Okiem psychologa – błędy i wypaczenia rodzicielstwa bliskości

Odkąd urodziła się Starsza, z zainteresowaniem przyglądam się różnym nurtom wychowawczym, w tym słynnemu Rodzicielstwu Bliskości. I im dłużej to robię, tym więcej widzę rzeczy, które mnie zadziwiają i zniechęcają.

Zanim przejdę do meritum, chciałabym zaznaczyć pewną rzecz. Nie mam zwyczaju krytykować nikogo i niczego na zasadzie: „nie lubię, nie podoba mi się, to jest głupie i już”. Dlatego też, gdy pojawiły się moje pierwsze obiekcje wobec RB, to kupiłam sobie „Księgę rodzicielstwa bliskości” Williama i Marthy Sears. To oni jako pierwsi ukuli termin „rodzicielstwo bliskości” i są jego największymi propagatorami. Przeczytałam ją całą, robiąc skrupulatne notatki i dyskutując o różnych wątkach zarówno z moim Mężem, jak i z innymi rodzicami. I obiecuję, że recenzja tej książki pojawi się na blogu. Najprawdopodobniej rozbita na dwa dwa wpisy – tyle mam do powiedzenia. Ale dziś nie chcę pisać o tym, co przedstawiają państwo Sears. Dzisiaj chciałabym opisać, co widzę i o czym czytam na blogach czy fb. Czyli o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla mnie, jako psychologa, są co najmniej niepokojące.

 Jak mówię, że uważnie czytam, to nie żartuję.

1. A gdzie jest miejsce na potrzeby rodziców?

Słuchając i czytając wypowiedzi rodziców RB mam czasem wrażenie, że w ich świecie istnieją tylko potrzeby ich dzieci. A potrzeby rodziców nie są na drugim miejscu, o nie! Drugie miejsce, to jest całkiem fajna miejscówka, jeszcze na podium. Ja mam wrażenie, że potrzeby tych rodziców (a w szczególności matek) po prostu kompletnie nie istnieją. Że nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas. Przykłady? Wspólne spanie. Dla części rodziców to jest wspaniałe przeżycie, ale dla dużej części to jest codzienna deprywacja snu. Kobiety skarżą się, że gdy niemowlę śpi obok nich, to nie zapadają w taki naprawdę głęboki sen, że im niewygodnie, że gdy dziecko śpi obok nich i czuje ich zapach, to domaga się karmienia dużo częściej. Ale nigdy te narzekania nie kończą się konkluzją, że może w takim razie czas to zmienić i eksmitować dziecko. No bo potrzeba dziecka jest najważniejsza. A to, że człowiek z braku snu już nie wie, jak się nazywa i ostatnio postawił czajnik elektryczny na gazie, to zupełnie nieistotne. Podobnie z karmieniem. Wśród matek RB teksty tego rodzaju: „od roku nie przespałam ciągiem więcej niż godzinę, bo muszę karmić dziecko piersią” są na porządku dziennym. I znowu, brak takiej myśli, że może warto nauczyć dziecko pić z butelki/kubeczka, odciągnąć mleko, zamknąć się w sypialni z zatyczkami w uszach, a dziecko zostawić w ramionach kochającego ojca.

Psychologia mówi, że aby być dobrym rodzicem, to trzeba samemu czuć się dobrze. To znaczy, że nasze podstawowe potrzeby też powinny być zaspokojone. Że my też potrzebujemy się wyspać czy mieć chwilę spokoju. I jest to (szok i niedowierzanie) tak samo ważne, jak potrzeby dziecka. A jeśli nasze potrzeby są dzień po dniu ignorowane i spychane na szary koniec, to nasze zasoby się wyczerpią. Wściekłość, irytacja, żal, pretensje czy ciągłe przygnębienie nie biorą się znikąd. Pojawiają się, gdy nie zaspokajamy własnych potrzeb, a ciągle dajemy, dajemy, dajemy.

 

 Dla ilustracji tekstu – zdjęcia ludzi zagubionych (w gąszczu modnych nurtów wychowawczych).

2. A gdzie są granice matek?

Ten punkt jak najbardziej łączy się z poprzednim, ale uznałam, że sprawa jest na tyle istotna, że warto podkreślić ją dodatkowo. Niektóre matki RB zapominają, że są odrębną istotą. Ba! Zapominają, że mają PRAWO być odrębną istotą. Za każdym razem, gdy czytam historie w stylu: „karmię moje 3-letnie dziecko i ono podczas karmienia zawsze musi się bawić moim drugim sutkiem i nienawidzę tego”, to jestem zdumiona. Oczywiście, nie dziwi mnie, że 3-latek ma takie pomysły. Zadziwia mnie, że matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny. Jeżeli dziecko robi coś, czego nienawidzisz, co jest brutalnym naruszeniem granic Twojej intymności, to Twoim zadaniem nie jest przyzwyczajenie się do tego. Nawet państwo Sears w swojej książce piszą, że jak czegoś nienawidzisz, to zmień to, bo komfort matki jest bardzo ważny.

3. Mylenie przeżywania emocji z okazywaniem emocji.

Fajnie, że rodzice RB zwracają uwagę na to, że dziecko to nie mały dorosły. Że nie można oczekiwać od 2-latka, że skontroluje swoje emocje i rzeczowo wyjaśni, dlaczego jest smutny czy zły. Niestety, mam poczucie, że następuje w pewnym momencie przegięcie w drugą stronę. To znaczy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce. Tutaj przykład → KLIK.

Kobieta opisuje, że 4-latek zezłościł się, bo wdepnął w zamek, który budował, w związku z czym zaczął tłuc i kopać matkę. Powtórzę – on sobie wdepnął, to nie ona mu zepsuła. I w tym wpisie to w ogóle nie jest żaden temat. Ten wpis jest zupełnie o czym innym. A sprawa tego, że 4-latek uznaje, że sposobem na rozładowanie emocji jest kopanie i bicie matki, w ogóle nie jest istotna. No i w komentarzach też ani słowa. Normalna sytuacja, nie ma o czym gadać.

W takim myśleniu tkwi poważny błąd. Przede wszystkim, odczuwanie emocji i okazywanie emocji to nie to samo. Psychologia jak najbardziej stoi na stanowisku, że dla zdrowia psychicznego bardzo istotne jest, by człowiek przeżywał wszystkie emocje. Zarówno te przyjemne, jak i te, które powodują dyskomfort. I że próby nieprzeżywania jakiejś emocji (np. smutku, złości), zawsze kończą się dla człowieka źle. Ale to, że jestem na kogoś zła nie znaczy, że mogę mu pierdolnąć w nos. To, że jestem smutna, nie oznacza, że mogę położyć się koło swojego biurka w pracy i zacząć walić głową w podłogę. Z przeżywaniem emocji powiązane są społeczne zasady okazywania ich. I tego także należy dziecko uczyć, bo samo na to nie wpadnie. Rodzice RB jak mantrę powtarzają: „dzieci nie umieją kontrolować emocji”. A ja jak mantrę będę powtarzać: „rodzice powinni uczyć dzieci społecznych reguł emocji”. I jasne, że mózg dziecka powinien być wystarczająco rozwinięty, by przyswoić tą naukę. Ale jeśli nauka się nie pojawia, to dziecko zostaje przy dotychczasowych metodach. Samoregulacja, kontrola emocjonalna i pojmowanie społecznych reguł ekspresji emocjonalnej to jedno z najważniejszych zadań rozwojowych pomiędzy 2 a 6 rokiem życia dziecka*. I jest to coś, co dzieje się stopniowo. Każdego dnia dziecko jest coraz bardziej zdolne skontrolować swoje emocje. Tymczasem nigdy nie zdarzyło mi się przeczytać wypowiedzi rodzica RB w stylu: „moje dziecko ma już 5 lat, powinno się skontrolować”. Zupełnie, jakby ich zdaniem ten rozwój przebiegał na zasadzie jednego skoku – do 6-go roku życia nie można od dziecka tego wymagać, a w dniu 6-tych urodzin nagle zaczyna umieć. Wiem, że przerysowuję, ale takie wrażenie można odnieść z tych wypowiedzi.

4. Mylenie szacunku z równością.

Mam poczucie, że rodzice RB mają alergię na zwrot „władza rodzicielska”. A wywodzi się to z przekonania, że władza oznacza brak szacunku. Bo szacunek jest tu rozumiany w następujący sposób: „zdanie dziecka powinno być tak samo ważne, jak zdanie rodzica”. I to jest kolejna rzecz, z którą się nie zgadzam. Szacunek nie jest powiązany z równością. Szef może traktować swoich pracowników z szacunkiem, czy nauczyciel – swoich uczniów. Ale to nie oznacza, że są na równi. Bo pracodawca czy nauczyciel posiadają pewną władzę. I nic w tym złego czy strasznego. Nie ma się co tak oburzać na słowo „władza”. Po prostu troszeczkę w ostatnich czasach zapomnieliśmy, co ono oznacza. Władza nad kimś nie oznacza, że można tą osobą pomiatać i jej rozkazywać, że jest naszym niewolnikiem. Wręcz przeciwnie, jeśli mamy nad kimś władzę, oznacza, że przyjęliśmy na siebie odpowiedzialność za tę osobę. Że spoczywa na nas brzemię, naszym obowiązkiem jest opieka nad tym człowiekiem**. A żeby robić to skutecznie, to powinniśmy mieć pewną „moc sprawczą”, czyli powinniśmy mieć możliwość decydowania. Oczywiście, szacunek polega na tym, by wziąć pod uwagę zdanie dziecka, ale ostatecznie decyduje rodzic. I to nie dlatego, że „tak mu się podoba”, ale dlatego, że jest odpowiedzialny za dziecko.

5. Internetowy terroryzm.

Zastanawiałam się, czy w ogóle umieszczać ten punkt, ponieważ nie uważam, żeby to był problem związany tylko z rodzicami RB. Myślę, że jest to zachowanie typowe dla wszystkich neofitów i ortodoksów. Takie przekonanie, że zna się jakąś prawdę objawioną i w związku z tym trzeba wszystkich na nią nawracać. A jak ktoś się nie chce nawrócić po dobroci, to ukamienować dziada. W końcu uznałam, że jednak o tym napiszę, bo takie zachowanie wydaje mi się szczególnie szokujące w wykonaniu osób, które deklarują, że w relacjach z ludźmi najważniejszymi wartościami jest dla nich szacunek i empatia dla uczuć innych.

Często widzę wpis jakiejś blogerki promującej RB, gdzie jedzie po rodzicach, którzy wychowują swoje dzieci inaczej, a pod wpisem czytam komentarze, które przywodzą mi na myśl seanse nienawiści do Emanuela Goldsteina***. Gdzie w dyskusji na temat wyższości chust nad wózkami pojawiają się komentarze w stylu: „ja tam wolę swoje dziecko przytulać, a nie je odpychać” albo „leniwe matki wolą upchnąć dziecko w wózku, bo tak wygodniej”. Gdzie w dyskusjach na temat usypiania we własnym dzieci najwięcej lajków zebrał komentarz: „Ta metoda jest po prostu niedopracowana. Dziecko powinno zostawiać się nie na trzy minuty, a na 18 lat. Kładzie się w kołysce za maluszka i wyciąga już dorosłego, szczęśliwego człowieka, z którym łączy nas wspaniała więź budowana telepatycznie przez ścianę przez te wszystkie lata”. Gdzie ironizowanie, wyśmiewanie i obrażanie są na porządku dziennym. Gdzie rodzice RB karmią swoje poczucie wartości, wspólnie pastwiąc się nad wszystkimi, którzy śmią robić inaczej. Gdy to wszystko widzę, to ta deklarowana empatia i szacunek zdają się być pustym sloganem. I wtedy nie wierzę, że te same osoby, które wypisują takie rzeczy, potrafią do własnych dzieci odnosić się w duchu bliskości. Ponieważ im dłużej żyję, tym bardziej mam pewność, że nie ma czegoś takiego jak „wybiórczy szacunek”. Że albo szanujesz wszystkich ludzi, nawet (o, zgrozo!) tych, z którymi kompletnie się nie zgadzasz albo praktykujesz „wybiórczy szacunek” tzn. „szanuję wszystkich, którzy tak, jak ja…”. A szacunek od szacunku wybiórczego różni się jak krzesło od krzesła elektrycznego.

To już moje wszystkie psychologiczne zastrzeżenia wobec rodziców RB. A czemu w ogóle zdecydowałam się o tym napisać? Wcale nie po to, by poczuć, że jestem lepszą matką od nich wszystkich, bo ja TAKICH błędów nie popełniam. Spoko, popełniam inne i nie sądzę, by były mniejsze. Raczej chciałam to napisać dla wszystkich rodziców, którzy odnaleźli siebie w opisach powyżej. Bo wiem, że strasznie im zależy, by dać swojemu dziecku wszystko, co najlepsze i dlatego zdecydowali się na praktykowanie rodzicielstwa bliskości. I chciałabym, żeby wiedzieli, że rodzicielstwo bliskości nie musi tak wyglądać. Że doszło do pewnego nieporozumienia. Że jak zadbają o swoje potrzeby, jak postawią siebie ponad dzieckiem, jak zaznaczą granice, to temu dziecku nic złego się nie stanie****. A całkiem możliwe, że po początkowej frustracji, doceni możliwość posiadania szczęśliwszego rodzica.

Na koniec chciałam podkreślić jeszcze raz, że zdaję sobie sprawę, że te zachowania, które opisuję powyżej, to bynajmniej nie są zalecenia twórców RB. To są pewne nadinterpretacje, nieporozumienia lub brak zrozumienia zasad RB. Pomyłki i wypaczenia nie oznaczają, że sama metoda jest niesłuszna (o samej metodzie podyskutujemy sobie innym razem). Ale powodują, że wielu rodziców (w tym ja) z niechęcią i wielką podejrzliwością patrzy na rodzicielstwo bliskości.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. Publikuję ten wpis z drżeniem serca, ponieważ wiem, że bardzo wielu osobom może się nie spodobać to, że krytykuję rodziców RB. Do tej pory komentarze pod wpisami, to była taka ukwiecona łąka, po której hasały jednorożce, a na niebie migotała tęcza – wszyscy byli dla siebie nawzajem i dla mnie bardzo mili i wspierający. Obawiam się, że teraz to się może zmienić. Ale obiecałam sobie, że będę pisać to, co myślę i czuję na tematy, które uważam za ważne, więc trudno. Przyjmę hejt na klatę (a potem będę płakać w łóżku zwinięta w kłębuszek).

* Schaffer, H. R. (2005). Psychologia dziecka.

** Polecam cudowną książkę na temat bycia liderem i „przywódcą stada” – Sinek S. (2014) Liderzy jedzą na końcu

*** Orwell G. Rok 1984

**** tu macie taki drobny przykład → KLIK badanie na temat jakość snu dziecka. Najważniejsza okazała się dostępność emocjonalna matki. Ale! Dostępność emocjonalna nie oznacza dostępności fizycznej! Matki, które zachowywały się ciepło i wyciszająco, po wykonaniu wieczornych rytuałów, spokojnie mogły zostawić dziecko samo w łóżeczku do zaśnięcia i nikt na tym nie ucierpiał.

  • Bardzo dziękuję za ten komentarz. Gdy pisałam ten wpis, w żadnym razie nie było moim celem obrażać kogoś albo wyśmiewać i poczułam się bardzo zdezorientowana, gdy okazało się, że niektóre osoby tak go odebrały. Jeszcze raz dzięki.

  • Monika Rudecka

    polecam też przeczytać bardzo wyważony komentarz do tego wpisu http://www.pracowniasrodka.pl/index.php/czy-bliskosciowe-matki-sa-az-takie-straszne/

  • Monika Rudecka

    Strasznie tendencyjny tekst. Przecież wśród internetowych terrorystek znajdują się różne rodzaje matek. Z pewnością zależy to od osobowości (wypaczonej, bądź też nie) danej matki i chęci dokuczenia komuś. Nie można generalizować, że wszyscy lekarze i policjaci biorą łapówki, wszyscy księża są pedofilami, a wszystkie matki bliskościowe to internetowe terrorystki. Ja jestem matką bliskościową. Karmiłam dziecko piersią przez półtora roku, a w życiu mi się nie zdarzyło skrytykować mamy, która wybrała inaczej, bo uważam, że to nie przesądza o tym, jakimi jesteśmy matkami. Spałam z dzieckiem i partnerem przez 2,5 w jednym łóżku nie tylko dlatego, żeby poczekać na moment kiedy syn będzie gotowy do bezstresowego spania oddzielnie, ale też z wygody. Dzięki temu mały przesypiał całe noce podczas gdy dzieciaki znajomych budziły się parokrotnie. Nie naruszało to żadnych moich granic, a z mężem staliśmy się dzięki temu bardziej kreatywni i nauczyliśmy się korzystać z innych domowych mebli poza łóżkiem;) Co więcej, wychowywanie zgodnie z rodzicielstwem bliskości nie kłóci się z moimi potrzebami jako rodzica. Bardzo cenię sobie moją niezależność i wolność z których często korzystam, a moja relacja z dzieckiem oparta na tym systemie wychowania wcale na tym nie traci. Nie mam zamiaru tutaj pisać o korzyściach z wybranej przeze mnie drogi wychowawczej i tego jak moje dziecko wypada na tle innych rówieśników i co mu to daje, bo każdy sam może zgłębić ten temat, jeżeli go to interesuje, sięgając po odpowiednie lektury. Chciałam tylko zwrócić uwagę, że tekst ten nijak się nie ma do rodzicielstwa bliskości.

    • Aż sobie po raz kolejny przeczytałam ten tekst, bo zaczynałam mieć wątpliwości, co ja napisałam. To może zacznę od cytatów w powyższego tekstu:

      -„Internetowy terroryzm – Zastanawiałam się, czy w ogóle umieszczać ten punkt, ponieważ nie uważam, żeby to był problem związany tylko z rodzicami RB. Myślę, że jest to zachowanie typowe dla wszystkich neofitów i ortodoksów.”

      – „Na koniec chciałam podkreślić jeszcze raz, że zdaję sobie sprawę, że te
      zachowania, które opisuję powyżej, to bynajmniej nie są zalecenia
      twórców RB. To są pewne nadinterpretacje, nieporozumienia lub brak
      zrozumienia zasad RB. Pomyłki i wypaczenia nie oznaczają, że sama metoda
      jest niesłuszna”

      – „Przykłady? Wspólne spanie. Dla części rodziców to jest wspaniałe
      przeżycie, ale dla dużej części to jest codzienna deprywacja snu.”

      – „Wcale nie po to, by poczuć, że jestem lepszą matką od nich wszystkich,
      bo ja TAKICH błędów nie popełniam. Spoko, popełniam inne i nie sądzę, by
      były mniejsze. Raczej chciałam to napisać dla wszystkich rodziców,
      którzy odnaleźli siebie w opisach powyżej. Bo wiem, że strasznie im
      zależy, by dać swojemu dziecku wszystko, co najlepsze i dlatego
      zdecydowali się na praktykowanie rodzicielstwa bliskości. I chciałabym,
      żeby wiedzieli, że rodzicielstwo bliskości nie musi tak wyglądać. Że
      doszło do pewnego nieporozumienia.”

      Ja nie wiem, jak to się dzieje, że cały tekst powtarzam, że wiem, że tak nie wygląda prawidłowo praktykowane RB, że „niektóre matki”, „niektórzy rodzice RB”, a potem się dowiaduję, że „nie rozumiem, na czym polega RB” i uważam, że „wszystkie matki rb takie są” (zastanawiam się, czy jakbym przed każdym zwrotem „matka rb” albo „rodzice rb” dodawała „niektórzy”, to by zmieniło odbiór tego tekstu, ale coś mi się wydaje, że wcale nie).

      OK, jesteś matką bliskościową. Długie karmienie piersią i spanie ze swoim dzieckiem w jednym łóżku sprawiło Ci radość i nie było dla Ciebie obciążające. Nie masz w zwyczaju dojeżdżać w internecie matek, które decydują się robić inaczej niż Ty. I super. Ten tekst nie jest o Tobie.

      A wpis z pracowni ośrodka czytałam. I stwierdziłam, że szkoda mi czasu i energii na udowadnianie, że nie jestem wielbłądem. Napisałam to teraz, ponieważ piszesz na moim blogu. Ale jeżeli pojawią się kolejne komentarze z podobnymi zarzutami, to po prostu będę kopiować i wklejać ten sam komentarz.

      • Monika Rudecka

        Ja również nie poczułam się dotknięta tym wpisem. W żaden sposób nie chciałam Cię też urazić. Po prostu uważam, że wpis ten ma niewiele wspólnego z rodzicielstwem bliskości, jak również z wypaczeniami tej metody wychowania i budowania relacji z dzieckiem. Odnosi się on po prostu do skrajnych postaw, które niepotrzebnie przypisuje się temu nurtowi. Nie ma sensu dodatkowo propagować w sieci fałszywego stereotypu rodziców RB w dobie, kiedy matki o odmiennych poglądach skaczą sobie do oczu i prześcigają się w tym, która jest lepsza i dlaczego. Taki wpis nie sprzyja dialogowi wzajemnej tolerancji. Aczkolwiek Ty masz prawo do odmiennych poglądów. W końcu to Twój blog i możesz sobie pisać, co tylko uznasz za stosowne. Ja tylko wyraziłam swoje zdanie.

  • W sumie szkoda że zaistniałą konieczność żebyś taki wpis napisała 🙂 Niestety ale w wielu grupach dotyczących Rb wypowiadają się osoby które przejrzały jedna książkę, nie przeanalizowały dlaczego w taki sposób chcą wychowywać swoje dziecko, na czym to polega i nie zastanowily się z psychologicznego punktu widzenia jakie korzyści powinni uzyskać z tej metody. Oczywiście zdaję sobie sprawę że nie każdy jest fizycznie zdolny do takiej analizy i po prostu nie zrozumie na czym to polega. Dlatego choćby wolę mieć 2-3 osoby w swoim otoczeniu które są w stanie to zrozumieć i wzajemnie możemy sobie doradzić. A czytanie grup na FB niejednego wprowadziło na manowce 😉

    • Racja, odkąd opuściłam kilka grup rodzicielskich na fb, to się zaczęłam czuć lepszym rodzicem 😉

  • Karolina Zimińska

    Kocham ten tekst!

  • Aga

    Dawno nie czytałam czegoś tak mądrego na temat rodzicielstwa i dawno nie poczułam w internecie, że moje powtarzane „moje dziecko będzie szczęśliwe, kiedy będą się nim zajmowali szczęśliwi rodzice, którzy czasem od tego dziecka muszą odpocząć” i „skoro moja córka ma mnie naśladować to dbam o siebie i o swoje potrzeby, żeby ona robiła to samo” spotka kogoś mądrego (czyt. z wiedzą większą niż moja na temat psychologii), kto myśli tak samo, a nie hejtuje moje myślenie

  • Pięknie podsumowane. Czasem rodzicielstwo bliskości zapomina o byciu człowieczeństwem bliskości 😉 A przyszłam tu z linka wrzuconego na grupę o rodzicielstwie złotego środka 😀 Pozdrawiam i będę wpadać 🙂

  • MatkaSkaut

    Dziękuję bardzo!

  • Aneta Boryczko

    10/10 🙂 Bardzo dziękuję za ten tekst. Pozwolę sobie go zalinkować na moim fan page. Wspaniale równoważy główny trend. Jest prawdziwy, autentyczny, mądry i nie-wykluczający. A w dodatku dobrze się bawiłam przy czytaniu – nawet, jeśli niektóre fragmenty dotyczyły moich własnych błędów.

    • MatkaSkaut

      Dziękuję, bardzo mi zależy, aby pisać tutaj w taki sosób, że nawet jeśli coś krytykuję, to nie obrażam ani nie wykluczam. Widzę w internecie, jak łatwo jest nabić sobie popularność przez wspólne pastwienie się nad rodzicami, którzy myślą inaczej nią autorka/autor bloga i jego fani. I nie podoba mi się coś takiego ani trochę. Nie chcę się z nikogo nabijać. Chcę, żeby tu można było wspólnie pogadać albo odnaleźć miejsce na refleksję nad swoimi własnymi błędami w rodzicielstwie, bez poczucia, że jest się w związku z tym gorszym rodzicem.

  • Karolina

    Trafiłam tu dziś dzięki poleceniu Joasi Glogazy i tak sobie czytam i mi się podoba 🙂 Ten tekst o RB jest bardzo po drodze z tym, co ja o nim myślę. Sama idea RB jest mi bardzo bliska odkąd ją odkryłam po raz pierwszy w chyba drugim miesiącu mojego macierzyństwa. I tak właśnie początkowe zachłyśnięcie się tą ideą i zapał neofity przerodziły się po jakimś czasie w swego rodzaju wypalenie rodzicielskie, tak bardzo byłam wyczerpana – z jednej strony spełnianiem potrzeb dziecka, a lekceważeniem swoich, a z drugiej – tą wieczną krytyką, którą miałam już w głowie, że wciąż coś źle robię, a każdym swoim błędem krzywdzę swoje dziecko. A na forach czy grupach RB też mnie radził ten hejt dla wszystkich myślących inaczej, a nawet dla tych myślących tak samo, którzy się odważyli przyznać, że powinęła im się noga lub nie dają rady. W końcu przestałam tam zaglądać. Dziś staram się nawet czytać mniej literatury typu Juul, bo mimo, że te idee wciąż do mnie przemawiają to trudno mi jest potem poradzić sobie z jarzmem mojej „niedoskonałości”. (Nie mówię, że to tylko jakaś „ich-wina”, bo w grę tu wchodzi mój perfekcjonizm i inne moje przymioty, ale atmosterka środowiska RB bywa, hmm, mało wspierająca).
    W każdym

    • Karolina

      C.d. W każdym razie dzięki za ten wpis. Wiele obecnych w nim myśli miałam już sformułowanych, ale spodobał mi się fragment o władzy rodzicielskiej. Poniekąd potwierdził mi coś, co od jakiegoś czasu praktykuję, a co wynikło jakoś naturalnie z mojego postanowienia, że zaczynam bardziej dbać o swoje potrzeby i granice.
      Pozdrawiam 🙂

      • Matka Skaut

        Dzięki! No właśnie mam poczucie, że rb bardzo często strasznie utrudnia rodzicielstwo, bo właśnie wpędza człowieka w takie poczucie, że cały czas nie tak, cały czas niewystarczająco się człowiek stara. I oczywiście, każdy może napisać, że facebookowe grupy rb to nie to samo, co samo rb. No nie, ale prawda jest taka, że tam (a nie w książce) człowiek szuka jakiegoś wsparcia, a znajduje… no nie będę się wyrażać co. Do Juula zrobię jeszcze jedno podejście. Ale coraz bardziej mnie kusi „powrót do korzeni”, tzn., żeby sobie na przykład przeczytać wszystkie publikacje Korczaka. Jeśli masz ochotę obejrzeć sobie świetną satyrę na rb (ale też inne style rodzicielskie) polecam film „Para na życie” – cudeńko. A jeśli nie masz czasu na cały film, to wpisz w youtube „away we go maggie gyllenhaal” – znajdziesz wybór scen z Maggie, która w tym filmie gra nawiedzoną matkę bliskości.

        Co do władzy – to jest podstawowa zasada u nas w domu. „My jesteśmy u steru tego statku” i naprawdę nikomu by nie wyszło na zdrowie, gdybyśmy się z dziećmi zmienili miejscami.

        • Karolina

          Hej! Dzięki! Film wpisuję sobie na listę do obejrzenia. Jeszcze mi się taka jedna rzecz przypomniała. Przeczytałam kiedyś taki niedługi artykuł w sieci, napisany przez jakąś psychoterapeutkę (ale nie mogę go znaleźć teraz), który tę rzecz mi opisał tak, że się popłakałam, takie to było prawdziwe. Chodzi mianowicie o to, że w moim odczuciu wszelkie te piękne idee o wspieraniu dziecka i jego rozwoju zawsze i wszędzie tak, jak ono tego potrzebuje, o uczeniu go przeżywania i wyrażania emocji poprzez dobry przykład etc. etc… zakładają, że rodzic to już jest taki „dokończony człowiek”. Czyli taki człowiek, co to albo sam miał idealne warunki do harmonijnego rozwoju w rodzinnym domu, albo przeszedł 10 lat terapii i teraz jest taki dorosły pod każdym względem. Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi. No więc taki oto człowiek zostaje sobie rodzicem, czyta te wszystkie mądre książki i on już wie i umie wprowadzić to w życie. Więc jak jego 4-latek ma 50-ty tego dnia napad histerii bo dostał szynkę na chlebie, a miała być obok, to nie ma w nim nic prócz empatii dla dziecka w tym trudnym momencie rozwojowym oraz przestrzeni dla czułego wzięcia na klatę tej małej-wielkiej złości i chęci przekucia jej na dobro, harmonię i zen. Tymczasem taki zwykły człowiek jak ja sam nie został nauczony, jak sobie dobrze radzić z własnymi emocjami. Jeśli to nie jest jakiś poważny brak to póki nie ma dzieci być może nawet nie zdaje sobie z niego sprawy. I oto zostaje rodzicem i po prostu dostaje w twarz wszystkimi swoimi słabościami, o których rozmiarze w ogóle nie miał pojęcia. A na dodatek poczyta sobie, jak to być powinno, i już w ogóle kaplica. Potem stoi człowiek przed swoim wrzeszczącym i rzucającym się na podłogę o kolejną pierdołę dzieckiem, w głowie ma to, że”to taki moment rozwojowy, daj mu przestrzeń, przytul łagodnie i z opanowaniem opisz mu jego emocje”, a tymczasem z oczu wyrywają się pioruny a z ust „uspokój się natychmiast albo idź do swojego pokoju!”. I czuje się ten człowiek jak gówno, nie rodzic. :/ Więc problem tu widzę taki, że te piękne teorie kieruje się – mam wrażenie – do jakichś ubermensch’ów a nie zwykłych ludzi, ze zwykłych rodzin, ze zwykłymi brakami.

          • Matka Skaut

            No widzisz, teraz to Ty tak pięknie napisałaś, że aż się ja się wzruszyłam. Dotknęłaś dokładnie tego, z czym się zderzyłam próbując pisać o różnych sprawach na blogu. Bo co próbuję zacząć jakiś temat (uczenia dziecka umiejętności interpersonalnych, kontrolowania emocji, nawiązywania relacji czy nawet… diety), to jak się głębiej zastanawiam, skąd się u dziecka pewna wiedza, umiejętności czy zwyczaje biorą, to dochodzę do wniosku, że „wyżej dupy nie podskoczysz”. To znaczy, że takich rzeczy dziecko uczy się od rodziców. Ale nie przez słuchanie ich mądrych pogadanek. Tylko przez obserwowanie rodziców „w akcji”. Czyli Twoje dziecko będzie tylko (albo aż) tak dobre, jak Ty. A większość ludzi nie jest mistrzami zen radzenia sobie ze: swoimi emocjami, relacjami z innymi czy konfliktami. I prawdziwej, życiowej zmiany w tych obszarach nie uzyskasz w ten sposób, że pójdziesz na jedne warsztaty albo przeczytasz jeden poradnik. Jasne, możesz pójść na warsztaty i zachwycić się porozumieniem bez przemocy. I możesz nawet próbować „po prostu przestać się wściekać na dziecko”. Ale to jest trochę tak, jak alkoholik, który postanawia „po prostu przestać pić”. Wytrzyma na dupościsku kilka, może kilkanaście dni i wróci do tego, co robił wcześniej. Bo to picie było do czegoś potrzebne. I tak samo z nami. Możemy się na dupościsku przymusić do reagowania zgodnie z jakimś poradnikiem, ale to będzie chwilowa zmiana. Bo nawet jeśli to jest dobry poradnik, to przedstawia taki właśnie idealny świat, w którym człowiek ma dość zasobów poznawczych i emocjonalnych, by po prostu przeczytać, przyswoić i wdrożyć w życie zawarte w nim informacje.
            Kiedyś prowadziłam grupę dla rodziców dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. I część z nich była zajawiona na książkę „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…”. A to jest książka, która próbuje na dwustu stronach nauczyć rodziców najważniejszego narzędzia pracy każdego terapeuty, czyli parafrazy (to jest takiego przeformułowania wypowiedzi klienta, aby wyłuskać z niej samo sedno). I terapeuci uczą się tego przez 5 lat w szkole terapii. I niektórzy nawet po tym czasie nie są w tym jacyś świetni. Więc książka jest cudowna, idea w niej zawarta – szczytna. Ale oczekiwanie, że rodzic przeczyta i zacznie tak robić jest niedorzeczne. Ja myślę, że fajnie, jeśli ktoś to przeczyta i raz na 20 sytuacji z dzieckiem uda mu się tak zareagować. Albo jeszcze rzadziej, ale może akurat uda się odezwać odpowiednio akurat w jakimś kluczowym dla dziecka momencie?
            No i z tego powodu nie wiem, czy pisać o wielu sprawach. Bo mam poczucie, że na ogromną liczbę pytań w stylu: „jak nauczyć dziecko radzić sobie ze złością?” odpowiedź brzmi: „sama idź na terapię”. A to trochę brzmi, jakbym próbowała sobie i kolegom po fachu klientów napędzić :-/

  • Karolina

    Hej, jestem tu pierwszy raz. Bardzo mi się spodobało i czytam już trzeci wpis 🙂 Uważam się za sympatyczkę RB, jeśli można tak powiedzieć, ale nie czytałam Searsów ani słynnego „W głębi kontinuum”. Dla mnie hitem i natchnieniem było „Twoje kompetentne dziecko” Juula. Wiem, że dla wielu rodziców RB jest to swego rodzaju Biblia, a tam jasno stoi, że:
    – potrzeby innych ludzi są bardzo ważne i mogą być różne i uczulamy na to dziecko poprzez określanie własnych granic, a nie stawianie granic dziecku;
    – dziecko traktujemy poważnie i z szacunkiem, biorąc pod uwagę to, że nie nad wszystkim jest w stanie panować jak dorosły, ale, że właśnie stopniowo powinien się tego uczyć;
    – jak najbardziej stosujemy władzę rodzicielską, ale nie po to, aby się tą władzą napawać, tylko w sytuacjach, które naprawdę tego wymagają;
    Że nie wspomnę już o książce „Nie z miłości”, gdzie autor jasno mówi o tym, że lepsze szczere „nie” (powiedziane dziecku!) niż wymuszone „tak”.
    Nie rozumiem, więc skąd te wypaczenia i zjawiska, o których piszesz, a z którymi również się zetknęłam. No i ciekawa jestem czy taka wizja rodzicielstwa przedstawiona przez Juula również budzi Twoje zastrzeżenia. Czy znasz jego książki? Bo ja z większością jego obserwacji się zgadzam. Z psychologicznego punktu w widzenia (a jestem również absolwentka psychologii) to normalne zasady, na których powinny opierać się relacje, niekoniecznie trzeba nadawać mu etykietkę jakiegoś nurtu/filozofii.

    • Matka Skaut

      Cieszę się, że Ci się podoba! Wpadaj częściej.
      Zaczynałam czytać kilka książek Juula i nigdy żadnej nie skończyłam (ale nie dlatego, że mi się nie podobały, tylko np. musiałam oddać do biblioteki). Cały czas mam plan sobie go poczytać, bo czytając nawet te kilka/kilkanaście stron z kilku pozycji, miałam taką myśl: „co za rozsądny facet”. Właśnie coś takiego, jak Ty piszesz. Że to, co on proponuje, to są takie normalne zasady relacji międzyludzkich i jak najbardziej powinny mieć też zastosowanie do dzieci. Mam wrażenie, że jednak Juul jest w odbiorze części rodziców RB zbyt „szorstki” i niewystarczająco „pochylający się” nad uczuciami dziecka (np. Agnieszka Stein – mam wrażenie, że polskie guru rb – w jakimś wywiadzie zacytowała Juula, ale od razu zastrzegła, że ona uważa, że oprócz tego, co mówi Juul, to jeszcze powinien się rodzic z troską pochylić nad odczuciami dziecka).
      Bardzo mi też odpowiada to, co napisałaś, że te zasady nie są stricte związane z żadnym nurtem czy filozofią. Też tak myślę i to mnie też mocno drażni w rb. Nie wiem, czy umiem to dobrze ująć… chodzi o jakieś takie zawłaszczanie tych normalnych zasad stosunków międzyludzkich. Tzn. nawet piszą, że jasne, to nie Searsowie pierwsi zaczęli tak dzieci traktować, ale że takie traktowanie dzieci jest nierozerwalnie związane z rb. Przykład – w książce „Mniej” było odniesienie do rb i w przypisie wyjaśnienie, że rodzicielstwo bliskości to taka idea szerzona na przykład przez Janusza Korczaka. A to chyba nie do końca w takiej kolejności było 😉

  • Barbara

    Bardzo rozsądnie powiedziane, aż dziwne, że takie rzeczy trzeba przypominać, ale widać trzeba. I dobrze, że to robisz.
    Z rodzicielstwem bliskości, jak z wszystkimi „teoriowymi” rodzicielstwami, jest jeszcze takie ryzyko, że rodzic może to wykorzystać dla własnego interesu, zasłaniając się „jedyną słuszną teorią”. Znam osobiście przypadek matki, która kontynuuje karmienie piersią trzylatka, ale tylko wtedy, kiedy ją to urządza. Aktualnie jest kobieta w procesie separacji z mężem, więc karmi synka na maksa, kiedy tylko się da, żeby go do siebie przywiązać, a oddalić od ojca, a kiedy z kolei jej to nie pasuje, bo w nocy idzie do swojego nowego gacha, synek zostaje z ojcem, budzi się w nocy i pyta, gdzie mama i chce cycy. Autentyczne. I to nie jest rozmyślne okrucieństwo, ale bezmyślne okrucieństwo, z wyższością obnoszone jako rodzicielstwo bliskości.
    W ogóle zawsze mi się to wydaje podejrzane, kiedy trzeba się posiłkować teoriami w wychowaniu własnych dzieci. Oczywiście, co innego czerpać inspiracje, czy szukać porady, kiedy się nie jest pewnym, jak się zachowywać (czyli moim zdaniem, dla normalnego rodzica mniej więcej 99,9% czasu), a co innego wszystko podciągać pod teorię/ideologię, co pozwala potem właśnie na różne emocjonalne rozgrywki z otoczeniem, w tym typowy hejt wtajemniczonego wobec „niewiernych”. To są mechanizmy stare jak świat, i niestety, wciąż działają.

    • Matka Skaut

      Fajnie mieć takiego stałego czytelnika, jak Ty! I jeszcze takiego, co chętnie wchodzi w dyskusje! Dzięki 🙂
      Strasznie przykra historia z tą matką i masz rację, ludzie raczej specjalizują się w bezmyślnym niż celowym okrucieństwie. Od dłuższego czasu czuję niechęć do sytuacji, gdy ludzie (w jakiejkolwiek sprawie) sztywno podporządkowują się teorii i linczują niewiernych. Nie wierzę, że jest tylko jeden dobry sposób wychowywania dzieci. Nie tylko każde dziecko jest inne, ale i każdy rodzic jest inny i to też trzeba brać pod uwagę. Są rzeczy, których ja nie będę nigdy robić, bo nie czuję tego i gdybym zaczęła się zachowywać wobec dzieci tak, jak każe ten czy inny podręcznik wychowania, to byłoby to kompletnie sztuczne. Z drugiej strony moje doświadczenia rodzinne nie są zbyt fajne i w związku z tym moja intuicja i pierwsze odruchy, jak się zachować wobec dzieci często są błędne czy toksyczne. Cenię sobie, że mogę gdzieś poszukać porady, ale nie lubię, gdy ktoś mnie próbuje zmusić albo twierdzi, że jeżeli nie robię zgodnie z doktryną, to jestem złym rodzicem.

      • Barbara

        Oj, dzięki za komplement, aż pokraśniałam;)
        No, z tymi pierwszymi odruchami to rzeczywiście różnie bywa, przekonałam się przy pierwszym dziecku, gdzie popełniłam mnóstwo błędów, tylko dlatego, że powielałam schematy, jakie wobec mnie stosowano. Tak więc ta cała sławna intuicja rodzicielska… ekhem… tego…
        Ale z drugiej strony doktrynerstwa nie zniesę. Trzeba jakoś starać się zachować zdrowy rozsądek i zimną krew;)

  • Milena

    Na początku bloga poruszyłaś temat spania z dzieckiem, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie. Rozum podpowiada mi, aby jak najwcześniej jak to możliwe rozpocząć naukę usypiania dziecka we własnym łóżeczku z ewentualną bliskością dłoni lub po prostu obecności obok. Serce natomiast mówi mi: stara, sama nie lubisz spać sama, jak chłopak zostanie po imprezie u kumpla to wiercisz się i tulisz do starego pluszaka (tak, jestem dorosła, ale obiecuję, że wyciągam go z szafy tylko w sytuacjach awaryjnych) godzinami, a własne dziecko chcesz izolować od tego, czego sama tak potrzebujesz?

    I tu właśnie mam wewnętrzny konflikt. Rozwiązanie typu każde dziecko jest inne, na pewno wyczujesz sama odpowiedni moment nie sprawdzi się u mnie, bo dopiero planuję zostać rodzicem i szukam best practise od bardziej doświadczonych (bo ja z tych, co to lubią mieć tak zwany PLAN, proszę Ciebie).

    Reasumując – gdybyś mogła doradzić w jakim wieku (lub w jakim momencie rozwoju, etc.) z perspektywy psychologa sugerowałabyś z czystym sumieniem odkładać bobasa do własnego łóżka?

    • Barbara

      Pozwolę sobie odpowiedzieć, choć nie do mnie pytanie skierowane. Niestety, moim zdaniem, nie ma tutaj reguł i „rozwiązanie typu każde dziecko jest inne”, to jedyne, co się sprawdza. Każdy jest inny i właśnie to tak wyraźnie sobie człowiek uświadamia, gdy zostaje rodzicem i gdy się okazuje, że wychowanie dzieci to nie robota „od do”, ale reagowanie adekwatnie do sytuacji w każdej sytuacji rozpatrywanej jako całość. Mam dwoje dzieci i są tak różne, że gdybym chciała stosować do nich reguły typu „odstawiam do osobnego łóżka w wieku 6 miesięcy”, obojgu zrobiłabym krzywdę, bo jedna była do mnie niesamowicie przyklejona i nie chciała się odkleić, a druga z kolei w ogóle się nie zgadzała na wspólne spanie i do dziś tego nie lubi. To jest właśnie najtrudniejsze w byciu rodzicem, że tak naprawdę nie ma reguł, a właściwie tylko jakieś naprawdę podstawowe reguły zachowania się wobec drugiego człowieka, czyli wrażliwość, uważność, odpowiedzialność.

    • Matka Skaut

      Przepraszam Cię bardzo. Odpisałam Ci zaraz, chyba nawet tego samego dnia, a teraz widzę, że mojego komentarza nie ma 🙁 Nie wiem, co się stało.
      Ja też jestem „człowiekiem z planem” i źle znoszę sytuacje braku kontroli nad tym, co się dzieje (wiem, to się leczy. Pracuję nad tym). Między innym z tego powodu urodzenie dziecka było dla mnie trudnym doświadczeniem. Bo nic Ci tak nie rozpierdzieli planów życiowych, jak dziecko. Czego byś sobie nie zaplanowała, to musisz brać pod uwagę, że będzie zupełnie inaczej.
      Wiem, że rozwiązanie „każde dziecko jest inne” i „wyczujesz sama” brzmią słabo (zupełnie nie jak plan), to jest w nich sporo racji. Ale nawet bardziej bym powiedziała, że Ty jeszcze nie wiesz, jaką będziesz matką. Możesz podejrzewać, ale tak naprawdę nie wiesz, co stanie się w Twoją głową pod wpływem hormonów. Może się okazać, że to Ty nie będziesz sobie wyobrażać spania inaczej niż obok swojego dziecka. I to Ty będziesz tego potrzebować. A może się okazać (tak jak u mnie), że instynkt macierzyński powoduje, że budzisz się na każde westchnienie dziecka i spanie obok niego oznacza, że Ty nie śpisz w ogóle.
      Psychologia rozwojowa nie zajmuje stanowiska w tym temacie, bo to jest dziedzina, która zajmuje się raczej etapami rozwoju i zaburzeniami z tym związanymi. Myślę, że to badanie, które linkuję pod **** rzuca trochę światła na ten temat. Okazało się w nim, że odkładanie czy nieodkładanie nie jest takie ważne. Ważny jest bliski kontakt z rodzicem przed zaśnięciem.
      Wiem, że nie jest to super-konkretna odpowiedź, ale chyba nic konkretniejszego nie jestem w stanie napisać. Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam.

      • Cieszę się, że pojawiają się dyskusje na ten temat.Też na początku budziło mnie każde mruknięcie dziecka ale się przyzwyczaiłam i teraz śpię z nim bez problemu i budzę się tylko jak coś rzeczywiście jest nie tak.

        A na początku pomogło mi że mogłam pół nocy spędzać na kanapie, a mały spał przytulony do taty, bo odłożony do łóżeczka szybko się budził.

        Myślę że największym problemem nie jest to, że jedna osoba chce robić tak a inna tak, tylko że większości brakuje wsparcia w opiece nad dziećmi i cały ciężar spada na matkę, która musi wybrać – potrzeby moje albo dziecka – co jest smutne bo dziecko samo swoich potrzeb nie zaspokoi.

  • Nat

    Tak bardzo się z Tobą zgadzam, że aż nie wiem, w którym punkcie najbardziej!
    Myślę, że te zachowania i przede wszystkim nastawienie „dziecko zawsze na pierwszym miejscu” występują nie tylko wśród rodziców praktykujących RB, to po prostu wpisuje się w pewien rodzaj macierzyństwa, które bardzo silnie utożsamiane jest z poświęceniem. A jak jedno podbudujesz drugim, to tak właśnie to potem wygląda.
    Punkt trzeci: sama prawda! Uważam, że krzywdzi sie dziecko, nie ucząc go, jak panować nad emocjami, samo przeżycie i nawet nazwanie nie wystarczy. Zwłaszcza, że wyjdzie ono kiedyś między ludzi.
    No i kwestia „władzy”. Przeraża mnie to odsuwanie od siebie odpowiedzialności, mam wrażenie, że czesto kryje się za tym strach przed podjęciem decyzji, stąd to chowanie sie za tym ” bo ono tak chce”…
    A w ogóle to masz lekkie pióro i bardzo lubię Cie czytać, pisz częsciej!

    • Matka Skaut

      Co do punktu trzeciego – napatrzyłam się na skutki takiego wychowania (nie RB, po prostu nastawionego na to, że dziecko ma prawo przeżywać tak, jak chce) w mojej pracy z nastolatkami. Nie chodzi nawet o jakieś skrajne przykłady (np. bicie), ale o takie zupełnie zwyczajne. To znaczy jeśli nastolatek miał poczucie, że jak jest zły z jakiegoś powodu, to znaczy, że może każdą osobę, która mu się napatoczy, potraktować po chamsku i ma do tego prawo, no bo przecież był zdenerwowany. I tacy nastolatkowie później się czuli zadziwieni i nieszczęśliwi, że nie mają kolegów i koleżanek, bo nie rozumieli, że jak raz potraktujesz kogoś podle, to jak za chwilę potraktujesz go miło, to nie „anulujesz” wcześniejszych emocji tej osoby (hm… może to jest niezły pomysł na wpis?).

      Dzięki za komplement! Częściej niż raz w tygodniu jest mi trudno, bo mam wrażenie, że u mnie samo pisanie zajmuje krótko, ale „proces tentegowania w głowie” zajmuje z 5 dni. Mam takie marzenie, że kiedyś (jak się bardziej wyrobię w pisaniu) to będę pisać 2 razy w tygodniu, ale to na pewno jeszcze nie teraz.

      • Nat

        Trzymam kciuki!

  • Bardzo sensowne i wszystko prawda. Ja tez siedzę na jednym forum rb i czasami lapie się za głowę, jest dokładnie tak jak piszesz (np matki piszą”już nie daje rady, dziecior w ogóle nie śpi albo wisi na cycku 24h/dobe” a odpowiedzi sa w stylu „wytrzymaj, to jest mu teraz potrzebne!” :/) i wbrew tym deklaracjom o oddawaniu wszystkiego dziecku, a może właśnie z ich powodu czuje ze jest w nich wiele agresji do świata (np to walczenie z teściami, rodziną, wieczne udowadnianie kto tu ma racje itp. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale jak mi teściowie biorą dziecko to olewam czy mu puszczają bajki czy dają ciastka, grunt ze jest bezpieczne i wesołe a ja mam chwile 🙂 czasem widzę idaca za rb mysl: „TYLKO JA dobrze zajmę się moim dzieckiem” i wydaje mi się, ze to może być na dluzsza mete wykanczajace.
    No, ale z drugiej strony – dziewczyny z forum naprawdę super pomogły mi przy kp. Wiele rzeczy jest super, ja np. Śpię z dzieckiem, nosilam je w chuście, prawie 2 lata karmie i super mi to pasuje (no, karmienie się już mogłoby skończyć…) i wiem, ze dziecko od linijki w stylu tracy hogg to w ogóle nie mój klimat. Jakbym probowala stosowac sie do tych starych wytycznych pewnie skonczyloby się podobnie jak teraz – tylko czułabym się jak najwieksza porażka. Trafiłam na naprawdę sporo kobiet którym te macierzynske reguły (karmienie co 3h, odkladanie) napsuly sporo krwi i mówiły „dopiero przy drugim olalam to wszystko i robiłam jak mi było wygodnie”. Wierze ze rb w zdrowej formie to właśnie luz i wygoda 😀

    • Matka Skaut

      O, to to! Ja sama korzystam pełnymi garściami z RB – karmiłam obydwie piersią (choć u mnie zasada pewnych regularnych przerw w karmieniu sprawdziła się świetnie, a karmienie na żądanie doprowadziło do tego, że miałam ochotę wyrzucić Młodszą przez okno), nosiłam obydwie w chuście, przez pierwsze 6 miesięcy spaliśmy z każdą z nich. To są fajne rzeczy! Niefajne jest podchodzenie do tego na sztywno, że tylko tak należy się dzieckiem opiekować, a każdy, kto robi inaczej, robi źle i trzeba go wdeptać w ziemię.
      Też tak mam! Ogólnie, jeśli ktoś bierze nasze dziecko (albo jeszcze lepiej – obydwie), to mnie interesuje, żeby tylko zadbać o ich fizyczne bezpieczeństwo i żeby nikt ich nie bił. A oprócz tego? A co mnie interesuje czy one będą w łóżku o 20 czy o 23! Czy nażrą się ciastek i będą oglądać „Krainę lodu” po raz dziesiąty. Grunt, że one są zadowolone, a my mamy z mężem wychodne.

    • Jul

      Jak masz superaktywne dziecko z IQ 160 to uwierz, tylko ty jesteś w stanie zająć się nim tak, żeby było bezpieczne. Przynajmniej dopóki nie nauczysz go przewidywać skutków własnych działań a to trwa długie lata. Innym zwyczajnie brakuje do tego energii albo wyobraźni. Ale oczywiście wszyscy równają do średniej i jeżdżą po matkach, bo tak najłatwiej. Poza średnią jest nie tylko patologia.

  • Natalia

    👍👏 lubię Cię czytać, nawet jak nie zawsze się z wszystkimi tezami zgadzam i podzielam twoje opinie Magda! Ten tekst wyjątkowo pokrywa się z moimi refleksjami o rb. Dobre teksty, dobrze się je czyta. Czuję misje w tym pisaniu,choć myślę że żeby być kimś mądrym w blogosferze nie musisz bazować na byciu kontr/ pod prąd temu co ” piszą wszyscy” i wg tego klucza w głównej mierze tworzyć tematykę bloga. Tak jak można o swoim macierzyństwie mowić bez lukru szczerze to i rzyganie miłoscia może być autentyczne, warto mieć to ciągle w glowie. Pozdrawiam

    • Matka Skaut

      Kurczę, dziwi mnie, że uważasz, że tworzę tematykę bloga na „byciu pod prąd”. W sumie nie wiem, skąd takie wrażenie. Na 16 wpisów mam tutaj 5 o noszeniu w chuście i 2 o minimalizmie (i planuję kolejne). No to jest tematyka jak najbardziej trendi i dżezi. Ten tekst jest pierwszym, który tak naprawdę krytykuje coś, co jest na większości blogów bardzo chwalone. Nie wyobrażam sobie pisania tutaj na zasadzie: „hmm… co tu jest teraz najbardziej popularne? Skrytykuję to, bo wtedy wyjdzie, że jestem taka fajna buntowniczka i mi statystyki bloga podskoczą”. Piszę tylko to, co naprawdę sama myślę i czuję, bo uważam, że ludzie podskórnie wyczuwają fałsz i nieszczerość i odpycha ich to.
      Wiem, że ekstatyczna miłość do noworodka też może być szczera i nikomu tego nie zabraniam ani tego nie krytykuję. Po prostu ja tak nie miałam, a w mojej głowie istniało pewne oczekiwanie, że tak to będzie wyglądać i o tym piszę. Nie wiem, w jaki inny sposób miałabym mieć na uwadze to, że rzyganie miłością też może być autentyczne.