Odwaga w sercu

Jeśli miałabym tylko jedną szansę w życiu powiedzieć swoim dzieciom albo jakimkolwiek innym ludziom coś, co miałoby zmienić ich życia na lepsze, to wybrałabym ten film.

Brene Brown „Potęga wrażliwości” → KLIK

W 20 minut Brene Brown podejmuje tak wiele tak ważnych tematów, że nie dam rady odnieść się do nich wszystkich w jednym wpisie. Uznajmy, że dzisiaj będę pisać tylko o tym, co ona mówi do 14-stej minuty. A przy innej okazji zajmę się resztą.

Gdy pracowałam jako psycholog z młodzieżą, to zawsze robiłam zajęcia, na których opowiadałam im o tym, jak ważne jest otwieranie się przed innymi i tworzenie związków z ludźmi. Za każdym razem sobie myślałam: „o matko! Ależ wy jesteście szczęśliwymi ludźmi! Ktoś daje wam pod nos najważniejszą rzecz, jakiej w życiu możecie się nauczyć, by być szczęśliwymi. Za darmo! A jest na świecie dużo ludzi, którym dowiedzenie się tego zajmie wiele, wiele lat. Albo nie nauczą się tego wcale. Co ja bym dała, aby ktoś mi to powiedział, jak miałam 13 lat”. I dlatego dzisiaj chcę się tym podzielić z Wami. I proszę, podzielcie się tą informacją z każdą osobą, której dobrze życzycie.

No to zaczynamy! Na początek pytanie: jeśli mamy dwa pojęcia: „zaufanie” i „otwartość”, to jaka zależność między nimi zachodzi? Czy zaufanie powoduje otwartość? Czy też to otwartość wywołuje zaufanie? A może jedno w żaden sposób nie wpływa na drugie? W naszej kulturze przyjęte jest powiązanie tych dwóch pojęć na zasadzie: „jeśli ci zaufam, to się przed tobą otworzę”. I co za tym idzie: nie można ufać obcym, nie opowiadam o sobie niedawno poznanym ludziom, muszę znać kogoś bardzo długo, by pozwolić sobie na otwarte mówienie o swoich trudnościach czy kłopotach.

A co byście pomyśleli, gdybym Wam powiedziała, że zależność między tymi dwoma pojęciami działa też w drugą stronę? I to jak działa! Otwartość wobec ludzi powoduje zaufanie. Wraz z zaufaniem pojawia się więź i poczucie bliskości z drugim człowiekiem. I tak jak znana wszystkim wersja „zaufanie→ otwartość” wymaga wiele czasu, tak wersja „otwartość→zaufanie” działa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiele razy obserwowałam podczas treningów interpersonalnych czy grup terapeutycznych, jak ludzie, którzy spotykają się raz w tygodniu na kilka godzin, nagle, w ciągu kilkudziesięciu minut, nawiązują więź. No i od razu zastrzegam – taka więź, pomimo że osiągnięta „metodą fast” nie jest w niczym gorsza, niż ta w „wersji slow”. Ja wiem, że to sprzeczne z jakimś takim ogólnym przeświadczeniem, że „wszystko, co dobre, dojrzewa z czasem”, a rzeczy, które można osiągnąć czy zrobić szybko, są nietrwałe czy mniej wartościowe. Ale to nie jest taki przypadek.

Długość relacji wcale nie przekłada się w oczywisty sposób na jej jakość. Niekiedy utrzymujemy relacje, które trwają latami, ale kompletnie nie oznacza to, że są wartościowe czy bliskie. Po prostu zatrzymujemy się na bardzo niskim poziomie otwartości z daną osobą i utrzymujemy ten stan. Oczywiście, rozmawialiśmy z tym człowiekiem setki razy na wspólnych spotkaniach, ale zawsze np. o pracy, upałach, cenach benzyny, ewentualnie o innych wspólnych znajomych. I czy naprawdę ta znajomość jest bardziej wartościowa dzięki temu, że trwa tyle czasu? Więzi międzyludzkie są tym bardziej wartościowe, im są głębsze.

A teraz jeszcze ciekawsze pytanie – jeśli Olga zwierzy się Markowi, którego niedawno poznała, ze swoich kłopotów rodzinnych, to które z nich poczuje zaufanie i bliskość? Wiele osób odpowiedziałoby, że Marek. No bo w jakiś sposób jest to miłe i wyróżniające, że ktoś postanowił podzielić się z nami swoją historią. Niestety, nie. Bliskość czuje ten, kto zdecydował się zwierzyć. Kto podjął ryzyko, „wystawił się”. O tym właśnie mówi Brene w filmiku. Odwaga, by otworzyć przed kimś serce, pozwala nam nawiązywać bliskie relacje. I tak, wiąże się to z pewnym ryzykiem. Ryzykiem, że zostaniemy odrzuceni, zranieni, wyśmiani, obgadani. Takie ryzyko zawsze istnieje (i tak naprawdę jest dużo, dużo mniejsze, niż się ludziom wydaje). Ale drugą stroną tego ryzyka jest ogromna szansa. Szansa na bliską relację, na przyjaźń na całe życie, na miłość, na bliskość z drugim człowiekiem. A nie da się być w życiu szczęśliwym bez tego.

Znacie takich Marków? Może sami nimi jesteście? Takich, co to zawsze chętnie wysłuchują zwierzeń innych? Mogłoby się wydawać, że jest to sytuacja do pozazdroszczenia – ludzie chcą się z nimi dzielić swoimi tajemnicami. Ale są to najczęściej osoby, które nie dają nic w zamian. To znaczy – nie mówią nic o sobie. I niezależnie od tego, ile zwierzeń wysłuchały, nigdy nie czują się z nikim naprawdę blisko. Bo nie decydują się na to, by „się wystawić”. Specjalnie używam tu takiego określenia, które najczęściej jest uważane za pejoratywne. „Być frajerem”, „wystawić się”. Uważam, że właśnie „bycie tym frajerem, co się wystawia”, jest drogą do szczęścia w życiu. Bo można powiedzieć, że się wystawiłam, a można powiedzieć, że postanowiłam otworzyć się przed drugą osobą, licząc na to, że mnie zrozumie. Albo że pozwalam komuś, by zobaczył mnie, zobaczył mnie naprawdę. Nie jako fasadę, „fajną dziewczynę”, „wyluzowaną babkę”, „profesjonalistkę”, ale jako człowieka. Wraz z jego niepokojami, lękami, zmartwieniami i radościami. Dokładnie to samo zachowanie. Zupełnie inne opisy.

Wiele razy spotykałam w życiu ludzi, którzy są gorącymi wyznawcami założenia, że nie można się zwierzać innym. Często, obcując z nimi, miałam wrażenie, że jestem gestapowcem próbującym wydrzeć jakieś tajne informacje od żołnierza AK. Że każda informacja na temat czyjegoś życia jest super-tajemnicą. Że nie mogę się dowiedzieć: czy się z kimś umawia? Czy lubi ludzi u siebie w pracy? Co robią jego rodzice? Dla niektórych to są zwykłe tematy i mogą zacząć o tym opowiadać zupełnie niepytani. A dla innych to są jakieś Himalaje ekshibicjonizmu. I ci drudzy bardzo sobie utrudniają nawiązywanie relacji z ludźmi. A teraz zadajmy sobie takie racjonalne pytanie: co złego stałoby się, gdyby ktoś zamiast kręcić, zmieniać temat albo odpowiadać zdawkowo postanowiłby normalnie coś o sobie opowiedzieć? Jaka krzywda mogłaby tę osobę spotkać? Bo wydaje mi się, że ci „Markowie” mocno przeceniają możliwe szkody, a nie doceniają ceny, jaką płacą za swoje milczenie.

Tacy ludzie nie decydują się na otwartość z powodu strachu i wstydu. Lęku, że gdy dopuszczą kogoś do siebie, szczerze opowiedzą o sobie, to okaże się, że inni ocenią ich jako niewartych relacji. Tymczasem wyniki badań Brene kompletnie temu przeczą. Okazuje się, że aby mieć bliskie relacje w życiu nie trzeba być wystarczająco: fajnym, ciekawym, inteligentnym, zabawnym, bogatym ani pięknym. Wystarcza odwaga. Wystarczy, że chcemy „opowiedzieć innym historię swego życia całym sercem”. A jaka to jest historia, okazuje się być zupełnie bez znaczenia. I jeszcze jedna ważna rzecz – odwaga nie oznacza, że nie boisz się czegoś zrobić. Odwaga oznacza, że robisz to, pomimo strachu. Odkrycie się przed ludźmi nie jest łatwe ani komfortowe. Ale jest niezbędne, by poczuć się blisko.

Cztery lata doświadczenia w pracy psychologa to może nie jest jakoś straszliwie dużo. Ale ani razu nie usłyszałam, aby ktoś zdecydował się na otwartość i zawiódł się na tym. Najczęściej ludzie opowiadali o ogromnej uldze, poczuciu szczęścia, bliskości z innymi. No i żałowali, że nie zrobili tego wcześniej. Ja wiem, że im więcej lat trwa się w takim stanie, im dłużej się człowiek skupia na chronieniu swoich tajemnic, na wstydzie, na myślach: „co oni sobie pomyślą?”, tym trudniej. Tym bardziej nierealne wydaje się postąpienie któregoś dnia inaczej. Może tłumaczysz sobie to tak, że Ty przecież nie chcesz mówić tylko o jednej rzeczy, a o innych gadasz, więc to wcale nie wpływa na Twoje relacje z innymi. Błąd, wpływa. Ponieważ to nigdy nie jest tylko mały wycineczek.

Przykład? Nie chcesz nikomu powiedzieć o tym, że Twoi rodzice się rozwiedli. I nagle nie możesz opowiadać nic o swoich rodzicach, bo by się wydało, że mieszkają oddzielnie. Nie możesz opowiedzieć jak spędziłaś święta, bo trzeba by powiedzieć, że byłaś na dwóch Wigiliach. Nie powiesz dlaczego zabrałaś tylko mamę na wycieczkę. Nie powiesz, czego się najbardziej boisz w związkach albo dlaczego się martwisz, że Twój partner robi tak czy inaczej (bo musiałabyś powiedzieć, że Twój tata też tak robił, zanim postanowił się rozwieść z mamą). Będziesz ukrywać, że jesteś zła albo poirytowana, bo Twoja matka znowu do Ciebie dzwoniła poskarżyć się, jak to tata źle ją potraktował. I tak dalej. I nagle okazuje się, że nie mówisz innym o sporym wycinku swojego życia. I to takim, który mocno Cię zajmuje emocjonalnie. A ludzie to czują. Czują, że są odsuwani, czują, że nie pozwalasz im podejść bliżej.

Dlatego powtórzę to jeszcze raz: nigdy, NIGDY nie poczujesz się blisko z innymi ludźmi, jeśli nie zdecydujesz się na skok nad przepaścią*. Niestety, tak to działa. Albo „trzy, cztery i skaczemy”, czyli decydujesz „się wystawić” albo myślisz „nieodpowiedni moment / za mało się znamy / wyśmieje mnie / co on sobie o mnie pomyśli?” i wycofujesz się po raz kolejny. A może ta tajemnica, którą tak skrzętnie skrywasz, ten temat, na który tak wstydzisz się porozmawiać, to poczucie, że nie jesteś wystarczająco fajna, nie jest aż tak wielką sprawą jak się wydaje? Nigdy się tego nie dowiesz, jeśli nie zaryzykujesz. A jeśli nie podejmiesz tego ryzyka, to już w tej chwili mogę Ci powiedzieć, jak będzie dalej wyglądało Twoje życie. Niby będziesz spędzać z ludźmi czas, niby będą Cię lubić, ale z nikim nie poczujesz się naprawdę blisko, nikogo nie określisz „mój przyjaciel”.

Jak widzicie, sposób na to, by nawiązywać bliskie relacje z ludźmi, jest w zasięgu ręki. Każdy może to zrobić. A ze swojego doświadczenia napiszę jeszcze, że jeśli ktoś spróbuje, to działa jak magia. Jeśli zdecydujesz się na taką odwagę, to skutków tego nie odczujesz za rok czy dwa. Ani dopiero po 20-stym czy setnym takim doświadczeniu. To nie jest jak odchudzanie czy nauka jazdy samochodem. Jeśli podejmiesz ryzyko i dasz się komuś zobaczyć, bez kręcenia, koloryzowania czy przemilczenia niewygodnych faktów, to różnicę poczujesz od razu. I to będzie niesamowite uczucie. Proszę, zaufaj mi na ten jeden raz. Co masz do stracenia? Przecież jeśli się okaże, że to nie działa (nie okaże się!), to zawsze, ZAWSZE możesz wrócić do trzymania ludzi na dystans. A co, jeśli po tym jednym razie wyjdzie na jaw, że to jednak super sprawa tak szczerze z ludźmi o sobie rozmawiać? I że chcesz więcej?

Gdy pierwszy raz zobaczyłam filmik z Brene, to zachwyciło mnie, jak prosto i pięknie ona o tym wszystkim opowiada. Same informacje nie były dla mnie nowe. Dowiedziałam się tego samego, ale w dużo trudniejszy sposób – najpierw jako uczestnik terapii (indywidualnej, grupowej), a potem jako szkolący się terapeuta. Trochę późno zrozumiałam, że to, że będę ludziom mówić, że jest mi trudno, że nie wiem, jak się zachować w ich towarzystwie, że tak strasznie się boję, że mnie odrzucą, czyni mnie właśnie wartą poznania i zbliża mnie do nich, a nie oddala. Mam poczucie, że teraz czerpię z tej wiedzy pełnymi garściami. I jeśli miałabym wybrać jedną rzecz, którą mogę przekazać moim córkom, to właśnie to: pozwól, by ludzie Cię zobaczyli. Idź i otwórz się przed nimi, choć to niekiedy trochę (albo bardzo) straszne. Mów: „kocham cię” jako pierwsza, nie wahaj się ani chwili okazywać ludziom, że Ci na nich zależy. Mów: „tak bardzo się boję”, rozmawiaj o swoich smutkach, chwal się sukcesami. Dziel się z ludźmi sobą. Bo gdy nasze życie dobiega końca, nigdy nie żałujemy bycia blisko z innymi**.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

* przepiękne angielskie wyrażenie „leap of faith” tłumaczone przez Google translate zupełnie niepoetycko jako „akt wiary”

** wywiad z kobietą, która zajmowała się opieką paliatywną i napisała książkę o tym, czego ludzie najczęściej żałują przed śmiercią:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,20173039,ostatnia-lekcja-czego-zaluja-ludzie-na-lozu-smierci.html?disableRedirects=true

Comments

  1. Moniaa

    Bardzo ciekawe jest to, co piszesz. Sama jestem typem, który zawsze był nieśmiały i zamknięty w sobie, w związku z czym nie zwierzałam się za bardzo nikomu. Teraz w wieku 36 lat mogę stwierdzić, że coś jakiś czas temu się zmieniło i moje związki z ludźmi są głębsze, a ja mam odwagę mówić o sobie. W pracy uważają mnie nawet za otwartą osobę haha. Mam troje dzieci, z których najstarsza córka (9l.) jest bardzo do mnie podobna i ma trudności z nawiązywaniem i podtrzymywaniem relacji z rówieśnikami, mimo że dużo czyta, jest bardzo bystra, pomocna, wesoła i z całą pewnością da się lubić. A jednak w klasie prawie zawsze jest sama, na szkolnych wycieczkach siedzi sama w autobusie (w klasie jest tylko 7 dziewczynek, więc zawsze jedna jest bez pary i jest to właśnie moja Córka). Ona twierdzi, że lubi być sama, ale ja widzę, że podejmuje próby zbliżenia się do kogoś, a potem zdarza się coś, że rezygnuje i zostaje sama. To taki zauważalny schemat. Wiem, że ona marzy o przyjaciółce, a ja dotąd nie bardzo wiedziałam jak ją wesprzeć, co jej podpowiedzieć- dzięki temu wpisowi już wiem . I bardzo za niego dziękuję. Poza tym gratuluję bloga – to jak i o czym piszesz jest bardzo inspirujące i mega ciekawe:)

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Dziękuję bardzo! Super, że to, co piszę, może być dla kogoś pomocne. Od razu oczywiście zaczęłam się zastanawiać na ile otwartość jest skuteczną strategią w wypadku dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Na poziomie nastoletnim – jak najbardziej. N poziomie podstawówki najważniejszymi zmiennymi jeśli chodzi o popularność i bycie lubianym są: dobre wyniki w nauce, bycie lubianym przez nauczycieli, wygląd fizyczny, status rodziny, z której się pochodzi, pomaganie innym. No i bycie dziewczynką, dziewczynki są bardziej lubiane. To są wyniki jakiegoś dużego badania robionego w Polsce, niestety nie jestem Ci w stanie podać źródeł, bo nie pamiętam. Ale na pewno otwartość nigdy nie jest złym pomysłem 😉 pozdrawiam!

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Jak byłam w gimnazjum, to znałam taką dziewczynę, co miała zwyczaj podczas rozmowy wyciągać swój pamiętnik i czytać rozmówcy urywki z niego (np. o tym, jak się na imprezie całowała z chłopakiem swojej przyjaciółki) (mam nadzieję, że z tego wyrosła). I to był jedyny raz w życiu, o którym myślę jako o „zbytniej otwartości” 😉 Sto razy bardziej wolę ludzi, co im przy pierwszym spotkaniu opowiedzą o swoim życiu niż takich, z których trzeba obcęgami wyszarpywać informację czy wolą zwykłą herbatę czy earl greya.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *