Męka rozmowy z introwertykiem

Ten tekst napisałam poturbowana przez moje ostatnie doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Jeśli jakaś introwertyczna osoba poczuje się urażona, to… niech mi to powie w twarz. Chętnie z nią o tym podyskutuję.

[Edit 01.07.2019] Ten wpis wzbudził największą dyskusję spośród wszystkich, które znajdują się na tym blogu. Gdy tylko zaczęły się pojawiać pierwsze komentarze od prawdziwych introwertyków, to zrozumiałam, że popełniłam błąd (niestety, odkładane na „święte nigdy” poprawianie wpisów już opublikowanych ziściło się dopiero dziś). Nie będę poprawiała treści wspisu, bo wtedy duża część komentarzy stanie się zupełnie niezrozumiała. A poza tym, nie chcę udawać, że tego błędu z mojej strony nigdy nie było. Jest to wpis pisany pod wpływem irytacji i wielu negatywnych doświadczeń z ludźmi pewnego typu. Tyle, że ci ludzie, to nie introwertycy! Ale są to ludzie, którzy najczęściej opisują siebie i tłumaczą swoje trudności w kontaktach społecznych właśnie stwierdzeniem „jestem introwertykiem” i to mnie zwiodło. Ta postawa, która wzbudziła we mnie tyle złości, to egocentryczne skupianie się na swoich trudnościach i na swoich przeżyciach podczas rozmowy z innymi ludźmi i niebranie pod uwagę tego, że im też w tej rozmowie za wygodnie nie jest. A najbardziej irytującym komponentem tej postawy jest dla mnie roszczeniowe i pełne pretensji i żalu nastawienie wobec świata, który zdaniem tych osób, powinien ich wspierać w związku z tym, że „im jest tak trudno”. I powyższy opis w żaden sposób nie jest opisem introwertyka.

„Nieśmiały”, „wstydliwy”, „wycofany”, „zahukany” – to są słowa, którymi jeszcze do niedawna opisywało się cechę uważaną za ewidentnie negatywną. Ale w ostatnich latach, szczególnie w internecie, pojawiło się inne słowo opisujące ten sam zestaw zachowań – introwertyzm. I bardzo fajnie, bo rośnie świadomość wśród ludzi, że to nie jest tak, że wszyscy ludzie z założenia muszą być super-towarzyscy i uwielbiać spędzanie czasu z innymi, a jeśli jest inaczej, to trzeba tych odludków naprawić, bo są dziwni. Ale istnieje też druga strona tego zjawiska, to znaczy jakieś takie niewysłowione założenie, że introwertyzm to jakaś ułomność i takim ludziom należy się szczególne traktowanie, bo im tak trudno w kontaktach z innymi. Wraz z tym założeniem pojawia się też pewne poczucie dumy z bycia takim, a nie innym[1]. A jeśli nie dosłownie poczucie dumy, to takie (często wspólne) użalanie się nad sobą, jak to świat nas nie rozumie, bo jesteśmy introwertykami. I jest to użalanie się troszkę podszyte poczuciem wyjątkowości.

Być może, na początek rozmowy o introwersji warto przypomnieć, że bycie introwertykiem, to nie jest sytuacja zero-jedynkowa. Introwersja i ekstrawersja to nie są dwie oddzielne szufladki, gdzie część z nas mieszka w jednej, a część w drugiej, a próby porozumienia międzyszufladowego są skazane na porażkę (tak oczywiście, wygląda tylko sytuacja pomiędzy kobietami a mężczyznami, bo wszyscy wiemy, że oni są z Marsa, a my z Wenus). Ekstrawersja-introwersja to kontinuum. A populacja ludzka na tym kontinuum rozkłada się jak zwykle, czyli zgodnie z krzywą Gaussa (nie wiem, czy już o tym mówiłam, ale ja kocham krzywą Gaussa!). Mało tego, to nie jest tak, że jesteśmy na całe życie przywiązani do jednego miejsca na tym kontinuum. Nasze doświadczenia życiowe mogą zmieniać nasze wrodzone skłonności. Oczywiście, nikt nie wykona szalonego skoku ze skrajnego introwertyzmu na skrajny ekstrawertyzm, ale subtelne zmiany są jak najbardziej możliwe.

Krzywa Gaussa – najfajniejsza krzywa na świecie.

Ja, jak większość osób na świecie, jestem ambiwerykiem. To znaczy, że posiadam zarówno cechy typowe dla ekstrawertyków jak i dla introwertyków, a żadna z tych cech nie ma szczególnie dużego nasilenia. Lubię ludzi, ale lubię też być sama. Lubię rozmawiać, ale lubię też pomilczeć. Ot, zupełnie zwyczajnie. Jedyną rzeczą, którą mam nadzwyczajną, to odporność na stres w wypadku ekspozycji społecznej. Nie mam żadnego kłopotu z zabieraniem głosu w sytuacjach towarzyskich, opowiadaniem o sobie, prowadzeniem wykładu, gdy słucha mnie wiele osób. Luzik. Myślę, że miałam do tego naturalne predyspozycje, a potem jeszcze tysiące sytuacji w życiu, gdy mogłam to poćwiczyć. Więc w tym jestem mocna. No i w gadaniu. Jestem osobą, której mówienie przychodzi z łatwością. Opowiadam anegdotki, snuję historie, więc zapewne w oczach osoby nieśmiałej jawię się jako zupełne jej przeciwieństwo. Co więcej, mogłoby się wydawać, że w związku z tymi umiejętnościami, jestem idealną osobą do rozmowy z introwertykiem. Zapełnię tę niezręczną ciszą swoim gadaniem. I naprawdę wiele lat uważałam, że w sumie mi nie przeszkadza takie „zapełnianie ciszy moim gadaniem”.

Wraz ze wzrostem samoświadomości i refleksji nad swoimi uczuciami, zauważyłam, że przebywanie z niektórymi osobami jest dla mnie bardzo męczące. Było to dla mnie ciekawe odkrycie, bo zazwyczaj, jak ktoś mi nie pasuje, to dlatego, że mnie wkurwia (to jest taka moja emocja dominująca). A w tych wypadkach, po spotkaniach towarzyskich, byłam po prostu fizycznie zmęczona. I naprawdę sporo czasu zajęło mi dojście do przyczyny. A zmęczenie wynikało po prostu z tego, że to na mnie spoczywał cały ciężar konwersacji! To ja wymyślam temat (taki, żeby mieć pewność, że ta osoba ma coś do powiedzenia w tej sprawie), to ja rozpoczynam temat, to ja uważnie słucham, to ja z odpowiedzi, które uzyskałam, staram się wyprowadzić kolejne pytanie, to ja rozpoczynam kolejny temat, gdy uznam, że ta osoba nie chce mówić dalej o tym samym, to ja staram się swoimi historyjkami z życia jakoś nawiązać do tematu wypowiedzi rozmówcy i go rozbawić. Jakby tak spojrzeć z boku, to wyglądało na to, że próbuję odbijać piłkę na nosie i żonglować jednocześnie pięcioma piłeczkami tylko po to, by wszystkim było miło, że rozmowa się gładko toczy.

Ten wpis zostanie okraszony zdjęciami osób, które ze sobą rozmawiają i nikt w trakcie tej rozmowy nie doznaje traumy. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unsplash.com

No i jak sobie to uświadomiłam, to uznałam, że koniec z tym. Owszem, mam takie umiejętności, ale dlaczego to ma oznaczać, że ja mam to robić? Przecież to jest typowa sytuacja, gdy wypycha się jedną osobę do przodu z hasłem: „no idź, tobie to tak fajnie wychodzi” – niby ma to być komplement dla jej umiejętności, a tak naprawdę jest wrzucaniem kogoś w sytuację, na którą nikt nie ma ochoty. Tak, jakby brak umiejętności interpersonalnych jednego rozmówcy oznaczał, że obowiązek prowadzenia konwersacji automatycznie spoczywa na osobie z większymi umiejętnościami. No ni cholery. Jeśli ktoś sobie życzy, żebym mu na imprezie podtrzymywała miłą konwersację w grupie introwertyków, to niech wyskakuje z kasy (stówka za godzinę wydaje mi się być spoko stawką). To, że umiem to robić, nie oznacza, że lubię to robić albo, że w ogóle jest to dla mnie fajny sposób na spędzanie wolnego czasu. Ja naprawdę wolę porozmawiać z osobami, które mają ochotę ze mną pogadać. Nawet, jeśli to będzie oznaczało, że będę mówić mniej (tak, szok i niedowierzanie. W fajnej rozmowie nie chodzi o to, żeby ją zdominować i gadać cały czas o sobie). Po tej konkluzji ograniczyłam do minimum towarzyskie kontakty z ludźmi, którzy uważają, że moim obowiązkiem jest zabawianie ich (bo im jest tak trudno i nie umieją tak, jak ja).

Osoby nieśmiałe często opisują, jak trudna i dramatyczna jest dla nich sytuacja podtrzymywania zwyczajnych, codziennych rozmów (czy mamy w języku polskim jakieś dobre określenie, które zastępuje angielskie small talk?). Że podtrzymanie kilkuminutowej rozmowy z sąsiadem na klatce schodowej, z koleżanką z pracy podczas parzenia herbaty czy ze znajomym spotkanym w autobusie, to prawdziwa droga przez mękę. Ale w tych wszystkich dramatycznych historiach kompletnie brak jednej rzeczy – odniesienia do tego, jak czuła się druga strona tej interakcji. Osoby nieśmiałe lubią snuć narrację, że świat jest wielki i straszny, a oni są tacy biedni, przestraszeni, no i tak im strasznie trudno. Ale ta narracja obejmuje głównie ICH osobę i ICH uczucia. Jeśli się na to spojrzy trochę z boku, to jest to mocno skupiona na sobie opowieść, w której inni liczą się tylko o tyle, że na pewno coś sobie myślą o naszym nieśmiałku. Drugi człowiek pojawia się tylko w stwierdzeniach w stylu: pewnie sobie pomyślała, że jestem głupia. Nigdy nie słyszałam (ani nie przeczytałam) wypowiedzi osoby nieśmiałej w stylu: biedulka, musiała podtrzymywać ze mną rozmowę przez całą drogę autobusem, choć utrudniałam jej to, jak tylko mogłam. Samopoczucie i uczucia tego drugiego człowieka nie są ważne w porównaniu z wielkim dyskomfortem przeżywanym przez naszego introwertyka. Niestety, często nie pojawia się u niego refleksja, że w świecie codziennych interakcji społecznych trudno o większą torturę wobec drugiego człowieka, niż wystawienie go na dłuuugie, niezręczne milczenie. Albo jeszcze dłuższą konwersację, w której jedna osoba musi odwalać robotę za dwóch. Tymczasem rozmowa z osobą nieśmiałą jest jak granie w ping-ponga, gdy musisz jednocześnie odbijać piłeczkę za siebie i za osobę po drugiej stronie stołu.

Na bazie swoich doświadczeń z osobami nieśmiałymi, podzieliłam rozmowy z nimi roboczo na trzy typy. Niestety, jak dla mnie, wszystkie tak samo męczące.

1. Podtyp przesłuchanie przez gestapo – każdy temat jest supertajny. Nie dowiesz się nic na temat pracy, znajomych, rodziny czy czegokolwiek innego. Nie dowiesz się, jak ktoś spędził święta, czy jedzie w tym roku na urlop, czy miał kiedyś ospę wietrzną. Każdą informację trzeba wydzierać siłą. Na każde pytanie dostajemy odpowiedź składającą się z najmniejszej możliwej liczby słów, co nie pozwala w żaden sposób rozwinąć tematu i zamyka nas w spirali pytanie-zdawkowa odpowiedź-chwila niezręcznej ciszy-kolejne wymyślone na szybko pytanie. Człowiek czuje się jak zły gestapowiec przesłuchujący żołnierza AK.

2. Podtyp wywiad z gwiazdą – jak się wystarczająco wysilisz i wymyślisz wystarczająco ciekawe pytanie, które podpasuje Twojemu introwertycznemu rozmówcy, to dostaniesz dłuższą odpowiedź. Ba, może w nagrodę dostaniesz nawet monolog. Tylko, że jest to odpowiedź, która w żaden sposób nie zaprasza Cię do dalszej interakcji. Albo inaczej, zaprasza, ale tylko w roli reportera. Czyli mamy schemat: wystarczająco dobre pytanie-monolog-koniec monologu-niezręczna cisza-dopytanie o jakiś szczegół zawarty w monologu-dalsza część monologu-niezręczna cisza.

3. Podtyp jestem taki beznadziejny, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia – to jest sytuacja, gdzie nasza nieśmiała osoba decyduje się zadać pytanie i podpuszcza nas do nieustannego gadania o sobie, by samemu mówić jak najmniej. Z początku może to być miłe, bo ktoś nam nieustannie potakuje i słucha i nawet może coś się dopyta. Ale tak naprawdę, cała rozmowa jedzie na naszej energii i naszym produkowaniu się, bez jakiejkolwiek informacji zwrotnej czy wzajemności. Może się okazać, że w sumie, to opowiedzieliśmy takiej osobie pół naszego życia i całą historię naszej rodziny do dwóch pokoleń wstecz, a sami nawet nie wiemy, czy ta osoba ma rodzeństwo. Możecie powiedzieć, że się czepiam i że zajebista sytuacja, że tak się można komuś wygadać. A w ogóle u psychologa to za takie wygadanie się, to się płaci stówkę za godzinę. No właśnie nie. Zaufajcie mi, że u psychologa nie płaci się tej stówki za możliwość ględzenia i użalania się nad sobą (ani za to, że psycholog będzie potakiwał). Płaci się za to, że terapeuta zadaje pytania, których nikt Wam nigdy nie zadał i proponuje interpretacje Waszych doświadczeń, na które nigdy byście nie wpadli. A nieśmiała osoba po prostu podpuszcza Was do gadania, byście swoim ględzeniem uratowali ją przed niezręczną ciszą. Powtórzę to jeszcze raz – fajne rozmowy nie polegają na tym, że jedna osoba prowadzi monolog, a druga przytakuje. Fajna rozmowa to branie i dawanie – mówienie o sobie i uważne słuchanie tego, co ktoś chce nam powiedzieć.

Rozmowa, jako typ interakcji społecznej, ma to do siebie, że wymaga zaangażowania wszystkich stron biorących w niej udział. A sytuacje, które wymieniłam powyżej powodują, że odpowiedzialność i wysiłek, który trzeba włożyć, by rozmowa się toczyła, leżą na barkach jednej osoby. W fajnej rozmowie Ty zadajesz pytanie – ja odpowiadam i zadaję pytanie zwrotne lub w inny sposób zaznaczam, że teraz Ty się możesz wypowiedzieć. Dyskusja płynie, rozwija się, tematy gładko przechodzą jeden w drugi, gdy wszyscy rozmówcy są gotowi zarówno uważnie słuchać, jak i dzielić się swoimi doświadczeniami. Fajna rozmowa, nawet ta króciutka, polega na tym, że po pierwsze, reagujemy na naszego rozmówcę. To znaczy, że bez bólu dupy udzielamy odpowiedzi na jego pytanie. Ale (o zgrozo!) to nie koniec. Nasza wypowiedź powinna się kończyć pewnego rodzaju otwarciem, to znaczy zachętą dla drugiej strony, by teraz ona coś powiedziała.

Sytuacja 1.

Anka – O! Ufarbowałaś się!

Kaśka – Tak, w zeszłym tygodniu mnie fryzjer namówił.

Sytuacja 2.

Anka – O! Ufarbowałaś się!

Kaśka – Tak, w zeszłym tygodniu mnie fryzjer namówił. Ale tak dalej nie jestem przekonana, czy mi pasuje…

Anka – Nie no, bardzo naturalnie wyglądasz. To znaczy widać zmianę, ale taką subtelną. Ja to się kiedyś tak ufarbowałam, że znajomi na ulicy mnie nie poznawali – na czerwono!

Kaśka – Na czerwono? W ogóle sobie Ciebie nie wyobrażam w takim kolorze.

Wydaje się, że są to nieistotne subtelności, bo w prawdziwym życiu spora część ludzi umie poprowadzić dalszą rozmowę pomimo brak tego otwarcia w wypowiedziach drugiej strony. Przecież w pierwszej wersji rozmowy Kaśka mogłaby i tak wygłosić swoją kwestię na temat ufarbowania się na czerwono. Ale jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, jak to się dzieje, że są osoby, z którymi rozmowa sama płynie (podczas gdy z innymi to jest orka na ugorze), to najprawdopodobniej tu tkwi sekret – ta osoba nie tylko mówi o sobie, ale też nieustannie zaprasza Was, byście Wy także się wypowiedzieli.

Rozmowa, nawet taka zwyczajna, codzienna, trwająca 2-3 minuty, która wydaje się, że jest o niczym, nie jest nieważna. W takiej krótkiej wymianie zdań z sąsiadką na temat tego, że śniegu w nocy napadało, nie chodzi o meteorologię. Nie chodzi o to, że właśnie podarowaliśmy jej informację, której nikt inny nie mógł jej dać. Nie chodzi też o to, że ona nam właśnie powiedziała coś, czego nikomu innemu nigdy nie powiedziała. Fakty, które pojawiają się w takiej rozmowie, są drugorzędne. Dlatego też często introwertycy twierdzą, że takie rozmowy o niczym są głupie, nic nie wnoszą i ogólnie są poniżej ich godności, bo oni to chcą prowadzić głębokie rozmowy o Sensie Życia i niszowych twórcach muzyki jazzowej w Danii (no dobra, tego ostatniego nie mówią wprost, ale cały czas pozostaje to w domyśle). No i ogólnie, że szkoda ich życia i energii na takie denne gadki-szmatki, więc nie ma żadnego powodu, by się starali i uczyli prowadzić tego rodzaju konwersacje.

Ale to nie jest prawda. Takie codzienne, zwyczajne, krótkie rozmowy z innymi ludźmi mają ogromny sens i warto nauczyć się je prowadzić, nawet jeśli jest to dla nas trudne. A po co to robić, jeśli nie w tym celu, by nabyć wstrząsającą wiedzę, że śniegu w nocy napadało? Na którymś roku studiów czytałam tekst na temat tego, że małpy iskają się nawzajem w stadzie i nie jest to tylko sposób na pozbycie się pcheł. Przodkowie człowieka przestali się namiętnie grupowo iskać, gdy zaczęli używać języka. Dla naszego gatunku prowadzenie rozmowy o tym, że śniegu napadało jest tym samym, czym dla makaków wyłapywanie sobie nawzajem pcheł. Jest sposobem na budowanie stada. Jest przekazaniem informacji znam Cię, widzę Cię, jesteś częścią mojego stada. I właśnie dlatego warto i trzeba. W związku z tym mam taki apel: Drodzy Introwertycy! Nie jesteście jedyni, którym jest trudno podczas rozmowy z Wami. Często próba podtrzymania z Wami kulturalnej konwersacji jest miła jak pośladkowy poród jeża (bez znieczulenia). Spróbujcie to wziąć pod uwagę podczas następnej rozmowy i postarajcie się nie traumatyzować swojego rozmówcy. To naprawdę nie jest bez znaczenia.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. A, no i oczywiście, ponieważ to jest blog o rodzicielstwie, to nie zapomnijcie wytłumaczyć swoim dzieciom, dlaczego warto nauczyć się prowadzić „nic nie znaczące” rozmowy z ludźmi.

P.s.2. A jeśli przegapiliście wpis z polecanymi przeze mnie linkami (KLIK), to odsyłam jeszcze raz do wpisu Riennahery (introwertyczki) o introwertyzmie (KLIK).

[1] Jak się w google wpisze słowo „introwertyzm”, to jako pierwsze autouzupełnienie pojawia się „introwertyzm jest zaletą”.