O mądrym dawaniu

Jeśli jeszcze ktoś się nie zorientował, to chcę poinformować, że idą święta. Wiem to, bo w galeriach handlowych atakują nas: Mikołaje-przebierańcy, świąteczne piosenki i… akcje charytatywne. W związku z tym, dziś kilka refleksji, które pomogą Wam dawać tak, by Wasze pieniądze zrobiły jak najwięcej dobrego.

Ponieważ nie mamy telewizora, a zakupy w dużym supermarkecie robię raz w tygodniu, to dopiero ostatnia wizyta w kinie z córką i przemarsz przez galerię handlową w sobotnie popołudnie uświadomiło mi, że nadszedł świąteczny czas. Podczas tego przemarszu, częściej niż przez hostessy przebrane za śnieżynki, byłam zaczepiana przez wolontariuszy, którzy prosili mnie o pomoc dla: małej Julki z wadą serca, bezdomnych, głodne dzieci i hospicjum. A że mam za sobą kilkuletnie doświadczenie pracy i wolontariatu w fundacji oraz wiele lat doświadczenia współprowadzenia drużyny harcerskiej (co także jest działalnością non-profit dla dobra innych, szczególnie, gdy jest się instruktorem harcerskim), to chciałabym Wam trochę opowiedzieć o pomaganiu od strony tego typu instytucji. Aby Wasze pieniądze, o ile postanawiacie już sięgnąć do portfela, zostały wydane sensownie.

Zdjęcia we wpisie pochodzą z unsplash.com

Oczywiście zanim napisałam chociażby jedno słowo tego wpisu, to zaczęłam od przeszukania internetu pod kątem danych na temat pomagania w Polsce. Dane, którymi będę się posługiwać pochodzą z badań CBOS-u[1] i raportów TNS[2]. Czego można się z nich dowiedzieć? Ano, że ponad jedna trzecia Polaków nie pomaga w ogóle. I ten odsetek utrzymuje się na podobnym poziomie od kilku lat. Tymczasem osób, które pomagają innym więcej niż kilka (tak! Kilka. Nie kilkanaście czy kilkadziesiąt.) razy w roku jest mniej niż 10 procent. A, gdy zapytać ludzi o powody niepomagania, to dowiadujemy się, że Polacy uważają siebie nadal za naród „na dorobku”. „Nie daję, bo muszę dbać o siebie i swoją rodzinę” to powód wymieniany przez 73 procent badanych[3]. Jednocześnie 46 procent Polaków uważa, że nie stać ich na to, by pomagać innym regularnie (np. co miesiąc)[4].

A jeżeli już ktoś się decyduje pomagać, to kogo wybierze? Pomaganie, to „poryw serca” – szczególnie dla osób, które robią to od święta. W związku z tym ludzie oddają swoje pieniądze tam, gdzie ich serce zostaje najbardziej poruszone i łezka się w oku zakręci. Na przykład jeśli chodzi o odliczanie 1 procenta, to od lat, niezmiennie, najwięcej kasy zbierają fundacje zajmujące się: dziećmi, nieuleczalnie chorymi i zwierzętami[5]. I tu moja wątpliwość. Przy takich statystykach pomagania w Polsce powinnam się cieszyć, że ktokolwiek chce dać cokolwiek na kogokolwiek. I się nie czepiać. Ale jeśli to nie jest Wasz pierwszy wpis na tym blogu, to wiecie, że czepianie się jest wdrukowane w moje DNA. Zacznę litanię czepialstwa od historii z mojego życia.

Byłam kiedyś na spotkaniu dla ludzi pracujących dla NGO[6]. Chodząc sobie z herbatką w jednej ręce, a krakersem w drugiej, poznawałam ludzi pracujących w innych krakowskich fundacjach. W dłuższą rozmowę wdałam się z pewnym mężczyzną (nazwijmy go Marek), który z wielkim zaangażowaniem opowiadał mi o fundacji, którą stworzył. Organizacja zajmuje się wyłapywaniem bezdomnych kotów, leczeniem ich i znajdowaniem im domów adopcyjnych. Brzmiało spoko. Ale im dłużej Marek opowiadał mi o swojej działalności, tym bardziej miałam poczucie, że mózg mi zaraz eksploduje. Na przykład skarżył się, że największą część ich kosztów stanowią rachunki od weterynarzy i jako przykład podał 2 tysiące złotych za operację zaćmy u jednego z kotów (wybaczcie, być może przekręcam i operacja akurat tego schorzenia tyle nie kosztuje, opieram się tu tylko na moich wspomnieniach sprzed dobrych kilku lat). Dodatkowo, tłumaczył mi, że jeżeli ktoś ma dom z ogrodem, to nie może u nich adoptować kota, bo ten kot mógłby uciec z podwórka i wpaść pod samochód. Długo po tej rozmowie nie mogłam dojść do siebie… 2 tysiące złotych… na jednego kota… który nie będzie potem mógł mieszkać w domu z ogrodem, bo to dla niego zbyt niebezpieczne…

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać…

Nie wiem, czy to jest historyjka, która do Was przemawia. Być może bardzo lubicie koty i też byście się zrzucili na tę operację. Ja bym tego nigdy nie zrobiła. Ponieważ, jeśli decyduję się podarować komuś moje pieniądze, to chcę, aby za ich pomocą zrobić jak najwięcej dobrego. Za te 2 tysiące złotych, poprzez stronę UNICEFu, można kupić prawie 23 zestawy tabletek uzdatniających wodę. Po 5 tysięcy tabletek w każdym zestawie. Każda tabletka uzdatnia 5 litrów wody. Tabletki zostaną przekazane do Afryki, do regionów, gdzie aktualnie panuje susza albo stan klęski żywiołowej (i uzdatnią tam, jak już zapewne sami wyliczyliście, 23x5000x5= 575 000 litrów wody).

Oprócz przykładu z bezdomnym kotem, mam też inny, który sprawił, że moje myślenie o pomaganiu zaczęło się zmieniać. Nie wiem, czy znacie portal siepomaga.pl. Można tam znaleźć indywidualne zbiórki, gdzie ludzie zbierają pieniądze na bardzo zróżnicowane cele. Najlepiej oczywiście idzie zbieranie pieniędzy na chore dzieci. Sama niejednokrotnie przesyłałam ze łzami w oczach pieniądze na jakieś małe dziecko, które potrzebuje drogiego, eksperymentalnego leczenia w USA. Ale któregoś dnia trafiłam tam na zbiórkę, która sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać. Była to zbiórka stworzona przez lekarzy dziecięcego centrum kardiologicznego. Okazało się, że zepsuło im się jakieś narzędzie konieczne przy części operacji serca, które przeprowadzali. W budżecie szpitala nie było pieniędzy na ten cel, więc pracownicy zwrócili się do internautów po pomoc. Samo narzędzie, na zdjęciu, wyglądało dość niepozornie – ot, dziwny, niewielki kawałek metalu. Kosztowało kilkanaście tysięcy złotych. Liczba osób, która chciała wesprzeć ten cel była żenująco niska. Tymczasem zbiórki o nazwach: „ratujmy małe serduszko Amelki, zanim przestanie bić” albo „dziurka w serduszku Olusia” zbierały kwoty wielokrotnie wyższe. I wtedy moje racjonalne myślenie włączyło się na dobre. Ile takich Olusiów i Amelek nie zostanie uratowanych, jeśli lekarze nie dostaną tego narzędzia? A ile dzieci ucierpi, jeżeli nie uda się zebrać pieniędzy dla Amelki albo Olusia?

Pomaganie jest odruchem serca. I tak jakość intuicyjnie wydaje się, że gdy kierujemy się w kwestii pomagania emocjami, to robimy dobrze. Niestety, tak nie jest. Wybieramy to, co nas najbardziej wzrusza, co jest nam bliskie, to, o czym jest akurat głośno. A to nie jest to samo, co pomaganie tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna. I to nie tylko ja doszłam do takiego wniosku, podczas przeglądania zbiórek na siepomaga.pl Tym zagadnieniem zajmuje się „efektywny altruizm”. W wielkim skrócie ludzie, którzy zajmują się efektywnym altruizmem, starają się odpowiedzieć na pytanie: „jak i komu należy pomagać, by najefektywniej zmniejszyć ilość cierpienia na świecie?”[8]. Tego rodzaju racjonalne podejście do dobroczynności każe odłożyć na bok nasze wzruszenia i zastanowić się poważnie, czy to, na co chcemy dać nasze pieniądze ma jakikolwiek sens.

Cytat ze strony effectivealtriusm.com

Większość respondentów w badaniu TNS[2] na pytanie: „dlaczego pomaga Pan(i) innym?” odpowiada, że ze względu na osobistą satysfakcję (39 procent). No i oczywiście, jeśli ta osobista satysfakcja jest dla nas priorytetem, to powinniśmy dawać pieniądze na to, co nas najbardziej wzrusza. Jeżeli najbardziej wzrusza na bezdomny kot z zaćmą, to dajmy tę kasę właśnie na niego. Tylko 21 procent respondentów stwierdziło, że pomaga, ponieważ dobroczynność pomaga rozwiązywać trudne problemy. Czyli wychodzi na to, że racjonalny aspekt pomagania, zastanawianie się „ile dobrego jest w stanie uczynić każda moja złotówka?” nie jest popularnym sposobem myślenia. A szkoda. Bo dzięki takiemu podejściu może my, osobiście, czulibyśmy się mniej zajebiście, ale świat miałby szansę poczuć się dużo lepiej.

O tym, jak realnie zmienić świat za pomocą organizacji non-profit opowiada Dan Palotta w swoim wystąpieniu dla TED. W wypowiedzi Dana nie pada ani razu zwrot „efektywny altruizm”, a on sam nie skupia się na odpowiedzi na pytanie: „na walkę z jakimi problemami dawać?”. Zamiast tego Dan tłumaczy, na co tak naprawdę fundacje potrzebują pieniędzy. I ja się z nim w pełni zgadzam (co więcej, myślę, że każdy pracownik sektora non-profit zgotowałby Danowi za tę przemowę owację na stojąco, ze łzami w oczach).

Serdecznie Wam polecam to wystąpienie, bo widać, że to jest człowiek z misją i pełen zapału, by zmieniać świat. Dla wszystkich, którzy jednak wolą czytać, postaram się streścić to, o czym opowiada Dan.

Dan uważa, że organizacje non-profit nie mają szans na to, by realnie zmieniać świat. A to dlatego, że problemy naszego świata są wielkie (bieda, głód, choroby, wojny, agresja, dyskryminacja), a NGOsy są małe i słabe. I że to my sprawiamy, że one takie są. Nasz sposób myślenia o organizacjach non-profit powoduje, że nie mają one żadnych szans stać się silnymi i walczyć z największymi problemami tego świata. Dan wylicza kilka przekonań, które żywimy wobec fundacji, a które (choć intuicyjnie wydają się słuszne), to tak naprawdę są kompletnie błędne.

1. Pracując w organizacji non-profit nie można zarabiać dużych pieniędzy.

Nie mamy nic przeciwko temu, by ludzie zarabiali na niepomaganiu innym. Co więcej, nie patrzymy z jakimś szczególnym potępieniem na tych, którzy zarabiają na szkodzeniu innym (np. producentów brutalnych gier komputerowych dla dzieci i młodzieży). Wręcz przeciwnie, jeśli takie osoby pochwalą się, że zarabiają na przykład dwa miliony złotych rocznie, to będziemy ich uważać za „ludzi sukcesu”. Ale jeśli jakiś szef fundacji powiedziałby, że zarabia 200 tysięcy rocznie, to by go społeczeństwo ukrzyżowało. Tymczasem ludzie z bardzo dobrym wykształceniem, z wysokimi umiejętnościami i doświadczeniem zawodowym, innymi słowy „profesjonaliści”, to drogi towar na rynku pracy. A jednak firmy nie wahają się zatrudniać takich ludzi i płacić im wysokich pensji (a przecież mogliby za te same pieniądze zatrudnić pięciu studentów!). Oczywiście, że wysokie wynagrodzenie nie oznacza automatycznie, że mamy do czynienia ze specjalistą w swojej dziedzinie. Ale prawdziwi profesjonaliści cenią samych siebie i wiedzą, ile są warte ich umiejętności.

Tymczasem spora część społeczeństwa uważa, że ludzie pracujący „w pomaganiu” powinni to robić za darmo, w ramach wolontariatu. A jak już za pieniądze, to jak najmniejsze. Tylko dlaczego ktoś, kto jest specjalistą w swojej dziedzinie, ma wybierać czy chce dobrze dla siebie i swojej rodziny czy chce dobrze dla świata? A rzeczywistość NGOsów tak wygląda. Czyli albo chcę robić coś dobrego dla innych i w związku z tym godzę się na to, że ja i moja rodzina całe życie będziemy się borykać z trudnościami finansowymi albo idę pracować do korpo za kilkukrotnie większą kasę i będę robić rzeczy, które o pomaganie innym nawet się nie ocierają. Ja sama znalazłam się kilka lat temu w sytuacji, gdzie zorientowałam się, że mam super pracę, gdzie się spełniam i pomagam innym. A jednocześnie mam jedno dziecko, drugie w drodze, prawie trzydzieści lat i pracuję na śmieciowej umowie za mniej niż tysiąc złotych miesięcznie. I gdybym chciała wziąć kredyt albo nawet kupić telefon na abonament, to bank czy operator komórkowy by mnie śmiechem zabili. Profesjonaliści, ludzie dorośli, z dzieciakami i kredytami, chcą stabilizacji. Chcą żyć wygodnie, chcą, żeby ich wynagrodzenie odzwierciedlało ich wartość na rynku pracy. Czy to znaczy, że są źli i pazerni? Dlaczego w naszych głowach praca „dla idei” jest równoznaczna z poświęceniem swojego (i swojego współmałżonka, i swoich dzieci) dobra przez całe życie?

2. Pieniądze wydane przez fundacje na „koszty własne” to w najlepszym razie marnotrawstwo (a w najgorszym – kradzież i malwersacja).

Wyobraź sobie dwie fundacje. Pierwsza, 95 procent pieniędzy z darowizn oddaje potrzebującym, a 5 procent zatrzymuje na koszty własne. Druga, 60 procent oddaje na potrzebujących, a resztę zatrzymuje na koszty własne. Której chętniej dasz swoje pieniądze? Wybór wydaje się oczywisty – przecież każdy chce, by jego pieniądze trafiały do potrzebujących. A jeśli Ci powiem, że pierwsza fundacja zbiera rocznie około 40 tysięcy złotych, a druga około 40 milionów złotych, to czy to zmieni Twoją decyzję?

Ludzie odczuwają jakiś dziwny niepokój w związku z tym, że fundacje, aby działać, muszą wydawać zebrane pieniądze także na koszty własne. W związku z tym, istnieje ogromny nacisk na to, by fundacja wydawała „na siebie” jak najmniej[9]. No bo wtedy zostaje więcej do rozdania, logiczne! No właśnie nie. Takie podejście jest logiczne tylko, gdy zakładamy, że każda fundacja co roku zbiera dokładnie taką samą kwotę pieniędzy. Bo tylko w takim wypadku można porównywać procenty i stwierdzać, że 95 procent jest lepsze, niż 60 procent. Ale w realnym świecie, nasze pierwsze pytanie powinno brzmieć: „ale 95 procent od jakiej kwoty?”.

Gdy ludzie prowadzą firmy, to bardzo szybko się uczą, że aby firma się rozwijała, to trzeba w nią inwestować pieniądze (albo się nie uczą i bankrutują). Właściciele orientują się, że wydatki na: wysokie pensje dla wykwalifikowanych pracowników, szkolenia dla pracowników, reklamę, dobrej jakości materiały czy sprzęt, inwestycje w innowacje, to nie są „wyrzucone pieniądze”. To są podstawy, które pozwalają firmie rozwijać się i przynosić coraz większe zyski. Tymczasem, gdy przychodzi do organizacji non-profit, to nagle wszyscy zakładają, że to jest jakiś równoległy wszechświat, w którym te wszystkie prawa rynku nie działają. Że fundacja może:

– utrzymywać się tylko dzięki pracy wolontariuszy lub pracy ludzi fatalnie opłacanych;

– stawać się coraz bardziej rozpoznawalną i ściągać do siebie kolejnych darczyńców pomimo braku nakładów na reklamę;

– wykonywać „dobrą robotę” pracując w fatalnych warunkach lokalowych i na materiałach najgorszej jakości.

No to się chyba właśnie nazywa „bożonarodzeniowy cud”.

Fajnie by było, gdyby reguły kapitalistycznego rynku nie dotykały organizacji non-profit. Gdyby mogły one działać, rosnąć w siłę i pomagać coraz większej liczbie ludzi (lub zwierząt) bez potrzeby oglądania się na księgowość i budżet. Ale tak nie jest. Fundacje działają w takich samych warunkach, co firmy, które mają przynosić zysk. Tymczasem ludzie, myśląc o nich w sposób, który opisałam powyżej, nie pozwalają im na rozwój. I póki nasze myślenie się nie zmieni, to sytuacja NGOsów też się nie zmieni.

W raporcie TNS „Dzieląc się, pomagasz innym”[2] padło pytanie: „a kto według Pana(i) odpowiada za wspieranie osób szczególnie dotkniętych przez los albo tych, którzy z życiem radzą sobie gorzej?”. Poniżej macie wyniki.

Wycinek z raportu TNS[2]

I tutaj nachodzi mnie smutna refleksja. Bo z jednej strony ludzie nie dają na fundacje albo dają sporadycznie. Co więcej, swoim sposobem myślenia utrudniają fundacjom jakikolwiek rozwój czy możliwość działania na szerszą skalę. A z drugiej strony, mają oczekiwania, że te fundacje będą odgrywały istotną rolę we wspieraniu potrzebujących. Jak to miałoby być możliwe? To chyba kolejny „bożonarodzeniowy cud”.

Może jestem pesymistką, ale nie wierzę, że coś w naszym świecie zmieni się na lepsze za pomocą cudów. W związku z tym nie ma też co na nie czekać. Zamiast tego trzeba zacząć działać. I jak najbardziej można zacząć od podzielenia się z innymi naszymi pieniędzmi. Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis wesprze Was w tym, by pomagać częściej. I mądrzej.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. W tygodniu wrzucę drugą część tego wpisu, gdzie napiszę krótko (to znaczy poniżej czterech stron) o różnych wskazówkach, które pomogą Wam wspierać fundacje w najbardziej produktywny sposób.

P.s.2. Przepraszam za te gówniane reklamy pod wpisem, nie wiem skąd to się wzięło ani jak to zlikwidować :/.

[1] Dobroczynność w Polsce – do ściągnięcia za darmo

[2] raporty TNS dostępne bezpłatnie na stronie http://www.tnsglobal.pl/archiwumraportow/?s=dobroczynno%C5%9B%C4%87

[3] http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/filantropia-zloty-interes-dla-wszystkich/c06qh

[4] http://www.tnsglobal.pl/coslychac/2015/04/14/dobroczynnosc/

[5] Tu artykuł dotyczący rozliczeń za 2015 rok: http://superbiz.se.pl/opinie-biz/1-procent-do-kogo-trafia-nasze-pieniadze-i-kto-dostanie-najwiecej_807588.html

[6] „NGOsy” to organizacje pozarządowe (non governmental organization)

[7] Na wypadek, gdyby ktoś poczuł nagłą potrzebę zakupu takich tabletek, tutaj link do strony https://www.unicef.pl/Prezenty-bez-pudla/Produkty/Tabletki-uzdatniajace-wode

[8] Jeśli ten temat Cię zainteresował, to tutaj masz polską stronę tego ruchu – http://efektywnyaltruizm.org/ , a tutaj książkę (sama nie czytałam, ale teraz czuję się bardzo zaciekawiona) na ten temat – Paul Bloom, Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnych współczuciem (tutaj można przeczytać fragment książki – http://kognitywistyka.kul.pl/przeciw-empatii-argumenty-racjonalnym-wspolczuciem-paul-bloom/ ).

[9] Tutaj przykład tego, jak ludzie reagują na informacje, że ktoś na pomaganiu zarabia – http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/415829,ile-owsiak-zarabia-na-orkiestrze-dane-ze-sprawozdania-finansowego-wosp.html . Już sam ton artykułu sugeruje, że wydawanie przez fundację pieniędzy na „koszty własne” to coś złego (sformułowanie „przejada”). Ale komentarze pod tym artykułem to już prawdziwy festiwal nienawiści.

  • MatkaSkaut

    Masz rację. W sumie dość bezrefleksyjnie wrzuciłam ten przykład, bo nim posłużył się Dan Pallota w filmiku. Niestety, w tej chwili przychodzą mi może i trafniejsze przykłady, ale bardziej niszowe (np. mogłabym podać przykład producentów nieergonomicznych nosideł dla dzieci, ale wątpię, by był on czytelny dla więszkości ludzi). Jeśli masz jakiś inny pomysł, to mi podpowiedz – chętnie edytuję tekst.

  • Marzena

    O, Matko, jak ja Ci dziękuję za ten tekst. Jako wiceprezes fundacji, która właśnie stoi przed dylematem pt. wrócić do korpo po macierzyńskim i spać spokojnie, że mamy za co jeść, jednocześnie skazując fundację na powolne konanie albo stanąć na rzęsach, żeby się z tej fundacji utrzymać. Nadal mam nadzieję, że uda się to drugie.

    • MatkaSkaut

      Trzymam kciuki! Ale po tym tekście poczułaś się zachęcona do dalszej walki? Bo ja myślałam, że raczej pesymizmem wieje z tego wpisu.

  • Edyta

    ja tym razem napiszę krótko,

    że — jako pracowniczka fundacji na umowie za mniej niż tysiaka, po kilku kierunkach studiów* i przed trzydziestką, kochająca swoją robotę/jej temat (moja fundacja zajmuje się udostępnianiem i promowaniem edukacji online dla dzieciaków i studentów i w ogóle ludzi w każdym wieku), ale widząca też jednocześnie… kurczę, jak to ‚realizowanie idei’ nie przekłada się nijak na mój spokój rozumiany jako dobrobyt i poczucie finansowego bezpieczeństwa — przybijam Ci Matko Skaucie bardzo mocną piątkę. Taką za tę notkę i chyba w ogóle za wszystko 😉

    i tradycyjnie przytulam, o.

    * w tej notce nie wspominasz o swoim wykształceniu, ale gdzieś wcześniej odniosłam wrażenie, że nie jesteś wyłącznie absolwentką psychologii. Wyczułam dobrze?

    • MatkaSkaut

      Jak przeczytałam Twój komentarz, to parsknęłam śmiechem. Tak, jestem po dwóch kierunkach studiów – prawo i psychologia stosowana na Uniwesytecie Jagiellońskim. Także prestiż przez duże P. A pracowałam dokładnie tak samo, jak Ty i jarałam się tą pracą strasznie. Pewnie, gdyby nie dzieci, to bujałabym się tak do tej pory i to cały czas z przekonaniem, że trzeba tylko zacisnąć zęby i wytrzymać ten rok, bo potem na pewno będzie lepiej, wyjdziemy na prostą, zaczniemy zarabiać. Do mnie dotarło, że niestety, to się nigdy nie wydarzy. Ale to nie zmienia faktu, że Tobie życzę, by w Twojej fundacji było inaczej (i to może już od przyszłego roku!). 😉

  • MatkaSkaut

    No właśnie! (swoją drogą poszukam tego wpisu, bo jestem ciekawa) Dobry uczynek nie liczy Ci się bardziej, jeśli jest motywowany czystym altriuzmem (przynajmniej według mnie). Ludzie od racjonalnego altruizmu też by się zgodzili, że liczy się efekt dla tych, którym pomagasz. Gdyby w tej chwili z wolontariatu postaanowiliby zrezygnować wszyscy ludzie, którzy robią to, by np. zdobyć doświadczenie w zawodzie, to większość fundacji poszłaby z torbami!

  • Karolina By

    Super wpis. Od siebie dodała bym jeszcze jedną zasadę mądrego pomagania: lepiej dawać nawet niewiele, ale za to regularnie na ten sam cel, niż od czasu do czasu „szarpnąć się” na doraźną pomoc. Dużo o tym pisze i mówi Szymon Hołownia, który prowadzi dwie fundacje pomagające w Afryce. (Polecam jego książkę właśnie o pomaganiu „Jak robić dobrze”). Dla fundacji bardziej liczą się regularne wpłaty, bo przecież też muszą planować swój budżet, nie żyją z dnia na dzień. Szczególnie fundacje, które prowadzą zorganizowane działania na większą skalę, mają na utrzymaniu różne placówki pomocowe (szpitale, szkoły, jadłodajnie, noclegownie). Dla nich bardzo cenna jest przewidywalność. Dlatego np. Hołownia dużo pary wkładał w akcję (nie pamiętam, jak się nazywała dokładnie) „przelew stały na… 5zł tygodniowo. Im więcej takich darczyńców, tym lepiej. Wierzę, że to głównie dzięki sumie takich regularnych wpłat fundacje są w ogóle w stanie prowadzić swoją działalność. Okazjonalne, nieprzewidywalne zastrzyki gotówki są oczywiście miłe i na pewno się przydają ale…nie da się na ich podstawie zaplanować regularnej działalności.

    • MatkaSkaut

      Dokładnie tak! Właśnie piszę tę obiecaną drugą część wpisu i to jest jedna z moich głównych rad dla darczyńców (na podstawie doświadczeń z pracy w fundacji). Nagły, niespodziewany zastrzyk gotówki jest jak gwiazdka z nieba, ale świadomość, że ma się wsparcie na codzień, jest dużo fajniejsze (choć nie tak ekscytujące).

  • Not me

    Świetny wpis 🙂 podoba mi się też zasada, którą propaguje Ania Kęska, żeby 10% swoich przychodów oddawać na cele charytatywne. 10% to dla mnie jeszcze mentalnie za dużo, ale powoli się przyzwyczajam. Ale nadal mimo tego widzę w sobie to myślenie o którym piszesz, że czułabym się źle gdyby ktoś na tym świetnie zarabiał. Dobrze że o tym piszesz i dobrze, że swoje myślenie zawsze można zmienić

    • MatkaSkaut

      Wow! 10 procent! Ja jeszcze z Mężem nie ogranęłam tego, że powinno się 10 procent swoich zarobków miesięcznych oszczędzać, a tu się okazuje, że już trzeba kolejne 10 procent zagospodarować. Chyba dla mnie na ten moment to jest za dużo, tzn. gdybym nie miała dzieci, to byłoby mi łatwiej odmówić sobie jakichś przyjemności. Ale z nimi mam wrażenie, że im coś odbieram coś im (np. bezpieczeństwo związane z posiadaniem oszczędności). Ale będę to miała w głowie. Na razie będę nadrabiała godzinami na wolontariacie.

      • Not me

        No właśnie, też myślę, że to jest prostsze, kiedy nie ma się dzieci. W ogóle teraz mam jeszcze taką myśl, że lepiej cokolwiek, regularnie, niż w myśl „wszystko albo nic”. I to nie tylko jeśli chodzi o działania charytatywne, tylko wszystkie inne (np. zdrowe odżywianie, sport, uczenie się czegoś, …). Teraz troszkę żałuję, że napisałam o tych 10%, bo ktoś może to przeczytać i pomyśleć „skoro ludzie dają 10% a ja nie mogę to może kiedyś, a teraz nie dam nic” a to przecież nie tak.
        @koczilla:disqus masz rację, motywacja po pierwsze nie jest najważniejsza, a po drugie- przecież może się zmienić. Z drugiej strony, to jest też spełnianie jakichś naszych potrzeb, i wtedy dobrze, żeby te potrzeby były uświadomione.

  • Koczilla

    Cześć Matko.

    Bardzo podobają mi się Twoje uwagi o zarobkach organizacji charytatywnych. Zgadzam się, że nie ma nic złego w byciu dobrze opłacanym za rzetelną pracę. Przychodzi mi do głowy jeszcze jeden kontrowersyjny aspekt funkcjonowania organizacji pomocowych: działania PR-owe. Ile to ja się nasłuchałam złośliwości nad reklamą fundacji ratującej konie z transportu, że za cenę wykupionego ogłoszenia mogłaby przecież pomóc. Swego czasu w Polsce odbywały się „spacery ludzi dobrej woli”, na których organizator opłacał każdy przechodzony kilometr na rzecz WWF, Wiosek Dziecięcych itp. Imprezy były huczne i organizacyjnie kosztowne, ale dawały okazję, by zebrać się na świeżym powietrzu, poćwiczyć i poznać miasto, w którym wyznaczono trasę. Uwielbiałam je, chodziłam co roku i wciągnęłam w nie rodzinę. To był świetny sposób na sobotnie popołudnie, ale i tak pojawiały się złośliwe komentarze, że równowartość kosztów tych wszystkich atrakcji można było po prostu przelać na konta wspieranych instytucji. Pewnie można było, ale gdzie reklama organizacji? Gdzie nagłośnienie problemu? Gdzie krzewienie idei, że pomaganie może być nie tylko wzruszające (nikt na tych spacerach nie chlipał), ale przyjemne i odprężające? Dla mnie ogromną wartością tej imprezy był przekaz, że robienie czegoś dla innych nie musi wiązać się z wyrzeczeniem. Mogę kogoś wesprzeć, a jednocześnie przeżyć cudowny dzień i jeszcze zaangażować w to bliskich. Wiele osób krzywo patrzyło też na fakt, że spacery organizowała firma produkująca buty. I że wykorzystywała je do reklamowania swych produktów. Ja nigdy nie widziałam w tym niczego złego. Oczywiście nie wierzę, że prywatni inwestorzy mogą zastąpić państwową opiekę socjalną (nawet nie powinni) ale dobrze, że w budowaniu wizerunku decydują się na charytatywne gesty. Warto nagradzać dobre praktyki.

    Odnoszę wrażenie, że w Polsce percepcja działalności charytatywnej cierpi na syndrom doktora Judyma. Jeśli pomagać, to za cenę osobistego szczęścia, za ostatni grosz.

    Nie przemawia do mnie natomiast przykład z kotem. Fakt, jestem kociarą, a do tego panicznie i histerycznie boję się oślepnąć. Zbieranie pieniędzy na operację zaćmy absolutnie mnie więc nie dziwi. Tym bardziej, że kotu trzeba potem znaleźć dom, a ślepota mogłaby ten proces pewnie utrudnić. Rozumiem też doskonale, że Twój rozmówca nie chciał przekazać zwierzęcia komuś, kto by je wypuszczał na dwór. Nikt, kto traktuje bezpieczeństwo kotów poważnie, tego nie zaleca. Dlaczego ktoś miałby zmarnować zainwestowany czas, zaangażowanie i środki na wysłanie zwierzęcia na śmierć (koty wychodzące rzadko przeżywają)? Myślę, że ten przykład ilustruje nie tyle, co jest o b i e k t y w n i e sensowne w pomaganiu, ale to, jak duży wpływ na ocenę pomocy mają nasze życiowe priorytety. Dla Ciebie dobro ludzi jest ważniejsze niż dobrostan zwierząt, więc wolałabyś wydać 2 tysiące złotych na budowę studni. Mnie dobro zwierząt od zawsze leży na sercu najbardziej i domyślam się, że nie chciałabym odbierać zwierzęciu szansy na pełną sprawność, więc przeznaczyłabym te 2 tys. na kota.

    Niepowodzenie zbiórki prowadzonej przez lekarzy też jestem w stanie zrozumieć. Dla Ciebie to klęska racjonalnej oceny, ile można by dzięki niej zdziałać. Dla mnie to potwierdzenie dość powszechnego przekonania: „za pewne rzeczy powinno płacić państwo!”. Zapewne niesłuszne, ale przyznam, że w trakcie czytania też miałam zgryz „kurde, nie powinno tak być, że zrzucamy się na coś, co powinno być na wyposażeniu szpitala”. Wielu ludzi z tego właśnie powodu (wiem, nie tylko) odwraca się od WOŚP i wyłącznie marketingowy talent Jurka Owsiaka, jego umiejętność wzbudzania pozytywnych emocji, sprawia, że ludzie nie kanalizują swej energii w złości na nieudolny system, ale właśnie w pomaganiu. Nie wspomnę o tym, że wielu ludzi lekarzom nie ufa, szpitale kojarzy bardzo negatywnie i gdy widzi prośbę lekarza o wsparcie, dokonuje podświadomego skrótu myślowego „pomagam lekarzowi/złodziejowi”, a nie: „pomagam Kasi/Basi/Paulince/bezbronnej osobie takiej jak moje dziecko albo ja”. Masz rację, że w pomaganiu pierwszym impulsem są emocje. Tutaj dorosła, zdrowa osoba nie ma szans wygrać z chorym dzieckiem. Nie mówiąc o tym, że ewidentnie źle znosimy, gdy jakiś autorytet (tu: lekarz) przyznaje się do bezradności.

    • disqus_TEDIsvII1h

      No ale właśnie cały Twój wywód na temat zbiórki lekarzy dowodzi, że dokładnie tak było: to była klęska racjonalnej oceny.
      Co do kota – też jestem kociarą, ale wydaje mi się, że ten przykład nie miał na celu przeciwstawienie dobrostanu zwierząt dobrostanowi ludzi. Chodziło tu chyba bardziej o skalę ilościową – ilu ludziom można pomóc za te same pieniądze, ale też jakościową – dyskomfort jednego kota przeciwstawiony cierpieniom ludzi, często dzieci umierających z głodu i pragnienia. Ja wiem, że trudno to jednoznacznie ocenić, ostatecznie dobrze że są i ludzie pomagający ludziom, i ci którzy pomagają zwierzętom.

      • Kocz1lla

        Po części klęska racjonalnej oceny, a po części ekspresja pewnego przekonania (które również ma racjonalne podstawy) co powinna zapewnić służba zdrowia. Pisałam o tym.
        A co do skali ilościowej. Zastanawiałam się, czy lepiej leczyć jednego kota, czy za te pieniądze pomóc dziesięciu innym i zawsze wychodziło mi, że postąpiono słusznie. Jak przejmuję nad kimś opiekę, to chcę zrobić dla niego wszystko, co tylko jestem w stanie. Dobrobyt wszystkich tych zwierząt i ludzi, którym nie pomogłam, pozostaje w sferze gdybań. Nie widziałam ich, nie znam ich potrzeb, skupiam się na tym, co mam.
        Co do przeciwstawiania „dyskomfortu jednego kota” „cierpieniom ludzi, często dzieci”, to tak już w życiu jest, że jednych bardziej rusza to pierwsze niż to drugie. Można się z tym nie zgadzać, ale nie ma sensu uznawać za nieracjonalne. Świat, w którym chcemy żyć, potrzebuje i dorosłych, i dzieci, i zwierząt.

        • MatkaSkaut

          To był jakiś czas temu temat, któremu poświęciłam dużo rozmyślań – czy jeśli postanawiam pomóc, to jest to jednorazowy gest, czy podjęcie się zobowiązania wobec tej osoby? To znaczy, czy to jest na pewno dobry pomysł, żeby na przykład wykupić z Unicefu szczepionki dla dzieci? No bo to jest tak – ja dam pieniądze, ileś dzieci w Afryce zostanie zaszczepionych. I na przykład dzięki tej szczepionce jedna mała dziewczynka uniknie śmierci w wyniku choroby. I co się z nią dalej stanie? W wieku 12 lat zostanie zgwałcona i zarażona HIV? A mając 13 lat zostanie matką? A potem w ciągu kilku miesięcy lub lat umrze z powodu jakiejś innej choroby lub zwykłego wycieńczenia i trwałego niedożywienia? Czy naprawdę ratowanie życia kolejnym dzieciom w Afryce jest rozsądnym pomysłem? Nie wiem. Nadal mam ustawiony przelew dla fundacji, która pomaga głodującym ludziom w Afryce, ale nie mam przekonania, że to jest na pewno dobry pomysł.

          • Not me

            Widzisz, zadajesz tu bardzo mądre pytania, których ja sobie nie zadałam podpisując stałe zlecenie dla UNICEFu. Moją pierwszą myślą jest, że jeśli to dziecko nie dostanie szczepionki, nie dostanie szansy na zdrowe życie. To jest cały czas tylko szansa, i wiele zagrożeń czyha na drodze do tego życia, ale jest jedno zagrożenie mniej. Nie rozwiążemy wszystkich problemów osoby/istoty której pomogliśmy, ale znowu- chyba niezbyt dobrze jest podchodzić do tematu „wszystko albo nic”. Tym nie mniej, uważam, że ważne, żeby pomoc była mądra i w miarę możliwości była wędką zamiast rybą. Żeby osoba która doświadcza pomocy nie czuła się bezwolna, bezsilna, zależna, bierna. Tutaj nie wiem, jak to rozwiązać, co ja mogę zrobić.

          • MatkaSkaut

            Też nie wiem. Dlatego nadal daję na tego typu akcje, ale gdzieś cały czas z jakąś taką wątpliwością z tyłu głowy, czy to jest na pewno dobry pomysł. Czemu Unicef wśród tych darów do wyboru (to się nazywa „Prezent bez pudła”) nie daje możliwości wykupienia (oprócz szczepionek czy żywności specjalistycznej dla małych dzieci) na przykład 1000 sztuk prezerwatyw?
            Swoją drogą, super mi się z Wami wszystkimi dyskutuje na ten temat, a co najlepsze, w Waszych komenatarzach zawarły się juz prawie wszystkie informacje, które chciałam zawrzeć w drugiej części tego wpisu (nawet mam tam podpunkt, który się nazywa „dawaj na wędkę a nie na rybę”). Pozdrawiam!

      • MatkaSkaut

        Tak, skala jest dla mnie ważna i to nie tylko w wypadku takiego konfliktu ludzie – koty. Opiszę taką historię, po której być może uznasz, że jestem bardzo okrutną osobą i nie powinnam być matką, ale obrazuje ona dobrze mój styl myślenia. Kilka miesięcy temu na naszym osiedlu miała miejsce kilkutygodniowa zbiórka pieniędzy na małą dziewczynkę pod hasłem „ratujmy oczko Poli”. Dziewczynka miała jakąś chorobę oka i w Polsce jedynym leczeniem proponowanym przez NFZ jest usunięcie gałki ocznej. Ale gdzieś w Ameryce czy innej Francji można zrobić operację. Nie pamiętam dokładnie kwoty, ale to chyba było coś około pół miliona złotych (albo nawet milion?). I co mijałam plakaty tej akcji albo widziałam skarbonkę na ten cel w kolejnym osiedlowym sklepiku, to myślałam: „sorry, nie ma mowy”. I to nie jest kwestia tego, że nie dałabym tej kasy akurat na tę dziewczynkę. Myślę (choć wiadomo, że znamy siebie samych tylko na tyle, na ile nas sprawdzono), że gdyby taka choroba dotknęła którąś z moich córek, to ja bym nie zbierała tych pieniędzy. Wydanie tylu pieniędzy oznaczałoby dla naszej rodziny np. ogromny kredyt spłacany przez wieeele lat, pożegnanie się z wizją komfortowego życia (np. w domu zamiast małego mieszkanka), pozbycie się wszelkich oszczędności, sprzedaż mieszkania i samochodu. Nie dokonałabym takiego poświęcenia na rzecz jednego z dzieci wiedząc, że nie jest to moje jedyne dziecko. Gdyby chodziło o życie, to wtedy tak, walczyłabym (a nawet sprzedała własną nerkę na czarnym rynku). Ale brak gałki ocznej choć jest inwalidztwem, niejest jakimś straszliwym kalectwem. Można z tym żyć, co więcej, można wieść kompletnie szczęśliwe życie pomimo takiej trudności. Także moje dzieci mają wyjątkowego pecha, że mają taką wyrodną matkę. I wyjątkowe szczęście, że nie mają żadnej chorej gałki ocznej.

        • Kocz1lla

          Akurat do tych zbiórek na rzadką chorobę oka jestem nastawiona bardzo sceptycznie, bo w podobnym czasie widziałam plakaty z prośbą o pomoc, dotyczące różnych dzieci.
          Ja tam nie uważam Cię za potwora, w sumie Twoje podejście jest bardzo wyzwalające. Może być z tego korzyść, tak umieć sobie powiedzieć, że przecież od utraty oka życie się nie kończy. Może świat byłby lepszy, gdyby ludzie uczyli się dystansu do ułomności zamiast je obsesyjnie naprawiać? Nie myślałam o tym w ten sposób…

        • S

          Wręcz przeciwnie, ja doskonale rozumiem taką postawę i uważam że prymat „serca” nad „rozumem” jest mocno przeceniany, a w życiu częściej powinniśmy kierować się ważeniem racji i racjonalnym myśleniem, którego przykład podałaś powyżej. Może lepiej brzmi „poświęciłam wszystko, żeby uratować chore oko córki”, ale tu jest mnóstwo innych racji, które także trzeba wziąć pod uwagę podejmując decyzje i które być może sprawią, że podejmie się lepszą decyzję (choć może mniej atrakcyjną, gorzej brzmiącą, mniej popularną).

          • MatkaSkaut

            Dzięki, za napisanie tego. Bo szczerze mówiąc, gdy podawałam ten przykład, to cała drżałam w środku, że teraz to rozpętam gównoburzę.

    • MatkaSkaut

      Dzięki za taki długi, merytoryczny komentarz!

      To postaram się po kolei:
      – z jednej strony sama napisałam o tym słusznym wynagrodzeniu, ale wiesz, że ręka mi drżała, gdy pisałam o zarabianiu 200 tys. w NGO? Ja naprawdę WIEM, że to jest racjonalnie ok (a nawet więcej niż ok, to jest słuszne), ale te zakorzenione stereotypy są strasznie silne! Świetny ten komentarz o sydromie Judyma – rzeczywiście, nawet sami ludzie pracujący w non-profit mają takie spojrzenie na sprawę na zasadzie: „no wiesz, czynię dobro, przecież wiadomo, że w związku z tym nie mam kasy”;

      – kojarzę te spacery charytatywne, to fajne wydarzenie było. Właśnie takie pomaganie, ale na wesoło, radośnie, a nie ze łzami w oczach i „litowaniem się”. To jest chyba tak samo, jak religijność w Polsce i w USA. W Stanach wiara, msze potrafią być takie radosne (choć to może wyglądać kiczowato), a w Polsce jakoś tak zawsze takie podejście „ważna sprawa = poważna sprawa” plus grobowe miny, bo uśmiechać się (głupkowato) nie wypada;

      – ci sponsorzy, to jest właśnie „odpowiedzialny biznes” – jasne, że firmy to robią, by się zareklamować. Ale mogły tę kasę na reklamę dać jakiejś fundacji, a mogły tyle samo wydać w firmie PR. To co jest lepsze? Według mnie pomaganie innym nie musi być motywowane li i tylko dobrem innych, aby „się liczyło” jako dobry uczynek;

      – co do kota – właśnie w drugiej części tego wpisu (oczywiście obiecałam, że będzie w tygodniu, a nie wiem, czy do jutra go dokończę) piszę, że każdy z nas ma inne priorytety i komu innemu jest najbardziej skłonny pomagać. Ja, pomimo, że miałam kota i bardzo go lubiłam, to za najbardziej humanitarne rozwiązanie uważałabym uśpienieakurat tego zwierzaka (wiem, że dla Ciebie to może brzmieć strasznie okrutnie. Na szczęście dla kota, nie był pod moją opieką, tylko pod opieką Marka). Rozumiem, że ta historia trafia akurat w Twój „miękki punkt” i Ty byś dała na to kasę. I ok. Ludzie są różni. Póki ja nie muszę, to jest dla mnie totalnie spoko;

      – co do zbiórki lekarzy – kurcze, jak najbardziej masz rację. W ogóle większość tych zbiórek na „chorą Amelkę” czy „niepełnosprawnego Wojtusia” czy nawet właśnie cały WOŚP, to jest łatanie nieudolności kolejnych ekip rządzących w uporządkowaniu sytuacji służby zdrowia. I tak zupełnie, zupełnie racjonalnie, to powinni ludzie się buntować przeciwko temu i nie dawać na takie cele. A z drugiej strony sobie od razu pomyślałam – to co zamist tego? No po powiedzienie: „wypchaj się pan, panie Owsiak”, to też nie jest rozwiązanie. W jaki sposób możemy działać na rzecz zmiany tej sytuacji? (to jest zupełnie serio pytanie, bo nie mam pomysłu)

      • Szpachlarz

        Według mnie zbiórki na „chorą Amelkę” nie muszą być dowodem na nieudolność ludzi u władzy (a to, że są nieudolni, to już inna sprawa…). Nie dysponujemy nieograniczonym budżetem i nigdy nie będziemy w stanie wyleczyć wszystkich ze wszystkiego. Ludzie ze służby zdrowia muszą podejmować decyzje, czy lepiej opłacić leczenie pięćdziesięciu tysięcy chorych na X, czy pięciu tysięcy chorych na Y za tę samą kwotę. Ludzie lubią w takich sytuacjach zarzucać brak serca, znieczulicę, ale niestety, dobrym sercem jeszcze nie opłacono niczyjej pracy. Właśnie w takich sytuacjach fundacje są ostatnią deską ratunku.

        • MatkaSkaut

          Racja. Zawsze się zastanawiam, czy jeżeli ratowanie jednego dziecka z bardzo rzadką chorobą kosztuje np. milion złotych, a za te same pieniądze można przeprowadzić ileś-dziesiąt operacji wszczepienia by-passów, to co powinno się zrobić?
          Zbiórki na chorych ludzi nie zawsze wynikają z nieudolności kolejnych ekpi rządzących (choć, szczerze mówiąc, to chyba żadna ekipa do tej pory się nie ma czym pochwalić w kwestii służby zdrowia). I wtedy fundacje i prywatne zbiórki są super. Ale jak czytam te opisy zbiórek, to mam wrażenie, że bardzo wiele z nich wynika właśnie z niewydolności polskiej służby zdrowia (bo w Polsce nie ma sprzętu albo przeszkolonych lekarzy). Dobrym przykładem jest masektomia – z tego, co czytałam, w UK podczas masektomii od razu wszczepia się kobiecie implanty piersi, by do litanii jej problemów nie dokładać zmagania się z poważną zmianą wyglądu. W Polsce (z tego, co mi wiadomo) amazonkom przysługuje na NFZ jeden stanik z atrapą piersi na pięć lat.

          • Szpachlarz

            Jeden stanik z atrapą na pięć lat to wstyd, nie ma wątpliwości.

      • Kocz1lla

        Żeby nie było, od lat co roku do tej puchy wrzucam, bo na NFZ mogę się obrażać, ale wiem, że na koniec dnia liczy się realna pomoc. No i znowu: Jerzy Owsiak potrafił nadać temu pomaganiu prawdziwie humanistyczny wymiar. Ludzie się wzruszają, ale i cieszą, bawią, spotykają dla rozrywki, finał WOŚP to wydarzenie towarzyskie. To jest fajne! I jest to część polskiej kultury, a także spory kawałek mojego życia, bo kiedy ruszyła pierwsza taka impreza, miałam zaledwie 10 lat. Orkiestrę kojarzę już od podstawówki.

        • MatkaSkaut

          Też w sumie nie korzystam z opieki państwowej na co dzień. Widzisz, nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. Doświeżające, żeby spojrzeć na to z takiej perspektywy.
          Co do Owsiaka – też nadal daję i też mam poczucie, że dzięki swojej osobowości, potrafił z tej jednej styczniowej niedzieli w roku zrobić prawdziwe święto. Na prawdę, jak się tego dnia wychodziło a domu, to czuło się taką radosną atmosferę i to jest naprawdę mega osiągnięcie.