Naturalne konsekwencje zachodzą nas od tyłu…

Mam poczucie, że temat naturalnych konsekwencji zachodzi ludzi od tyłu i gryzie w dupę, gdy najmniej się tego spodziewają. I bardzo im utrudnia życie. Ale to wynika z tego, że ja „naturalne konsekwencje zachowania” rozumiem trochę inaczej.

W blogosferze rodzicielskiej termin „naturalne konsekwencje” jest w ostatnich latach odmieniany przez wszystkie przypadki. Przeszedł też długą drogę – od zachłyśnięcia i zachwytu do niechęci. Na początku „naturalne konsekwencje” zostały przeciwstawione karze. Kara jest uznaniowa, niepowiązana z daną sytuacją, stosowana przez kogoś, kto dysponuje większą siłą. A naturalne konsekwencje wynikają z samego wydarzenia. Przykład, byśmy mieli jasność. Jeśli dziecko wyleje sok na podłogę, to zakaz oglądania bajki będzie karą, a umycie podłogi – naturalną konsekwencją. I wydawało się, że naturalne konsekwencje mogą zastąpić instytucję kary i pomagać rodzicom w wychowywaniu dzieci. Po jakimś czasie nastąpiła zmiana. Na blogach rodziców rb pojawiły się stwierdzenia, że posprzątanie tego, co się nabałaganiło, to nie jest żadna naturalna konsekwencja. Że naturalną konsekwencją rozlania soku na podłogę jest… plama soku na podłodze. I tyle. A zmuszenie dziecka do posprzątania tego, to kara. No i w tym momencie, to już o kant dupy rozbić te naturalne konsekwencje. Bo sytuacji, gdy zostaną one odczute przez dziecko jest baaardzo mało. Na przykład – jeśli podrze swoją książkę, to nie będzie mieć książki, jeśli wyleje sok, to nie będzie mieć soku (chyba, że się okaże, że nienalanie dziecku kolejnej szklanki soku też jest jednak karą…). A co, jeśli zniszczy przedmiot, który nie należy do niego? A co, jeżeli zrobi komuś krzywdę lub przykrość? W przytłaczającej większości przypadków negatywne zachowania dziecka szkodzą głównie jego rodzicom albo ludziom w jego otoczeniu, a nie samemu dziecku. A tu okazuje się, że „naturalne konsekwencje” to też kara, więc nam, dobrym rodzicom, którzy przecież nie chcą karać swoich dzieci, zostaje tylko jedno pytanie: „jak żyć, panie premierze?”.

W przedszkolu Starszej uczestniczyłam ostatnio w warsztatach z panią psycholog na temat stawiania granic w relacji z dzieckiem. I słuchałam jak jedna z matek wchodzi w dyskusję z prowadzącą na temat naturalnych konsekwencji. Pani psycholog broniła poglądu, że jeżeli jej nastoletnia córka cztery dni ignorowała jej prośby, to ona, jako matka, ma prawo nie zareagować natychmiastową pomocą na prośbę córki dotyczącą zupełnie innej sprawy. Tymczasem uczestniczka była zwolenniczką poglądu, że naturalne konsekwencje to jest plama soku na podłodze, a reakcja pani psycholog była po prostu karą. Siedziałam, słuchałam i myślałam, że to bardzo zabawne, że każda z nich myśli, że to ona ma rację, a druga strona się myli, a tak naprawdę… obydwie mają rację.

Wy jeszcze tego nie wiecie, ale dzisiejszy tekst jest w sporej części o nastolatkach. Dlatego też zdjęcia młodych, pięknych, zbuntowanych będą dzisiaj robić za przerywniki w tekście. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony unsplash.com

Na poziomie logicznym jak najbardziej zgadzam się z rozumieniem naturalnych konsekwencji w stylu rodziców rb, czyli jako „plamy z soku”. Rzeczywiście, faktem jest tylko plama, kto powinien ją sprzątnąć jest kwestią dyskusyjną i zależy od oceny danej osoby. Ale jednocześnie, rozmawiając o konsekwencjach danego zachowania, zupełnie zapominamy, że ono rezonuje na dwóch poziomach. Jeden jest oczywisty – poziom fizyczny. Rozlany sok, podarta książka, siniak po uderzeniu, ślad zębów po ugryzieniu, niesprzątnięte zabawki po zabawie. Ale istnieje jeszcze jeden wymiar każdej interakcji pomiędzy ludźmi – wymiar emocjonalny. I każde zachowanie na poziomie fizycznym niesie ze sobą nie tylko fizyczne naturalne konsekwencje, ale też emocjonalne naturalne konsekwencje. I patrząc na emocjonalną stronę wydarzenia opisywanego przez tą panią psycholog, to rzeczywiście, jeśli ktoś cztery dni ignoruje moje prośby, to naturalną konsekwencją jest, że jak on mnie o coś poprosi, to ja nie będę miała ochoty tego zrobić. Możemy sobie oczywiście podyskutować, że nie każdy będzie się czuł tak samo, gdy będzie ignorowany przez kilka dni. Oczywiście, nie każdy. Ale przytłaczająca większość ludzi nie lubi być ignorowana i taka sytuacja spowoduje, że będą się czuli smutni lub źli. A w jakim stopniu, to już indywidualna kwestia. Tak samo indywidualną kwestią jest to, czy postanowimy się zachować zgodnie z naszymi emocjami czy nie. Ale istnienie pewnego „klimatu emocjonalnego”, który został wywołany zachowaniem drugiej osoby, jest niezaprzeczalne.

Pracując jako psycholog miałam do czynienia głównie z młodzieżą i młodymi dorosłymi. I problem kompletnego braku zrozumienia dla emocjonalnych konsekwencji swoich działań był wśród nich nagminny. To nastolatków najczęściej te „naturalne konsekwencje” gryzły w dupę i to oni byli ciężko zaskoczeni, że relacje z ludźmi nie funkcjonują tak, jak oni się w domu nauczyli. Oczywiście, nie pracowałam z młodzieżą wychowywaną „w duchu rb”. To jeszcze nie te czasy. Ale pracowałam z młodzieżą i rodzicami, którym surowe podejście wcześniejszych pokoleń było obce. To już nie były czasy „dzieci i ryby głosy nie mają”. To była młodzież wychowywana bez kar cielesnych, gdzie rodzice interesowali się i brali pod uwagę potrzeby i emocje swojego dziecka, a nawet uznawali je za priorytet. Przynajmniej tak o tym opowiadali sami rodzice. A jednak nie przełożyło się to na wychowanie dzieci, które dobrze radzą sobie z relacjami interpersonalnymi.

Z moich obserwacji wynikało, że główny problem z tymi nastolatkami dotyczył ich sposobu rozumienia relacji międzyludzkich. W ich głowach wydawały się one bardziej jakąś formą transakcji bezgotówkowej (a niekiedy nawet gotówkowej). Oni uważali, że jak raz byli mili, czy zrobili to, o co byli proszeni, to druga strona relacji jest w obowiązku też być miła albo też spełnić ich prośbę. Natychmiastowo i bezwarunkowo. Bez żadnego oglądania się na to, jak traktowali kogoś wcześniej i jak zachowywali się wobec danej osoby wczoraj, przedwczoraj czy przez cały ostatni miesiąc. Liczy się to, że DZISIAJ byłem miły i zrobiłem to, co chcesz. Taka wizja świata, w której inni ludzie (a na pewno właśni rodzice) działają jak bankomat – nacisnę odpowiednie guziczki (na przykład guziczek „kochany synuś/milusia córeczka”) i wypłacam natychmiastową dywidendę – zgodę na wyjście, obietnicę prezentu czy kasę na ciuchy. Brak było z ich strony jakiekolwiek refleksji nad „emocjonalnym klimatem” relacji i emocjonalnymi konsekwencjami ich wcześniejszych zachowań.

Jak do tego doszło? Skąd w głowach tych młodych ludzi takie przekonania? Przecież ich rodzice starali się być dobrzy, nie chcieli być surowymi i autorytarnymi „władcami w domu”. Chcieli być rozumiejący, wspierający i kochający. A jednak, gdy obserwowałam tą młodzież i słuchałam o tym, jak byli wychowywani, to widziałam wyraźny związek pomiędzy kwestią „transakcyjnego”, nieempatycznego rozumienia relacji międzyludzkich a „nowoczesnym, łagodnym” rodzicielstwem. Moim zdaniem taki sposób widzenia związków interpersonalnych wynikał wprost z pewnych nieporozumień dotyczących nagradzania, karania i udzielania dzieciom informacji zwrotnej, które pojawiły się w nurcie „łagodnego” wychowania.

To może najpierw zajmijmy się nagradzaniem. Poprzednie pokolenia skupiały się raczej na „kiju” niż na „marchewce”. Tymczasem postępowi rodzice w ostatnich kilkunastu latach przodują w marchewkowaniu. Dzieci są nagradzane bardzo często i nieproporcjonalnie do osiągnięć. Rodzice nie szczędzą im zarówno pochwał, oklasków jak i prezentów czy pieniędzy w zamian za dziecięce sukcesy i osiągnięcia. A niestety nagrody osłabiają wewnętrzną motywację[1]. Na przykład, jeśli dziecko z wielkim zapałem i zaangażowaniem rozwiązuje matematyczne zagadki, to robi to, bo je to ekscytuje (no, wiem, dzieci są dziwne 😉 ). Ale jeśli zaczniesz dziecko nagradzać prezentami lub pieniędzmi za to działanie, to za chwilę ono już nie będzie chciało tego robić „za darmo”. Wewnętrzna motywacja umrze, zastąpiona przez oczekiwanie na zewnętrzny bodziec. I zgodnie z tą zasadą psychologii, jeśli nagradzasz dziecko za to, że było miłe dla dziadków albo razem z Tobą posprzątało swój pokój, to powodujesz, że ono uznaje, że to bynajmniej nie jest coś naturalnego i oczywistego (a już na pewno nie jest to coś, co sprawia jemu samemu przyjemność). Bycie dla kogoś miłym pomocnym staje się nielubianym obowiązkiem i ciężką pracą. A wszyscy wiemy, że za ciężką pracę należy się zapłata.

Drugą sprawą, która zaburza dzieciom rozumienie relacji międzyludzkich, jest według mnie fakt, że dorośli nie informują dzieci o emocjonalnych konsekwencjach ich zachowania. Szczególnie w sytuacji, gdy dziecko zrobiło komuś przykrość. Zacznijmy od obcych – wujków, cioć, sąsiadów itp., bo to w ich wypadku pojawia się słynny casus „nic się nie stało”, z którym staram się walczyć na każdym kroku. Przykład z naszego życia. Dużo jeżdżę z dziewczynami komunikacją miejską. Młodsza u mnie w chuście, Starsza – ze mną za rękę. Jeśli są wolne miejsca, to siadamy. Ale jeżeli pojawia się jakaś osoba, która ewidentnie nie powinna stać, to każę Starszej ustąpić miejsca i usiąść mi na kolanach. Ona oczywiście zaczyna wtedy dąsy. A ten człowiek (często starsza pani czy kobieta w ciąży) wtedy ustępuje miejsca mojej trzyletniej córce! I jeszcze mówi: „nie, nie, nic się nie stało, ja sobie postoję, niech ona siedzi”. No a ja nie mam żadnego argumentu wobec Starszej, bo przecież „nic się nie stało”. I wtedy centralnie szlag mnie trafia. I myślę sobie: „teraz to jej ustępujesz, a jak za kilka lat ona, jako 12-nastolatka, nie ustąpi ci miejsca, to będziesz gadała <<jaka ta młodzież niewychowana>>. A teraz mi właśnie przeszkadzasz w wychowaniu jej!”.

Tak samo ma się sprawa z niszczeniem cudzej własności. Bardzo często, jeśli dziecko będąc w gościach coś zniszczy, rozleje czy rozsypie, to dostaje informację od gospodarzy: „nic się nie stało”. Poważnie? Nic się nie stało? Czyli dziecko może to zrobić jeszcze raz? A ja mogę nadal siedzieć wygodnie w fotelu i delektować się herbatką? A Ty w tym czasie na kolanach posprzątasz kolejne skutki ruchliwości mojego dziecięcia? Ja wiem, że to jest grzecznościowa formułka. Ale moja trzyletnia córka, tak jak wszystkie inne małe dzieci, nie wie, co to znaczy „grzecznościowa formułka”. Dla niej jeśli ktoś mówi, że nic się nie stało, to nic się nie stało. Tym bardziej, gdy ktoś się zarzeka, że „nie ma sprawy” i rzuca się do sprzątania, zamiast pozwolić to zrobić mojemu dziecku. I jak ja mam jej wytłumaczyć, że tak naprawdę to „się stało”? I że należy teraz posprzątać i przeprosić? Jak dzieci mają zacząć rozumieć, jak działają relacje z innymi, jeśli ukrywa się przed nimi informacje o skutkach ich działania? Przecież w którymś momencie, ci sami ludzie, którzy dziś mówią „nic się nie stało”, zaczną wymagać, aby dziecko zachowało się odpowiednio do sytuacji. I obydwie strony tej relacji czeka gorzki zawód. Dorosły poczuje się zaskoczony „jakie to dziecko niewychowane”, a dziecko będzie sobie zadawało pytanie: „ale o co temu dorosłemu w ogóle chodzi?”.

Nie tylko obce osoby zachowują się w ten sposób wobec dzieci. Rodzice robią podobnie i to w dużo poważniejszych sytuacjach. Rodzice często nie uczą na swoim przykładzie dzieci, co to znaczy „emocjonalne konsekwencje zachowania”. Nie pokazują, że jak dziecko zachowa się wobec rodzica niefajnie (kopnie, nawrzeszczy, zignoruje), to ten rodzic odczuwa w związku z tym negatywne emocje. I te emocje przekładają się na klimat relacji oraz chęci (lub brak chęci) do kontaktu. Emocje mogą powodować, że dorosły nie ma ochoty na wspólną zabawę czy wspólne wyjście za pięć minut. Dla dziecka to może być niezrozumiałe, bo ono zdążyło już zapomnieć o całym zdarzeniu. Ale ważnym jest, by nauczyło się, że to, że ono już nie pamięta czy już się nie emocjonuje nie oznacza, że inni też już nie pamiętają czy nie mają prawa nadal odczuwać jakichś emocji. I w związku z tym wypowiedź: „nie będę się z tobą teraz bawiła, bo jestem jeszcze na ciebie zła” to nie jest karanie dziecka. To jest informowanie go o emocjonalnych konsekwencjach jego zachowania. Informowanie, że jego zachowanie jest jak kamyk wrzucony do jeziora – powoduje, że tafla wody się wzburzyła. I kręgi na wodzie mogą się utrzymać długo po tym, jak straciliśmy kamyk z oczu.

Tymczasem rodzice często uznają, że to jest kara albo odgrywanie się na dziecku i, że nie mają prawa zrobić mu czegoś takiego. Nie mają prawa do odczuwania, a już na pewno do okazywania dziecku swoich negatywnych emocji. I żeby była jasność, nie chodzi mi o jakiekolwiek okazywanie, rodziców też obowiązują normy społeczne. To, że są źli na dziecko, nie daje im prawa, aby je zbić czy nawrzeszczeć. Ale istnieją jeszcze inne sposoby na poinformowanie ludzi o swoim stanie emocjonalnym. Tymczasem rodzice nie robią tego, bo przecież powinni być „oazą wsparcia i zrozumienia” dla swojego dziecka. Ich obowiązkiem jest każdorazowe zrozumienie, dlaczego dziecko się tak zachowało i okazanie mu wsparcia („rozumiem, że musiało ci być trudno, że nie możesz teraz iść na plac zabaw. Poczułeś się bardzo zły.”). Ale w tej całej dyskusji nie pojawia się nawet wzmianka o innych ludziach i ich emocjach. A nawet, gdy pojawi się informacja, to niepoparta jakimkolwiek odzwierciedleniem w rzeczywistym zachowaniu. Bo jeżeli rodzic bardzo łagodnym i miłym tonem mówi, że jest zezłoszczony lub smutny, a potem zachowuje się dokładnie tak samo, jak zwykle, to czego dziecko uczy się na temat emocjonalnych konsekwencji zranienia kogoś?

Dodatkowo, w takich przypadkach (zranienie i oczekiwanie na przeprosiny) pojawia się jeszcze jedno zjawisko, które na własny użytek nazwałam „wyczekiwaniem na emocjonalną jałmużnę”. Rodzic, który jest zły na dziecko, a jest przez nie ignorowany, sam wręcz wypatruje jakiegoś pierwszego miłego zachowania ze strony dziecka, żeby móc je uznać za przeprosiny lub zadośćuczynienie. Czyli to nie dziecko zastanawia się (i przy okazji uczy się) co powinno zrobić czy powiedzieć, aby naprawić skisłą atmosferę w relacji. Nie, to rodzic wyczekuje na pierwszy „ochłap” chociaż mniej więcej przypominający miłe zachowanie. I sam siebie przekonuje, że to były przeprosiny czy zadośćuczynienie. A dziecko w takich sytuacjach uczy się, że wystarczy burknięte na odczepnego „…praszam…” albo krótki uścisk czy wyniesienie śmieci, by rodzic „anulował” mu wszystkie przewinienia. I zaczyna sądzić, że wszystkie relacje międzyludzkie tak działają – najpierw mogę być niemiły ile i jak mi się podoba, bo wystarczy byle namiastka miłego gestu, by kogoś udobruchać. A jeśli to nie wystarcza, to młody człowiek czuje się głęboko zaskoczony i stwierdza, że ktoś „robi aferę” nie wiadomo o co.

Podsumowując, nagradzanie dziecka za to, że zwyczajnie jest miłe czy pomocne oraz niekonfrontowanie go z emocjonalnymi konsekwencjami jego zachowań wspólnie doprowadzają do pojawienia się nastolatka, który kompletnie nie pojmuje związków międzyludzkich. A brak zrozumienia, jak funkcjonują relacje, jest najprostszą drogą do bycia bardzo samotnym człowiekiem. Tymczasem dziecko w pierwszej kolejności uczy się zasad funkcjonowania związków międzyludzkich od rodziców. I to od nich powinno wiedzieć, że emocjonalnego klimatu relacji nie buduje się w kilka minut. Buduje się za pomocą wielokrotnych kontaktów i pewnego „ogólnego wrażenia”, które po nim zostaje. Nie oznacza to, że zawsze musimy być perfekcyjnie mili dla innych. Ale oznacza świadomość skutków swoich zachowań i branie za nie odpowiedzialności. Oznacza też umiejętność naprawy stosunków po niefajnym zachowaniu z naszej strony. I tego rodzice powinni uczyć swoje dzieci na swoim przykładzie, bo (co może być dla niektórych dzieci i nastolatków sporym zaskoczeniem) rodzic też człowiek.

Pozdrawiam serdecznie,

Matka Skaut.

P.s. W nawiązaniu do tego tematu, w kolejnym wpisie mam zamiar opowiedzieć Wam o człowieku, który z matematyczną precyzją zbadał i wyliczył, jak powinniśmy zachowywać się wobec innych, aby stworzyć ciepłą i bliską relację.

P.s.2 Po napisaniu tego wpisu przypomniałam sobie, że jest świetne opowiadanie, które opisuje historię młodego człowieka, który w domu się nie nauczył pewnych zasad relacji międzyludzkich, ale inni ludzie go szybko nauczyli – Francis Scott Fitzgerald opowiadanie Cztery razy w gębę w zbiorze opowiadań Ciekawy przypadek Benjamina Buttona.

[1] Tak zwane zjawisko nadmiernego uzasadnienia. Więcej na ten temat możecie przeczytać tutaj: Aronson, Wilson, Akert Psychologia społeczna. Rozdział 5, podrozdział Poznawanie siebie przez obserwację własnych zachowań. Oczywiście jest na ten temat multum badań, tutaj macie wyniki metaanalizy 128 badań na temat wpływu zewnętrznych nagród na wewnętrzną motywację http://psycnet.apa.org/record/1999-01567-001