O mądrym dawaniu

Jeśli jeszcze ktoś się nie zorientował, to chcę poinformować, że idą święta. Wiem to, bo w galeriach handlowych atakują nas: Mikołaje-przebierańcy, świąteczne piosenki i… akcje charytatywne. W związku z tym, dziś kilka refleksji, które pomogą Wam dawać tak, by Wasze pieniądze zrobiły jak najwięcej dobrego.

Ponieważ nie mamy telewizora, a zakupy w dużym supermarkecie robię raz w tygodniu, to dopiero ostatnia wizyta w kinie z córką i przemarsz przez galerię handlową w sobotnie popołudnie uświadomiło mi, że nadszedł świąteczny czas. Podczas tego przemarszu, częściej niż przez hostessy przebrane za śnieżynki, byłam zaczepiana przez wolontariuszy, którzy prosili mnie o pomoc dla: małej Julki z wadą serca, bezdomnych, głodne dzieci i hospicjum. A że mam za sobą kilkuletnie doświadczenie pracy i wolontariatu w fundacji oraz wiele lat doświadczenia współprowadzenia drużyny harcerskiej (co także jest działalnością non-profit dla dobra innych, szczególnie, gdy jest się instruktorem harcerskim), to chciałabym Wam trochę opowiedzieć o pomaganiu od strony tego typu instytucji. Aby Wasze pieniądze, o ile postanawiacie już sięgnąć do portfela, zostały wydane sensownie.

Zdjęcia we wpisie pochodzą z unsplash.com

Oczywiście zanim napisałam chociażby jedno słowo tego wpisu, to zaczęłam od przeszukania internetu pod kątem danych na temat pomagania w Polsce. Dane, którymi będę się posługiwać pochodzą z badań CBOS-u[1] i raportów TNS[2]. Czego można się z nich dowiedzieć? Ano, że ponad jedna trzecia Polaków nie pomaga w ogóle. I ten odsetek utrzymuje się na podobnym poziomie od kilku lat. Tymczasem osób, które pomagają innym więcej niż kilka (tak! Kilka. Nie kilkanaście czy kilkadziesiąt.) razy w roku jest mniej niż 10 procent. A, gdy zapytać ludzi o powody niepomagania, to dowiadujemy się, że Polacy uważają siebie nadal za naród „na dorobku”. „Nie daję, bo muszę dbać o siebie i swoją rodzinę” to powód wymieniany przez 73 procent badanych[3]. Jednocześnie 46 procent Polaków uważa, że nie stać ich na to, by pomagać innym regularnie (np. co miesiąc)[4].

A jeżeli już ktoś się decyduje pomagać, to kogo wybierze? Pomaganie, to „poryw serca” – szczególnie dla osób, które robią to od święta. W związku z tym ludzie oddają swoje pieniądze tam, gdzie ich serce zostaje najbardziej poruszone i łezka się w oku zakręci. Na przykład jeśli chodzi o odliczanie 1 procenta, to od lat, niezmiennie, najwięcej kasy zbierają fundacje zajmujące się: dziećmi, nieuleczalnie chorymi i zwierzętami[5]. I tu moja wątpliwość. Przy takich statystykach pomagania w Polsce powinnam się cieszyć, że ktokolwiek chce dać cokolwiek na kogokolwiek. I się nie czepiać. Ale jeśli to nie jest Wasz pierwszy wpis na tym blogu, to wiecie, że czepianie się jest wdrukowane w moje DNA. Zacznę litanię czepialstwa od historii z mojego życia.

Byłam kiedyś na spotkaniu dla ludzi pracujących dla NGO[6]. Chodząc sobie z herbatką w jednej ręce, a krakersem w drugiej, poznawałam ludzi pracujących w innych krakowskich fundacjach. W dłuższą rozmowę wdałam się z pewnym mężczyzną (nazwijmy go Marek), który z wielkim zaangażowaniem opowiadał mi o fundacji, którą stworzył. Organizacja zajmuje się wyłapywaniem bezdomnych kotów, leczeniem ich i znajdowaniem im domów adopcyjnych. Brzmiało spoko. Ale im dłużej Marek opowiadał mi o swojej działalności, tym bardziej miałam poczucie, że mózg mi zaraz eksploduje. Na przykład skarżył się, że największą część ich kosztów stanowią rachunki od weterynarzy i jako przykład podał 2 tysiące złotych za operację zaćmy u jednego z kotów (wybaczcie, być może przekręcam i operacja akurat tego schorzenia tyle nie kosztuje, opieram się tu tylko na moich wspomnieniach sprzed dobrych kilku lat). Dodatkowo, tłumaczył mi, że jeżeli ktoś ma dom z ogrodem, to nie może u nich adoptować kota, bo ten kot mógłby uciec z podwórka i wpaść pod samochód. Długo po tej rozmowie nie mogłam dojść do siebie… 2 tysiące złotych… na jednego kota… który nie będzie potem mógł mieszkać w domu z ogrodem, bo to dla niego zbyt niebezpieczne…

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać…

Nie wiem, czy to jest historyjka, która do Was przemawia. Być może bardzo lubicie koty i też byście się zrzucili na tę operację. Ja bym tego nigdy nie zrobiła. Ponieważ, jeśli decyduję się podarować komuś moje pieniądze, to chcę, aby za ich pomocą zrobić jak najwięcej dobrego. Za te 2 tysiące złotych, poprzez stronę UNICEFu, można kupić prawie 23 zestawy tabletek uzdatniających wodę. Po 5 tysięcy tabletek w każdym zestawie. Każda tabletka uzdatnia 5 litrów wody. Tabletki zostaną przekazane do Afryki, do regionów, gdzie aktualnie panuje susza albo stan klęski żywiołowej (i uzdatnią tam, jak już zapewne sami wyliczyliście, 23x5000x5= 575 000 litrów wody).

Oprócz przykładu z bezdomnym kotem, mam też inny, który sprawił, że moje myślenie o pomaganiu zaczęło się zmieniać. Nie wiem, czy znacie portal siepomaga.pl. Można tam znaleźć indywidualne zbiórki, gdzie ludzie zbierają pieniądze na bardzo zróżnicowane cele. Najlepiej oczywiście idzie zbieranie pieniędzy na chore dzieci. Sama niejednokrotnie przesyłałam ze łzami w oczach pieniądze na jakieś małe dziecko, które potrzebuje drogiego, eksperymentalnego leczenia w USA. Ale któregoś dnia trafiłam tam na zbiórkę, która sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać. Była to zbiórka stworzona przez lekarzy dziecięcego centrum kardiologicznego. Okazało się, że zepsuło im się jakieś narzędzie konieczne przy części operacji serca, które przeprowadzali. W budżecie szpitala nie było pieniędzy na ten cel, więc pracownicy zwrócili się do internautów po pomoc. Samo narzędzie, na zdjęciu, wyglądało dość niepozornie – ot, dziwny, niewielki kawałek metalu. Kosztowało kilkanaście tysięcy złotych. Liczba osób, która chciała wesprzeć ten cel była żenująco niska. Tymczasem zbiórki o nazwach: „ratujmy małe serduszko Amelki, zanim przestanie bić” albo „dziurka w serduszku Olusia” zbierały kwoty wielokrotnie wyższe. I wtedy moje racjonalne myślenie włączyło się na dobre. Ile takich Olusiów i Amelek nie zostanie uratowanych, jeśli lekarze nie dostaną tego narzędzia? A ile dzieci ucierpi, jeżeli nie uda się zebrać pieniędzy dla Amelki albo Olusia?

Pomaganie jest odruchem serca. I tak jakość intuicyjnie wydaje się, że gdy kierujemy się w kwestii pomagania emocjami, to robimy dobrze. Niestety, tak nie jest. Wybieramy to, co nas najbardziej wzrusza, co jest nam bliskie, to, o czym jest akurat głośno. A to nie jest to samo, co pomaganie tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna. I to nie tylko ja doszłam do takiego wniosku, podczas przeglądania zbiórek na siepomaga.pl Tym zagadnieniem zajmuje się „efektywny altruizm”. W wielkim skrócie ludzie, którzy zajmują się efektywnym altruizmem, starają się odpowiedzieć na pytanie: „jak i komu należy pomagać, by najefektywniej zmniejszyć ilość cierpienia na świecie?”[8]. Tego rodzaju racjonalne podejście do dobroczynności każe odłożyć na bok nasze wzruszenia i zastanowić się poważnie, czy to, na co chcemy dać nasze pieniądze ma jakikolwiek sens.

Cytat ze strony effectivealtriusm.com

Większość respondentów w badaniu TNS[2] na pytanie: „dlaczego pomaga Pan(i) innym?” odpowiada, że ze względu na osobistą satysfakcję (39 procent). No i oczywiście, jeśli ta osobista satysfakcja jest dla nas priorytetem, to powinniśmy dawać pieniądze na to, co nas najbardziej wzrusza. Jeżeli najbardziej wzrusza na bezdomny kot z zaćmą, to dajmy tę kasę właśnie na niego. Tylko 21 procent respondentów stwierdziło, że pomaga, ponieważ dobroczynność pomaga rozwiązywać trudne problemy. Czyli wychodzi na to, że racjonalny aspekt pomagania, zastanawianie się „ile dobrego jest w stanie uczynić każda moja złotówka?” nie jest popularnym sposobem myślenia. A szkoda. Bo dzięki takiemu podejściu może my, osobiście, czulibyśmy się mniej zajebiście, ale świat miałby szansę poczuć się dużo lepiej.

O tym, jak realnie zmienić świat za pomocą organizacji non-profit opowiada Dan Palotta w swoim wystąpieniu dla TED. W wypowiedzi Dana nie pada ani razu zwrot „efektywny altruizm”, a on sam nie skupia się na odpowiedzi na pytanie: „na walkę z jakimi problemami dawać?”. Zamiast tego Dan tłumaczy, na co tak naprawdę fundacje potrzebują pieniędzy. I ja się z nim w pełni zgadzam (co więcej, myślę, że każdy pracownik sektora non-profit zgotowałby Danowi za tę przemowę owację na stojąco, ze łzami w oczach).

Serdecznie Wam polecam to wystąpienie, bo widać, że to jest człowiek z misją i pełen zapału, by zmieniać świat. Dla wszystkich, którzy jednak wolą czytać, postaram się streścić to, o czym opowiada Dan.

Dan uważa, że organizacje non-profit nie mają szans na to, by realnie zmieniać świat. A to dlatego, że problemy naszego świata są wielkie (bieda, głód, choroby, wojny, agresja, dyskryminacja), a NGOsy są małe i słabe. I że to my sprawiamy, że one takie są. Nasz sposób myślenia o organizacjach non-profit powoduje, że nie mają one żadnych szans stać się silnymi i walczyć z największymi problemami tego świata. Dan wylicza kilka przekonań, które żywimy wobec fundacji, a które (choć intuicyjnie wydają się słuszne), to tak naprawdę są kompletnie błędne.

1. Pracując w organizacji non-profit nie można zarabiać dużych pieniędzy.

Nie mamy nic przeciwko temu, by ludzie zarabiali na niepomaganiu innym. Co więcej, nie patrzymy z jakimś szczególnym potępieniem na tych, którzy zarabiają na szkodzeniu innym (np. producentów brutalnych gier komputerowych dla dzieci i młodzieży). Wręcz przeciwnie, jeśli takie osoby pochwalą się, że zarabiają na przykład dwa miliony złotych rocznie, to będziemy ich uważać za „ludzi sukcesu”. Ale jeśli jakiś szef fundacji powiedziałby, że zarabia 200 tysięcy rocznie, to by go społeczeństwo ukrzyżowało. Tymczasem ludzie z bardzo dobrym wykształceniem, z wysokimi umiejętnościami i doświadczeniem zawodowym, innymi słowy „profesjonaliści”, to drogi towar na rynku pracy. A jednak firmy nie wahają się zatrudniać takich ludzi i płacić im wysokich pensji (a przecież mogliby za te same pieniądze zatrudnić pięciu studentów!). Oczywiście, że wysokie wynagrodzenie nie oznacza automatycznie, że mamy do czynienia ze specjalistą w swojej dziedzinie. Ale prawdziwi profesjonaliści cenią samych siebie i wiedzą, ile są warte ich umiejętności.

Tymczasem spora część społeczeństwa uważa, że ludzie pracujący „w pomaganiu” powinni to robić za darmo, w ramach wolontariatu. A jak już za pieniądze, to jak najmniejsze. Tylko dlaczego ktoś, kto jest specjalistą w swojej dziedzinie, ma wybierać czy chce dobrze dla siebie i swojej rodziny czy chce dobrze dla świata? A rzeczywistość NGOsów tak wygląda. Czyli albo chcę robić coś dobrego dla innych i w związku z tym godzę się na to, że ja i moja rodzina całe życie będziemy się borykać z trudnościami finansowymi albo idę pracować do korpo za kilkukrotnie większą kasę i będę robić rzeczy, które o pomaganie innym nawet się nie ocierają. Ja sama znalazłam się kilka lat temu w sytuacji, gdzie zorientowałam się, że mam super pracę, gdzie się spełniam i pomagam innym. A jednocześnie mam jedno dziecko, drugie w drodze, prawie trzydzieści lat i pracuję na śmieciowej umowie za mniej niż tysiąc złotych miesięcznie. I gdybym chciała wziąć kredyt albo nawet kupić telefon na abonament, to bank czy operator komórkowy by mnie śmiechem zabili. Profesjonaliści, ludzie dorośli, z dzieciakami i kredytami, chcą stabilizacji. Chcą żyć wygodnie, chcą, żeby ich wynagrodzenie odzwierciedlało ich wartość na rynku pracy. Czy to znaczy, że są źli i pazerni? Dlaczego w naszych głowach praca „dla idei” jest równoznaczna z poświęceniem swojego (i swojego współmałżonka, i swoich dzieci) dobra przez całe życie?

2. Pieniądze wydane przez fundacje na „koszty własne” to w najlepszym razie marnotrawstwo (a w najgorszym – kradzież i malwersacja).

Wyobraź sobie dwie fundacje. Pierwsza, 95 procent pieniędzy z darowizn oddaje potrzebującym, a 5 procent zatrzymuje na koszty własne. Druga, 60 procent oddaje na potrzebujących, a resztę zatrzymuje na koszty własne. Której chętniej dasz swoje pieniądze? Wybór wydaje się oczywisty – przecież każdy chce, by jego pieniądze trafiały do potrzebujących. A jeśli Ci powiem, że pierwsza fundacja zbiera rocznie około 40 tysięcy złotych, a druga około 40 milionów złotych, to czy to zmieni Twoją decyzję?

Ludzie odczuwają jakiś dziwny niepokój w związku z tym, że fundacje, aby działać, muszą wydawać zebrane pieniądze także na koszty własne. W związku z tym, istnieje ogromny nacisk na to, by fundacja wydawała „na siebie” jak najmniej[9]. No bo wtedy zostaje więcej do rozdania, logiczne! No właśnie nie. Takie podejście jest logiczne tylko, gdy zakładamy, że każda fundacja co roku zbiera dokładnie taką samą kwotę pieniędzy. Bo tylko w takim wypadku można porównywać procenty i stwierdzać, że 95 procent jest lepsze, niż 60 procent. Ale w realnym świecie, nasze pierwsze pytanie powinno brzmieć: „ale 95 procent od jakiej kwoty?”.

Gdy ludzie prowadzą firmy, to bardzo szybko się uczą, że aby firma się rozwijała, to trzeba w nią inwestować pieniądze (albo się nie uczą i bankrutują). Właściciele orientują się, że wydatki na: wysokie pensje dla wykwalifikowanych pracowników, szkolenia dla pracowników, reklamę, dobrej jakości materiały czy sprzęt, inwestycje w innowacje, to nie są „wyrzucone pieniądze”. To są podstawy, które pozwalają firmie rozwijać się i przynosić coraz większe zyski. Tymczasem, gdy przychodzi do organizacji non-profit, to nagle wszyscy zakładają, że to jest jakiś równoległy wszechświat, w którym te wszystkie prawa rynku nie działają. Że fundacja może:

– utrzymywać się tylko dzięki pracy wolontariuszy lub pracy ludzi fatalnie opłacanych;

– stawać się coraz bardziej rozpoznawalną i ściągać do siebie kolejnych darczyńców pomimo braku nakładów na reklamę;

– wykonywać „dobrą robotę” pracując w fatalnych warunkach lokalowych i na materiałach najgorszej jakości.

No to się chyba właśnie nazywa „bożonarodzeniowy cud”.

Fajnie by było, gdyby reguły kapitalistycznego rynku nie dotykały organizacji non-profit. Gdyby mogły one działać, rosnąć w siłę i pomagać coraz większej liczbie ludzi (lub zwierząt) bez potrzeby oglądania się na księgowość i budżet. Ale tak nie jest. Fundacje działają w takich samych warunkach, co firmy, które mają przynosić zysk. Tymczasem ludzie, myśląc o nich w sposób, który opisałam powyżej, nie pozwalają im na rozwój. I póki nasze myślenie się nie zmieni, to sytuacja NGOsów też się nie zmieni.

W raporcie TNS „Dzieląc się, pomagasz innym”[2] padło pytanie: „a kto według Pana(i) odpowiada za wspieranie osób szczególnie dotkniętych przez los albo tych, którzy z życiem radzą sobie gorzej?”. Poniżej macie wyniki.

Wycinek z raportu TNS[2]

I tutaj nachodzi mnie smutna refleksja. Bo z jednej strony ludzie nie dają na fundacje albo dają sporadycznie. Co więcej, swoim sposobem myślenia utrudniają fundacjom jakikolwiek rozwój czy możliwość działania na szerszą skalę. A z drugiej strony, mają oczekiwania, że te fundacje będą odgrywały istotną rolę we wspieraniu potrzebujących. Jak to miałoby być możliwe? To chyba kolejny „bożonarodzeniowy cud”.

Może jestem pesymistką, ale nie wierzę, że coś w naszym świecie zmieni się na lepsze za pomocą cudów. W związku z tym nie ma też co na nie czekać. Zamiast tego trzeba zacząć działać. I jak najbardziej można zacząć od podzielenia się z innymi naszymi pieniędzmi. Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis wesprze Was w tym, by pomagać częściej. I mądrzej.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. W tygodniu wrzucę drugą część tego wpisu, gdzie napiszę krótko (to znaczy poniżej czterech stron) o różnych wskazówkach, które pomogą Wam wspierać fundacje w najbardziej produktywny sposób.

P.s.2. Przepraszam za te gówniane reklamy pod wpisem, nie wiem skąd to się wzięło ani jak to zlikwidować :/.

[1] Dobroczynność w Polsce – do ściągnięcia za darmo

[2] raporty TNS dostępne bezpłatnie na stronie http://www.tnsglobal.pl/archiwumraportow/?s=dobroczynno%C5%9B%C4%87

[3] http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/filantropia-zloty-interes-dla-wszystkich/c06qh

[4] http://www.tnsglobal.pl/coslychac/2015/04/14/dobroczynnosc/

[5] Tu artykuł dotyczący rozliczeń za 2015 rok: http://superbiz.se.pl/opinie-biz/1-procent-do-kogo-trafia-nasze-pieniadze-i-kto-dostanie-najwiecej_807588.html

[6] „NGOsy” to organizacje pozarządowe (non governmental organization)

[7] Na wypadek, gdyby ktoś poczuł nagłą potrzebę zakupu takich tabletek, tutaj link do strony https://www.unicef.pl/Prezenty-bez-pudla/Produkty/Tabletki-uzdatniajace-wode

[8] Jeśli ten temat Cię zainteresował, to tutaj masz polską stronę tego ruchu – http://efektywnyaltruizm.org/ , a tutaj książkę (sama nie czytałam, ale teraz czuję się bardzo zaciekawiona) na ten temat – Paul Bloom, Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnych współczuciem (tutaj można przeczytać fragment książki – http://kognitywistyka.kul.pl/przeciw-empatii-argumenty-racjonalnym-wspolczuciem-paul-bloom/ ).

[9] Tutaj przykład tego, jak ludzie reagują na informacje, że ktoś na pomaganiu zarabia – http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/415829,ile-owsiak-zarabia-na-orkiestrze-dane-ze-sprawozdania-finansowego-wosp.html . Już sam ton artykułu sugeruje, że wydawanie przez fundację pieniędzy na „koszty własne” to coś złego (sformułowanie „przejada”). Ale komentarze pod tym artykułem to już prawdziwy festiwal nienawiści.