ambiwertyk”- bardzo mi się przyda. Spotkałam się kiedyś z takim rozróżnieniem, że introwertycy zużywają energię podczas kontaktów z ludźmi, a regenerują się w samotności, a ekstrawertycy odwrotnie. Tyle. Nie że ktoś „nie umie”, „nie może”, tylko po prostu, wymaga to od niego wysiłku i musi później odpocząć. To jest opis w którym się odnajduję: umiem rozmawiać, chcę rozmawiać, ale muszę później odpocząć i być w swojej głowie.

    • MatkaSkaut

      O, widzisz! Kiedyś też o tym czytałam, ale mi umknęło. Też raczej mam poczucie, że w kontaktach z ludźmi „się zużywam”, szczególnie jeśli chodzi o spotkania w większym gronie. Ale zawsze miałam wrażenie, że to się bierze stąd, że jestem jedynaczką i kupę czasu w dzieciństwie spędzałam we własnym towarzystwie. Ja naprawdę lubię spędzać czas sama. A z ludźmi też bardzo lubię, ale nie tak non-stop. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałam na kolonie – 3 tygodnie w 4-osobowym pokoju. Myślałam, że zwariuję – nigdzie ani odrobiny ciszy i żadnej możliwości pobycia w samotności.

  • bezradny królik

    Zgadzam się z treścią tego wpisu. Myślę, że tłumaczenie sobie wszystkich swoich niepowodzeń w kontaktach z innymi ludźmi to taka droga na skróty, i dalsze przyzwalanie sobie na te niepowodzenia, bo tak jest najłatwiej, bo przecież jestem nieśmiała, jestem introwertykiem i tak już jest. Ludzie są bardzo różni, jedni lubią wielkie imprezy inni wolą spotkania w mniejszym gronie. Ale niezależnie od tego nie można się tłumaczyć tym, że jest się introwertykiem i nie umiem z nikim rozmawiać. Sama jestem tego przykładem, bo przez wiele lat unikałam ludzi jak ognia, bałam się z kimkolwiek gadać, bo przecież ja jestem taka nieśmiała (potem zaczęłam to nazywać introwertyzmem). Ale w końcu powiedziałam sobie dość, że przecież jakość kontaktów z innymi ludźmi zależy nie tylko od nich ale też ode mnie. I tak małymi krokami, stopniowo walczyłam z tą moją wadą, i teraz jest naprawdę dobrze. Nie mam problemu z nawiązywaniem nowych znajomości, ani utrzymaniem tych starych, a kontakt z innymi ludźmi daje mi dużo radości (co nie znaczy, że stałam się szalonym ekstrawertykiem). W dodatku pracuje z ludźmi więc to też siłą rzeczy „wyleczyło” mnie z moich słabości (to był trochę świadomy skok na głęboką wodę).

    • MatkaSkaut

      No właśnie ja uważam, że introwertycy też mogą czerpać przyjemność z kontaktów z innymi ludźmi. Przyjemność to jest nawet zbyt mało powiedziane. Może inaczej – do satysfakcjonującego, szczęśliwego życia introwertykom też są potrzebne kontakty z innymi ludźmi. I introwertycy, którzy pod hasłem „ja nie umiem” pozbawiają się takiej możliwość, robią sobie wielką krzywdę. Ja wiem, że dla nich to jest trudniejsze. Ale trudniejsze nie znaczy niemożliwe, a w tym wpadku nie mówimy o sytuacji „och, mogę się bez tego obyć” (np. ja bym chciała umieć fajnie tańczyć. Ale nie umiem. I nie próbuję tego zmienić. Ale naprawdę w życiu mogę się bez tego obyć) tylko o deprywacji najważniejszej psychologicznej potrzeby.

  • strg

    W porównaniu do wcześniejszych wpisów, ten zaskakująco mocno oskarżycielski jest i zawiera sporo projekcji emocji osób trzecich, a mało wyników badań i teorii.
    Rozumiem, że czasem i takie wpisy są potrzebne, ale może warto rozważyć stworzenie innego bloga na takie oczyszczające obserwacje niewzbogacone bogatym tłem.

    • strg

      A pozytywnie patrząc, to z tego wpisu można by skonstruować bardzo fajny poradnik obsługi ekstrawertyków dla introwertyków. Wystarczyłoby trochę poprzesuwać akcenty wpisu.

      • MatkaSkaut

        Nie myślałam tak o tym. Ciekawi mnie, które informacje uważasz za użyteczne dla introwertyków?

        • strg

          Cala druga połowa, mówiąca o tym, że gadanie o d*#$ Maryny nie jest bezcelowe i bezużyteczne ( z odniesieniami do iskania i stadności)

          Praktyczne wskazówki jak ułatwiać kontynuację rozmowy haczykami w końcówkach wypowiedzi.
          No i przede wszystkim sam fakt, że dla niektórych cisza jest trudna. Do diagnozy anim uprawniony ani posiadający dane, ale mam wrażenie, że jednak Twój ambiwertyzm jest na granicy ekstrawertyzmu, a w kilku wymiarach chyba wyraźnie wkracza w obszary ekstrawertyczne – choćby właśnie w tym cierpieniu wywołanym brakiem rozmowy.

          Jak konsekwentnie będziesz wprowadzać plan niepodejmowania odpowiedzialności za rozmowę, to się okaże, że można razem sympatycznie milczeć. Natomiast jakie myśli powstają w głowie osoby nawykłej do zagadywania ciszy jest niezwykle ciekawe i można by to jeszcze pogłębić w jakimś wpisie i może nawet skonfrontować to z innymi ekstrawertykami.

          PS1 wcale się nie uważam za introwertyka, w moim odczuciu, to ja jestem idealnie pośrodku najfajniejszej krzywej na świecie 😉
          PS2 pomimo PS1, chętnie przyjmę rekomendacje niezależnych duńskich zespołów jazzowych ;)))

    • MatkaSkaut

      Na tym blogu jest sporo wpisów, które są osobiste, subiektywne i niepoparte wynikami badań naukowych (chociażby przedostatni zatytułowany „jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu”). Rozumiem, że Ty wolisz te wpisy, gdzie odnoszę się do teorii i źródeł naukowych. W takim razie proponuję zawsze na początku zjechać sobie na sam dół wpisu i sprawdzić, czy są przypisy. Jeśli nie ma – będziesz miał jasność.
      Nie odnoszę się tutaj szczególnie do teorii psychologicznych (choć jest wprowadzenie z psychologii różnic indywidualnych – podział na intro-, ekstra- i ambiwertyków i tekst o języku, który przejął społeczną rolę iskania też jest prawdziwy). Ale jest poparty moimi obserwacjami nie tylko osobistymi, ale też w pracy psychologa. Wielokrotnie zdarzało mi się pracować z ludźmi, którzy zaczynali z takim nastawieniem, jakie opisuję w tym tekście. I za każdym razem przychodził moment w naszej wspólnej pracy, by tę osobę skonfrontować z rzeczywistością – że to nie tylko ona odczuwa dyskomfort podczas rozmowy z ludźmi, ale i sama jest źródłem ogromnego dyskomfortu dla innych. I że uczucia i emocje drugiej strony interakcji są równie ważne, jak jej.
      A co do samego tonu – tak, masz rację, jest złośliwy i uszczypliwy.

      • strg

        Subiektywizm jest cenny i rozumiem, że to nie jest opracowanie naukowe, tylko blog, który ma pomóc przetrawić emocje i pomóc innym z podobnymi emocjami.
        O ile jednak w takim „jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu”, było też osobiście i bez przypisów, ale było o twoich uczuciach, przemyśleniach, wynikających z tego przekonaniach.
        Tym razem jednak poza osobistymi doświadczeniami, jest sporo uogólnień jak opisywana grupa społeczna działa i myśli z żalem i pretensją, która może być nawet odebrana jako agresja przez niektórych.

        Z tego czego ja się nauczyłem o rozmowach z introwertykami, to introwertycy nie mają takich oczekiwań, że się będzie prowadzić za nich rozmowę. Często mają wcale ich to nie cieszy, że ktoś rozmowę ciągnie, bo woleliby pokierować rozmowę w inną stronę, tylko brak im czasu na obmyślenie strategii kierowania rozmową i jej realizację, bo ktoś im non-stop nawija nad uchem – tu trochę uprościłem i skróciłem, ale komentarz pod wpisem blogerskim nie powinien być dłuższy od wpisu 😉

        • MatkaSkaut

          To ja się postaram na obydwa komentarze odpisać razem dla porządku. Od spraw najmniej ważnych:
          – nie masz szans na komentarz dłuższy niż wpis – jakbym nie pisała ZAWSZE wychodzi mi 4 strony w Wordzie;
          – nie znam nazwy ani jednego zespołu jazzowego i ani jednego zespołu z Danii, więc iloczyn tych zbiorów wygląda raczej biednie;
          – sympatyczne milczenie wydaje mi się jak najbardziej możliwe, gdy zna się kogoś lepiej. Ale im bardziej powierzchowna znajomość, tym bardziej zasady dobrego wychowania wymagają, by jakaś forma rozmowy się toczyła, bo przebywanie z kimś nieznajomym 1:1 w ciszy jest krępujące;
          – co do mojego miejsca na tej krzywej – miałam w VI klasie trwający ponad rok epizod, że dostawałam ataku paniki na widok grup nastolatków na ulicy (nie byłam w stanie minąć takiej grupy, serce mi galopowało, pociłam się i miałam wyobrażenia, że oni na pewno się ze mnie śmieją). Jestem jedynaczką i spędzałam masę czasu sama z książkami, gdy muszę przebywać 24 godziny na dobę z innymi (np. wyjazdy), to zaczynam się czuć jak zwierzę w potrzasku. Zawsze lubiłam gadać z ludźmi, ale z takim, których już dobrze znam. Podtrzymywanie jakichkolwiek zdawkowych rozmów z przypadkowo spotkanymi znajomymi było dla mnie tak przerażające, że wielokrotnie zdarzało mi się po prostu uciekać i modlić się, że ta osoba mnie nie zauważyła. Także mam swoje za uszami w tej kwestii;
          – masz rację – w tym wpisie pojawiło się dużo uogólnień i był pisany pod wpływem sporej irytacji. I odpowiem Ci to samo, co Izabeli – prowadzę ten blog mniej niż rok i dopiero się uczę. Być może następnym razem będę pisała wersję roboczą kierowana furią, a potem pozwolę tekstowi odleżeć 2 miesiące, aż mi przejdzie. I wtedy opublikuję coś mniej agresywnego w wydźwięku, dzięki czemu nie będę się musiała później ludziom w komentarzach tłumaczyć, że „nie każdy i nie zawsze” i „nie o to mi chodziło”. A tym razem zrobiłam tak, jak zrobiłam, czyli nie najlepiej. W ogóle mam poczucie, że źle zdefiniowałam grupę, o której piszę. Bo w komentarzach odezwali się ludzie, którzy mimo swojego introwertyzmu, nie mają w zwyczaju mieć wobec całego świata postawy pełnej pretensji i roszczeń. A o takich ludziach właśnie pisałam. Chyba to, że często oni sami mówią o sobie „introwetycy” niewiele znaczy. Bo to jest chyba taki sposób definiowania – „nie idzie mi z matmy, więc jestem humanistą”. A tak naprawdę spokojnie można być introwertykiem, który umie wziąć na siebie współodpowiedzialność za przebywanie z innymi i nie robić z siebie cierpiącej ofiary.
          W ogóle czytając komentarze pod tym wpisem, mam taką refleksję na temat tego, jak introwertycy i ekstrawertycy mogliby mniej się wzajemnie traumatyzować. Gdybym ja dostała od kogoś jasną informację, że np. „mi nie przeszkadza milczenie” albo „przepraszam Cię bardzo, ale jestem zmęczona i nie mam siły gadać”, to bym po prostu zamknęła usta. I ani introwetyk nie musiałby się męczyć z tym, że słucha bezsensownego gadania ani ja bym się nie wkurzała, że się jednoosobowo zajmuję podtrzymywaniem konwersacji.

          • strg

            Perfekcyjna Pani Bloga! Odpisujesz sumiennie na wszelkie wątki, a już podobne wnioski do końcowych opisałaś odpisując wczoraj w odpowiedzi na post Izabeli.
            Czujesz się odpowiedzialna za rozmowy ze wszystkimi uczestnikami dyskusji pod wpisem? Czy to aby nie nadopiekuńcze instynkty?

            Mi akurat w tym wypadku bardzo miło, bo ja bardzo rzadko się udzielam w internecie, więc akurat śledzę wątek. Na dodatek mamy stosunkowo podobne poglądy i katalog pojęciowy, więc wiele nas nie kosztuje wymiana opinii.

            Natomiast jak w ogólności chcieć z internetem dyskutować, przekonywać i się tłumaczyć temu internetowi, to nie polecam. 😉

            Z drugiej strony Komunikacja jest zaskakująco często odpowiedzią na cierpienie i problemy tego świata, w tym opisywane tu męki, więc może w tym szaleństwie dyskutowania z komentującymi jest metoda (co nie wyklucza tego może w tym też być objaw czegoś).

          • MatkaSkaut

            Chyba nie mam za wielkich doświadczeń w byciu w internecie, nie znam się na netykiecie (ja z pokolenia Y). Ja jeszcze nie odkryłam besensu nawracania ludzi w internecie 😉 Jakby 200 ludzi pisało: „hej, fajny wpis!”, to bym każdemu nie odpisała „dzięki!”. Ale tak, gdy ludzie piszą ciekawe i wnoszące rzeczy, to ja chcę odpisywać. Tak naprawdę nie traktuję tych wypowiedzi jako „komentarza”, czyli czegoś, co chyba w założeniu ma być tylko wygłoszeniem swojego zdania. Ja wypowiedzi innych ludzi tutaj traktuję jako zaproszenie do dyskusji. I choć już teraz odpisywanie zajmuje mi sporo czasu, to jest to też najprzyjemniejsza część prowadzenia tego miejsca. A zupełnie się tego nie spodziewałam. Tak naprawdę to moją pierwszą motywacją było to, żeby się „wykrzyczeć” albo wyłożyć swoje racje, choćby tego miał nikt nie przeczytać. A teraz okazuje się, że najciekawsze jest dla mnie czytanie, co ludzie napiszą w komentarzach i odpisywanie na to. Naprawdę, już wielokrotnie czyjś komentarz tutaj zmusił mnie do myślenia o czymś, co nigdy nie przyszłoby mi do głowy albo do zmiany perspektywy. I jest to dla mnie wielka lekcja, bo (nie wiem na ile to widać w tym, co piszę, ale pewnie dużo bardziej niż mi się wydaje), ale bardzo lubię mieć rację, często ją mam i zmiana perspektywy to nie jest to, do czego nawykłam.