Okiem psychologa – błędy i wypaczenia rodzicielstwa bliskości

Odkąd urodziła się Starsza, z zainteresowaniem przyglądam się różnym nurtom wychowawczym, w tym słynnemu Rodzicielstwu Bliskości. I im dłużej to robię, tym więcej widzę rzeczy, które mnie zadziwiają i zniechęcają.

Zanim przejdę do meritum, chciałabym zaznaczyć pewną rzecz. Nie mam zwyczaju krytykować nikogo i niczego na zasadzie: „nie lubię, nie podoba mi się, to jest głupie i już”. Dlatego też, gdy pojawiły się moje pierwsze obiekcje wobec RB, to kupiłam sobie „Księgę rodzicielstwa bliskości” Williama i Marthy Sears. To oni jako pierwsi ukuli termin „rodzicielstwo bliskości” i są jego największymi propagatorami. Przeczytałam ją całą, robiąc skrupulatne notatki i dyskutując o różnych wątkach zarówno z moim Mężem, jak i z innymi rodzicami. I obiecuję, że recenzja tej książki pojawi się na blogu. Najprawdopodobniej rozbita na dwa dwa wpisy – tyle mam do powiedzenia. Ale dziś nie chcę pisać o tym, co przedstawiają państwo Sears. Dzisiaj chciałabym opisać, co widzę i o czym czytam na blogach czy fb. Czyli o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla mnie, jako psychologa, są co najmniej niepokojące.

 Jak mówię, że uważnie czytam, to nie żartuję.

1. A gdzie jest miejsce na potrzeby rodziców?