Poród domowy po cesarskim cięciu – historia moja i Pawła

No to bez dalszych ceregieli zapraszam na historię mojego trzeciego porodu. Naszykujcie sobie herbatkę i coś do jedzenia, bo trochę to zajmie.

 

Magda – historia porodowa

Chyba w całej historii mojego trzeciego porodu najważniejsze dla mnie było to, co stało się dzień przed nim niż w trakcie. Termin porodu miałam wyznaczony na 06.04.2018. na każdym USG, z pomiarów płodu wychodziła dokładnie ta sama data. Pierwsza córa urodziła się kilka dni po terminie, druga – w dniu terminu, więc całą ciążę żyłam w przeświadczeniu, że urodzę przed terminem. Tymczasem dzień terminu nadszedł i nic się nie działo. Minął i dalej nic się nie działo. Tydzień po terminie zaczęłam się bardzo stresować. Ale nie o to, że coś jest nie tak z dzieckiem, tylko, że nie uda mi się urodzić nie tylko w domu, ale w ogóle naturalnie. Na badaniu KTG lekarze chcieli mnie już położyć w szpitalu, bo „przecież po terminie”, więc przestałam chodzić na KTG do szpitala. Wszystkie badania robiłam prywatnie, bo nie chciałam, żeby mnie ktoś straszył czy naciskał, że powinnam być w szpitalu (pomimo nienagannych wyników). 10 dni po terminie, w poniedziałek 16.04. byłam już w fatalnym stanie psychicznym – spięta i zmartwiona, cały czas zastanawiająca się, co będzie, jeśli poród się nie zacznie w ciągu najbliższych dni. Co więcej, moja położna od porodu domowego powiedziała, że będzie mnie miała pod opieką tylko do piątku. Czyli jeśli nie urodzę do piątku, to przyjdzie mi się zgłosić do szpitala, gdzie personel wyleje mi na głowę wiadro pomyj za to, że zgłaszam się tak późno. Tymczasem nadal nic nie zapowiadało, żeby poród miał się zacząć. Skurcze przepowiadające miałam każdego dnia od dwóch tygodni, ale nic z nich nie wynikało. Byłam już tak zestresowana, że nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Wsłuchiwałam się w swoje ciało i co chwilę zadawałam sobie pytanie: „czy to już?”. Coś mnie zabolało – czy to już? Dziecko więcej się rusza – czy to już? Dziecko mniej się rusza – czy to już? Pogoniło mnie do toalety – no to już na pewno musi być już! Dużo spacerowałam, wymyłam okna, wyszorowałam na kolanach cały taras (jeśli zastanawiacie się, gdzie się podziało trzecie „S”, to nic się nie martwcie, też było[1]).

Wiem, możecie powiedzieć: „ale o co chodzi? Trzeba było się tym tak nie spinać!”. Niestety, świat się dzieli na ludzi, którzy umieją przestać myśleć o rzeczach, na które nie mają wpływu (szczęściarze!) i na tych, którzy będą się zadręczać aż doprowadzą się na granicę szaleństwa (to ja!).

We wtorek, 17.04. obudziłam się i zanim jeszcze wstałam z łóżka, to się popłakałam, że nadal nic się jeszcze nie zaczęło i na pewno skończy się tym, że pójdę do szpitala, a tam mnie najpierw opierdolą, a potem zastraszą śmiercią dziecka i zrobią cesarkę. I jak sobie tak leżałam i popłakiwałam, to dotarło do mnie, że mam dwie możliwości. Jedną jest dalej międlić to w głowie i co chwilę płakać i doprowadzać się do szaleństwa. A drugą jest… przestać to robić i poczekać do piątku. I pierwszy raz w życiu zdecydowałam, że nie mogę sobie robić takiej krzywdy. Że moim głównym zadaniem jest zatroszczyć się o siebie i w związku z tym muszę przestać. I… przestałam. Spędziłam bardzo miły dzień nie myśląc o tym kompletnie. Zamiast robić wszystko to, co powinno przyspieszyć poród, ja zrobiłam dokładnie na odwrót. Zamiast wysiłku fizycznego – leżenie na kanapie i oglądanie Mad mena. Moim największym wysiłkiem tamtego dnia było pomalowanie sobie paznokci u stóp na czerwono (ej, to BYŁ spory wysiłek i akrobacja dla kobiety w 10-tym miesiącu ciąży[2]). Co więcej, nie musiałam odbierać Starszej z przedszkola, bo mama jednego z jej kolegów (dzięki Madzia!) zaproponowała, że ją zabierze do siebie. A w ciągu dnia zadzwoniła i zaproponowała, że Starsza może zostać na noc i ona ją rano odwiezie z powrotem do przedszkola (dzięki, dzięki, dzięki, Madzia!).

Ten wpis zostanie ozdobiony (słowo baaardzo na wyrost) naszymi zdjęciami z porodu i pierwszych dni po. Także szykujcie się na festiwal rozmytych i nieostrych zdjęć, na widok których Perspektywa i Kompozycja się w grobie przewracają.

W nocy odeszły mi wody, gdy wstałam zrobić siku. Najpierw poczułam straszną ulgę – wody nie były zielone, nie trzeba jechać do szpitala. Obudziłam Pawła, zaczęliśmy liczyć skurcze. Regularne, co 5 minut, niezbyt bolesne. Zadzwoniliśmy po położną i po moją przyjaciółkę Marysię, która miała się zająć dziewczynami. Wiedziałam, że rodzenie w nieposprzątanym mieszkaniu będzie mi przeszkadzać, więc zajęliśmy się ogarnianiem domu. Sprzątaliśmy porozrzucane rzeczy, ja myłam toaletę, Paweł zamiatał. Było w tym coś radosnego i odświętnego – oto szykujemy nasz dom na pojawienie się Ważnego Gościa. Już wtedy pomyślałam, że to cudowne, że zamiast w panice pakować się i jechać do szpitala, mogę w spokoju zdejmować wyschnięte pranie z suszki.

Koło piątej dotarła Marysia i położna Wiola. Skurcze się wyciszyły, pojawiały się co 10 minut i nie były bolesne. Po 6 obudziła się Młodsza, zjedliśmy razem śniadanie. Marysia nastawia rosół. Powiedziałam Wioli, że czuję, że muszę chodzić i czy mogę iść na spacer. Poszłam pospacerować z Marysią, był piękny, słoneczny poranek. Potem odprowadziłyśmy wspólnie Młodszą do żłobka. Pani opiekunka zapytała: „a to Pani jeszcze nie urodziła?”, a mnie się chciało śmiać, bo przecież ja WŁAŚNIE w tym momencie rodziłam.

4 rano, Paweł zamiata salon.

Wróciłyśmy do domu, gdzie już czekała przywieziona Starsza. Akcja się nie rozkręcała, Wiola zaproponowała, żebym weszła do wanny. Po pół godziny wyszłam, Wiola powiedziała, że musimy czekać, ona jedzie, a ja dobrze by było, żebym położyła się i przespała. Niedługo po wyjściu położnej, Marysia zabrała Starszą i pojechały do miasta. Prawie natychmiast po ich wyjściu akcja nagle ruszyła, skurcze były co 5 minut i o wiele boleśniejsze niż wcześniej. Zrozumiałam, moje ciało uznało, że nie chce dzieci przy porodzie. Zadzwoniliśmy do Marysi, żeby nie wracała i po położną, żeby wracała. Po powrocie zbadała mnie – 5 cm, sztywna szyjka, jeszcze daleko. Dalej potrzebowałam chodzić. Poszłam na spacer z Pawłem, na każdym skurczu ściskałam go za ramię, później na skurczach klękałam i opierałam się na ławce, a potem szliśmy dalej. Po powrocie skurcze były już mocno bolesne. Pomiędzy skurczami odpoczywałam siedząc na krześle i opierając się na piłce, na skurczu nadal miałam ogromną potrzebę poruszania się. Gdy skurcz się zaczynał, zrywałam się z krzesła, Paweł łapał mnie za ręce i prowadzał mnie po całym mieszkaniu. Opierałam się o niego, zamykałam oczy i starałam się głęboko oddychać. Wiola prosiła, żebym chodziła wysoko podnosząc kolana, żeby Mała lepiej się wstawiała. Kolejne badanie – 7cm, Wiola robi mi masaż szyjki. Bóle zmieniają się – nagle przy każdym skurczu zaczynają mnie boleć biodra. Ból jest straszny, mam wrażenie, że coś mi rozsadza stawy biodrowe od środka. Wiola stara się coś zaradzić, ale to nie jest typowy ból porodowy i nic, co robi, nie przynosi ulgi. Proponuje wejście do wanny. Siedzę w ciepłej wodzie, jest mi niezbyt wygodnie, bo wanna jest mała i dość płytka. Paweł jest cały czas przy mnie, polewa mi brzuch wodą. W wodzie ból nie jest tak dojmujący. Zaczynam na każdym skurczu prosić Małą, żeby się pospieszyła, tłumaczyć, że już nie mam siły. Wychodzę z wanny, straszliwy ból bioder wraca. Wytrzymuję kilka skurczy opierając się o stół w salonie, żadna pozycja nie przynosi ulgi. Jestem strasznie zmęczona, nogi mi drżą, jak po wielokilometrowym biegu. Kładę się na boku na narożniku w salonie. Paweł jest cały czas przy mnie, teraz dołącza do niego Wiola. Bada mnie, jest 10 cm rozwarcia, ale nie pojawiają się skurcze parte. Wiola mówi, że musimy czekać na parte, ja jestem zdezorientowana i straszliwie zmęczona. Nie wiem, co się dzieje, nie rozumiem, jak to możliwe, że jest rozwarcie, a nadal są skurcze z I fazy porodu. Pytam się Wioli, ale nie jestem w stanie zrozumieć jej tłumaczenia. Skurcze razem z bólem bioder tworzą mieszankę, która wyciska ze mnie resztki sił. Wiola zaczyna się mnie pytać czy dam radę i czy chcę jednak jechać do szpitala. Chce mi się śmiać z tej porpozycji, ale nie mam siły tego zrobić. W mojej głowie szybko robię przegląd sytuacji i stwierdzam, że to nic nie da. Ja chcę, by ten straszliwy ból skończył się już, w tej chwili. Co da mi szpital? Nikt mi nie da znieczulenia przy 10 cm rozwarcia. Albo wycisną ze mnie dziecko albo zrobią mi cesarkę. Nie ma już odwrotu, muszę dać radę.

Odpoczynek pomiędzy skurczami, jeszcze jest całkiem spoko.

Kładę się na narożniku w salonie. Próbuję zasypiać między skurczami, ale ból bioder nie ustępuje nawet wtedy i nie pozwala odpocząć. Dostaję dreszczy z zimna (leżę nago, nie pamiętam, kiedy się rozebrałam). Paweł przykrywa mnie kocem, Wiola pomiędzy skurczami poi gorącą, bardzo słodką herbatą. Nagle przychodzi pierwszy skurcz party i jest to wstrząsające doznanie. To jest jakaś potężna siła, kompletnie nie do okiełznania. Krzyczę z całych sił. Po skurczu Wiola mnie chwali, mówi, że pięknie wypycham Małą, słuchamy jej tętna, wszystko jest w porządku. Wiola mówi, że mogę rodzić na leżąco, ale jej się wydaje, że lepiej mi będzie w innej pozycji. Proponuje, żebym klękła przy narożniku. Przeniesienie ciała z pozycji leżącej do klęku wydaje mi się ponad moje siły, całe ciało mi drży, jest mi na zmianę gorąco i zimno. Klękam, Paweł siedzi na narożniku, trzyma mnie za ręce. Nadchodzi kolejny skurcz, krzyczę w poduszki, słyszę swój własny krzyk i nie mogę uwierzyć, że jestem w stanie wydać z siebie takie dźwięki. Wiola klęczy za mną, mówi, że pięknie mi idzie. Czuję, jak po każdym skurczu główka się cofa, mówię Wioli o tym, ona tłumaczy, że tak ma być, dzięki temu wszystko się dzieje delikatnie i nic mi nie pęknie. Kolejny skurcz, wydaje mi się, że nie jestem w stanie wytrzymać ani jednego więcej. Wiola mówi, że widać już główkę, prowadzi moją rękę, czuję pod palcami delikatne włoski usmarowane w jakiejś mazi. Kolejny skurcz, wychodzi główka, Wiola mówi, że jest piękna, że się uśmiecha. Ostatni skurcz, czuję, jak ciałko Małej wysuwa się ze mnie, patrzę w dół, widzę, jak wylewa się ze mnie ogrom krwi. Wiola podaje mi Małą pomiędzy moimi nogami, pyta: „trzymasz? Trzymasz ją?”. Obejmuję Małą, jest różowiutka i czysta, cała śliska, Paweł i Wiola pomagają mi się odwrócić i usiąść. Siedzę na podłodze w naszym domu, w kałuży krwi, obejmuję naszą piękną, małą córeczkę, śmieję się, Paweł siada obok mnie, płacze. Wiola wychodzi z pokoju.

Za jakiś czas wraca, przecinamy pępowinę. Pytam się Wioli, czy bardzo popękałam, w końcu jest tyle krwi. Wiola mówi, że wcale, a krew to wynik tego, że łożysko już zaczęło się odrywać. Nagle pojawia się straszliwie bolesny skurcz, zaczynam płakać, jak to możliwe, że to nie koniec tego bólu? Wiola mówi, żebym z powrotem klękła, Paweł zabiera Małą. Rodzę łożysko w trzech potwornie bolesnych skurczach. Sadzają mnie na narożniku, dostaję Maleńką owiniętą w pieluchy, próbuję ją przystawić. Wiola zabiera miskę z łożyskiem i idzie je obejrzeć w łazience. Paweł siada obok mnie. Nie wiem, ile czasu tak siedzimy. Wiola poi mnie gorącym rosołem, co chwilę sprawdza, jak obkurcza się macica, nadal mocno krwawię, co widać, że trochę ją niepokoi. Za jakiś czas idę się wykąpać. Wraca Marysia ze swoim mężem, przyprowadzają dziewczynki. Dziewczyny siadają koło mnie, są zachwycone malutkim dzidziusiem. Wszyscy razem siadamy do stołu i jemy rosół na kolację. [tak naprawdę Marysia przyprowadziła dziewczynki raz, a potem wyszła z nimi jeszcze na dwie godziny i dopiero wróciła i zjedliśmy kolację, ale ja zupełnie tego nie pamiętam.]

Pierwsze spotkanie z siostrami.

Magda – refleksje

Ten poród nie był dla mnie przeżyciem mistycznym. Większą część porodu czułam się (pomimo nasilającego się bólu) dobrze, bezpiecznie, spokojnie. Wczuwałam się w swoje ciało i wiedziałam, czego potrzebuję, by bolało mniej i poród przebiegał płynnie. Problemy zaczęły się wraz z bólem bioder mniej więcej na 2 godziny przed końcem. Ból był tak wszechogarniający, że straciłam kontakt ze swoim ciałem. Straciłam kompletnie kontrolę, nie byłam w stanie zrobić nic, by ulżyć sobie w cierpieniu, czułam się bezbronna. Na wszystkie próby pomocy ze strony Wioli i jej pytania, czy tak jest mi lepiej, a może jednak jeszcze jakoś inaczej, odpowiadałam nieprzytomnym: „nie wiem, nie wiem”. Także tak, ta część porodu była najboleśniejszym doświadczeniem w moim życiu. Nigdy nie przeżyłam czegoś nawet odrobinę zbliżonego.

Myślę, że pierwsze 24 godziny po porodzie moja głowa najbardziej zajęta była próbą przyswojenia sobie i jakoś poukładania, jak to możliwe, że to tak straszliwie bolało. Ale pomimo tego nie mam złych wspomnień z porodu, nie czuję się źle. Co więcej, gdybym mogła wrócić i zdecydować jeszcze raz, to podjęłabym taką samą decyzję. Dlaczego?

W całym tym doświadczeniu było coś takiego szalenie oczywistego… nie wiem, czy to dobre słowo… może bardziej „naturalnego”? Teraz całą sobą mam poczucie, że dom to jest miejsce, gdzie ludzie nie tylko żyją, ale powinni przychodzić na świat i umierać[3]. To daje jakiś taki spokój i poczucie, że wszystko jest dobrze i tak, jak powinno być. Krąg życia. Dom to jest miejsce, gdzie powinniśmy witać nowe życie.

Następnego dnia po porodzie piekłam ciasto, przesadzałam z dziewczynami pomidory do doniczek na balkonie, zamiatałam przedpokój. I za każdym razem sobie myślałam: „byłabym teraz jeszcze w szpitalu”. I tak bardzo się cieszyłam, że tam nie jestem. Że nie siedzę na sali z obcymi osobami, nie przychodzą do mnie położne i lekarze, co chwilę coś sprawdzając i pouczając mnie. Popołudniu tego samego dnia poszłam odebrać moją córkę ze żłobka. Tak po prostu. Dzień jak co dzień. I właśnie to było dla mnie najcudowniejsze. Że ten poród to nie była jakaś wielka sprawa, wielkie wydarzenie. Że to było takie zwyczajne, naturalne, oczywiste. Po prostu było to kolejne wydarzenie w życiu naszej rodziny. Trzeciego dnia po porodzie zawiązałam Małą w chustę i poszliśmy całą rodziną na plac zabaw i na lody. Gdy tak siedzieliśmy przed lodziarnią, co jakiś czas sobie myślałam: „dzisiaj dopiero bym wychodziła do domu i to tylko, jeśli lekarze by uznali, że wszystko w porządku[4]”.

Godzinę po porodzie.

Nie wszystko po porodzie było cudownie i idealnie. Liczyłam na to, że dziecko urodzone w takich warunkach będzie jakieś takie spokojniejsze, a tymczasem trafił nam się (kolejny) mały wrzaskun. Przez pierwsze dwie doby nie miałam pokarmu, siedziałam z Małą, a ona ssała zupełnie pustą pierś, nie przełykając nawet odrobiny mleka. W szpitalu położne by mi żyć nie dały. Ktoś by co chwilę przychodził, kazał mi pokazać, jak dziecko przystawiam (bo na pewno źle to robię), kazał kupić nakładki na sutki, odciągać laktatorem, pić herbatki na laktację i w ogóle to „dokarmić to biedne dziecko, bo zagłodzę je przecież”. Tymczasem Wiola, która odwiedzała nas i rozmawiała ze mną przez telefon, powtarzała: „spokojnie, spokojnie, Magda. Ona na Ciebie poczeka, ona nie potrzebuje jeszcze jeść. Wszystko będzie dobrze”.

Dostaliśmy też jedną ważną lekcję. Rano, w trzeciej dobie, przyszła do nas na wizytę neonatolog. Zbadała Małą i spytała się, czy mamy jakieś pytania. Powiedziałam, że dziś trzecia doba, jest bardzo gorąco i ja nie wiem, czy Mała rzeczywiście może jeszcze poczekać na nawał pokarmu, czy ze względu na panujące temperatury może się odwodnić. I zaczął się cyrk. Skończyło się tym, że Paweł poleciał po sztucznie mleko do apteki, a ja pozwoliłam, by ta kobieta dopoiła moje piękne, domowe dziecko wodą z cukrem. I jeszcze nakładki na piersi mieliśmy kupić. I dreny z przychodni wziąć, bo Mała źle chwyta pierś i trzeba ją strzykawką i drenem dokarmiać…

Gdy za lekarką zatrzasnęły się drzwi, to dłuższą chwilę zajęło mi oprzytomnienie. I zaczęłam się zastanawiać: „zaraz, zaraz, co tu się właściwie przed chwilą stało?”. Dlaczego zaczęłam uważać, że moje piersi nie wykarmią tego dziecka? Dlaczego zaczęłam myśleć, że to dziecko nie umie jeść, a moje sutki (które wykarmiły już dwójkę dzieci) nagle nie mają odpowiedniego kształtu, by wykarmić kolejne? Wylałam przygotowaną mieszankę, wylałam wodę z cukrem ze strzykawki, zatrzymałam Pawła, który już się wybierał po nakładki. Zadzwoniłam do Wioli i do Marysi, by z kimś potwierdzić, że to, co czuję, jest słuszne. Że nie potrzebujemy tego wszystkiego. Że potrzebujemy tylko czasu, spokoju i siebie nawzajem i wszystko będzie dobrze. I tak właśnie było.

7 dni po porodzie. Pierwszy całodzienny wyjazd z siostrami i matką na wieś. Tak, mam filmik, jak ten kot mruczy i ją udeptuje (dzwońcie po MOPS).

To była cenna lekcja. Pokazała mi, że pomimo całego dobra, które się wydarzyło, pomimo tego, że nikt podczas porodu ani razu nie podważał moich czy Pawła kompetencji rodzicielskich, pomimo całego wsparcia, które uzyskaliśmy, nadal poród i te pierwsze dni po nim są momentem, gdy jesteśmy totalnie bezbronni. Jesteśmy bezbronni, „otwarci”, to znaczy, że opuszczamy gardę, pokazujemy nasze najbardziej miękkie miejsce na brzuszku, jesteśmy delikatni i podatni na zranienie dokładnie tak samo, jak to świeżo narodzone dziecko. I tak samo, jak ono, potrzebujemy opieki i ochrony. Potrzebujemy wokół siebie ludzi, którzy otoczą nas troską i wesprą. Takich, którzy całą swoją postawą będą do nas mówić: „spokojnie, jesteś mamą/tatą, a to jest Twoje dziecko. Nikt na świecie nie zna go tak dobrze jak Ty. Ono potrzebuje tylko Was”. I wizyta tej pani neonatolog pokazała mi, jak niewiele trzeba, by cały ten spokój i cała ta pewność uleciała z rodziców w kilka sekund. A to przecież nie było nawet nasze pierwsze dziecko! Gdy ktoś wkracza w nasz świat w takim momencie i całą sobą pokazuje „ja wiem lepiej”, gdy sugeruje nam niekompetencję, to nasze poczucie własnej wartości i nasza pewność, co do tego, ze robimy dobrze znika w momencie.

Niesamowite było dla mnie ile we mnie nagle spokoju, ile cierpliwości zarówno wobec Małej, jak i wobec dziewczyn. Że pomimo niewyspania i zmęczenia czuję się spokojna. Wiem, że robię dobrze, wiem, że wszystko, co trudne, niedługo minie. Co więcej, minie tym szybciej, im więcej ja zachowam spokoju. Nie mogłam się nadziwić, że gdy ja jestem pełna spokoju, to cały nasz dom, cała nasza rodzina jest spokojna. Patrzyłam na spokojne, radosne dziewczynki, które bawiły się razem zgodnie i radośnie, przytulałam się do Pawła, patrzyłam na śpiącą w chuście[5] Małą. Tydzień po porodzie nasza rodzina nadal „unosiła się nad ziemią”. Teraz widzę, jaką matką mogę być, gdy zatroszczę się o… siebie samą. Jaką matką mogłabym być dla Najstarszej, gdyby tylko nikt nie zniszczył naszego powitania i naszych pierwszych wspólnych dni. Z jednej strony czuję straszny smutek, że nie potrafiłam być taka dla żadnej z dziewczyn wtedy, na początku. Z drugiej strony cieszę się, że mogą mieć taką matkę teraz.

To jest to, co zyskałam dzięki porodowi domowemu – początek, którego nikt nam nie zburzył, nie utrudnił. Dzięki temu wiem, jaka mogę być. I nawet, gdy w różnych momentach będzie mi gorzej, to będę miała w pamięci, że potrafię być też świetną matką i że da się do tego wrócić. I one też będą to wiedziały.

5 dni po porodzie. Pierwszy spacer w składzie samych dziewczyn – ja z Małą w chuście, Ida na rowerze, Pola na hulajnodze. Przerwa na wspinanie się na drzewo.

A teraz czas na tę samą historię, ale widzianą oczami Pawła. Tekst w pełni autorski i opublikowany za jego wiedzą i zgodą, bez żadnych moich poprawek czy cenzury. No i chyba nie ma się co już czaić jak wąż w pomidorach. Dlatego dla pełnego zrozumienia tekstów poniżej: Ida – Najstarsza, Pola – Średnia, Ania – Mała.

Historia porodowa- Paweł

We wtorek poszedłem spać dość późno – między 23 a 24. Siedziałem przed komputerem i rozkminiałem kwestię interfejsów w jednym z frameworków. Nie spodziewałem się, że o 3.30 Magda obudzi mnie z hasłem: „Wody mi odeszły”. Była to dobra wiadomość oznaczała, że jednak poród domowy się odbędzie, a piątkowa wizyta w szpitalu, która stawała się coraz bardziej realna, została scancelowana. Na początku towarzyszyła mi pewna ekscytacja. Zapisywałem skurcze pilnie notując, czy ich czas układa się w ciąg arytmetyczny. Upewniwszy się, że Magda zadzwoniła po położną, zająłem się powierzchownym ogarnianiem mieszkania. Myślałem o tym, że ostatnio o tak wczesnej godzinie wstaliśmy w październiku 2012, gdy musieliśmy zdążyć na samolot z Katowic do Londynu na 6 rano. Początkowe skurcze były na tyle nieuciążliwe dla Magdy, że spokojnie brała udział w ogarnianiu mieszkania. Po 5 najpierw przyjechała Marysia, aby zająć się dziećmi, a chwilę później była u nas Wiola (chyba jednak Wiola była pierwsza). Pamiętam, że Magda po radzie Wioli weszła do wanny. Trochę w niej posiedziała i… skurcze zniknęły. Potem ok. 7 wstała Pola. Zdziwiona nieco obecnością nadmiarowych osobników, ale gdy otrzymała serek po kilku łyżkach już się do wszystkich uroczo uśmiechała. Magda postanowiła przejść się z Marysią w pobliżu. Nie było ich tak długo, że przygotowałem Polę do żłobka i sprowadziłem przed blok, gdzie mama z ciocią odprowadziły ją na miejsce. Ok. 9 przyjechała Ida, która, tak się złożyło, nocowała u kolegi. Po 9 Wiola pojechała gdzieś na miasto. Umówiliśmy się, że w razie powrotu skurczów, zadzwonimy i wróci. Marysia zabrała Idę, a my położyliśmy się spać. Położyliśmy się, lecz ze spania były nici. Tuż przed 10 Magdzie wróciły skurcze nieco mocniejsze niż kilka godzin wcześniej i trwały aż do rozwiązania. Wiola była u nas przed 11. 5 cm rozwarcia i spacer dookoła osiedlowego trawnika. Tuptaliśmy powoli, widziałem, że Magdę boli, ale czułem, że mówienie o czymś innym będzie lepsze niż wczuwanie się przeze mnie w te skurcze. Chciała zatrzymać, zatrzymywaliśmy się. Chciała iść podczas skurczu, szliśmy. Zrobiliśmy 4 kółka niczym żużlowcy i wróciliśmy do domu. Czułem się bardzo dobrze. Rozmawialiśmy, uśmiechaliśmy się. Wiedziałem, co nastąpi później, wiedziałem, że skurcze w końcu staną się trudne dla M do zniesienia, ale nie myślałem o tym. Miałem w pamięci ekspresowy poród Poli i moje nastawienie było takie, że kolejny poród będzie jeszcze sprawniejszy. Nie był. Ok. 12 skurcze były już dość mocno dotkliwe. Magda próbowała z piłką, próbowała chodzić. Czas mijał, postęp był niewielki, ale cały czas czułem się bardzo dobrze psychicznie. Po uwagach Magdy o zbyt nerwowym pocieraniu jej ramion lub pleców dłońmi, bardzo dbałem o to, aby moje gładzenie jej było „odpowiedniej szybkości”. Wtedy jeszcze nie miałem z tym problemów. Pamiętam drugą wizytę w wannie, gdy zajmowałem się polewaniem brzucha z Anią (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to Ania). Skurcze wydawały się mniej dotkliwe. Czas jednak mijał. Doszły bóle bioder u Magdy, które miały później kapitalne znaczenie przy dalszej części. Pamiętam, że coś do Magdy mówiłem. Chciałem mówić coś w stylu, że jest dzielna, że dobrze sobie radzi, że zaraz urodzi córeczkę i wszystko się skończy. Ale takie słowa nie przechodzą mi łatwo przez gardło. Dlatego, że „świetnie sobie radzisz”, to mogę powiedzieć Idzie, gdy uda jej się napisać nowy wyraz. „Świetnie sobie radzisz” w momencie potężnych skurczy brzmi w moim mniemaniu niepoważnie. Zwykłe słowa w tak niezwykłej sytuacji. Nie ma dla mnie właściwych słów, dlatego bałem się, po pierwsze, ze będę mówił za mało, a po drugie, że będzie to brzmiało niepewnie.

II część

Mniej więcej o godzinie 15 Wiola zbadała Magdę i orzekła: „10 cm rozwarcia”. To ten moment, kiedy Wielka Mała Niewiadoma powinna zacząć forsować drogę wyjścia, co objawia się drugą fazą porodu, a więc skurczami partymi. Nie było to jednak takie „proste” i szybkie jak sądziłem. Magda początkowo przeżywała te skurcze leżąc i każdy kolejny potęgował jej ból bioder. Wyglądała na strasznie sponiewieraną, ale wiedziałem, że nie ma już odwrotu. Nie można powiedzieć Młodej, żeby wracała do brzucha i spróbowała wyjść za kilka dni. To musiało się skończyć tu i teraz. Wiola nawet wtedy co chwilę odbierała jakiś telefon. Pomyślałem sobie, że to dobrze, bo gdzieś na jakiejś metapłaszczyźnie oznaczało to dla mnie, że nie ma co panikować. Boli bardzo, ale wszyscy wiedzieliśmy, że bezbolesne to nie będzie. W pewnym momencie jednak Wiola zaczęła się robić nerwowa, co mnie się udzieliło. Po ok. 30-40 minutach 10 cm bez skurczy partych zaczęła dopytywać się Magdy, czy da radę, czy też nie. W tym przypadku „nie” oznaczało wyprawę do szpitala. Była 15.40. Środek miasta. Środek tygodnia. Korki. Nie było opcji dostać się do szpitala, gdyby Magda stwierdziła, że nie da rady, trzeba by było dzwonić po karetkę. Nie mówiłem tego, bo czekałem na to, co powie Magda. Magda wyglądała na strasznie zrezygnowaną, ale wiedziałem, że wie, że od tego, czy po karetkę zadzwonimy, czy nie, jej bóle nie miną, a dziecko i tak niedługo się urodzi. Od tego momentu aż do 16-16.10 był dla mnie najgorszy okres tego porodu. Bałem się. Wiola badała Ani tętno. Zapewniała, że wszystko jest w porządku. Jednak Magda wyglądała jak 8 nieszczęść*. Po 16 Wiola ogłosiła, że są skurcze parte. Dopytywałem się kilka razy, czy na pewno. Zaczęła chwalić Magdę, że świetnie sobie radzi i zapewniała ją, że wszystko jest w porządku. Po którymś skurczu powiedziała, że widać główkę. Zapytała, czy chcę zobaczyć. Nie chciałem. Nie dlatego, że widok główki spaczyłby moją niezachwianą psychikę, czy też spowodował ciężkie seksualne zaburzenia. Nie chciałem, bo w tym momencie Magda znajdowała się w kucki z wyciągniętymi do mnie rękami i podtrzymywanie jej za ręce i szeptanie do ucha uznałem za swoje priorytetowe zadanie. Miałem świetny widok na zegar na piekarniku, więc gdy Wiola ogłosiła, że główka się urodziła zanotowałem 16.31. Po 4 minutach przyszedł kolejny skurcz i najgłośniejszy krzyk w całym przedstawieniu. 16.35 nasza córeczka była po drugiej stronie. To nie był koniec. Było jeszcze łożysko, była spora utrata krwi, a przede wszystkim było wielkie wzruszenie. Popłakałem się po fakcie. Uznałem, że już mogę. Trzeba było jeszcze szybko posprzątać zanim wrócą dziewczynki. Było dość czerwono. Na szczęście Wiola przytomnie pomogła i w momencie powrotu Idy i Poli dom nie wyglądał już jak miejsce zbrodni.

Noc po tym porodzie była dla mnie bardzo trudna. Ania spała między nami, a jaki w jakimś półśnie poszedłem położyć się do salonu (Magda po mnie przyszła). Potem miałem pomysł, żeby spać w nogach łóżka. Chciałem też leżeć obok na kocu.

Oceniam to wydarzenie jako najważniejsze i najbardziej głębokie w moim życiu. Nie byłem tak blisko ani przy cesarce Idy (choć wtedy bałem się najbardziej) ani przy porodzie Poli (wówczas to lekarka i położne obstawiły Magdę tak, że ja zajmowałem się tylko podawaniem jej picia). Czułem, że „unoszę się” jeszcze jakieś 2 tygodnie po. Zastanawiałem się, co się tak właściwie dzieje i doszedłem do wniosku, że chyba tak się człowiek czuje, kiedy jest szczęśliwy.

Jeżeli planowalibyśmy kolejne dziecko, również chciałbym, aby poród odbył się w domu. Jeżeli miałbym cofnąć czas i jeszcze raz zdecydować, co z porodem Ani również wybieram poród domowy.

* wiem, że mówi się 7, ale 8 jest w ciągu Fibonacciego

III część

Początkowo byłem przeciwny porodowi domowemu. Przeciwny, to nawet nie jest właściwe słowo. W zasadzie pierwsze kilka razy, gdy Magda wspomniała o PD uważałem to za pomysł tak szalony, że zupełnie się nad nim nie zastanawiałem. Coś w stylu: „dzieci śpią, mamy benzyny na 1000 km, uciekajmy na Białoruś!”. Tym dla mnie było: „urodźmy to dziecko w domu”. Jednak moje spojrzenie na tę sprawę ulegało stopniowo zmianie. Magda podsyłała mi linki, dała do przeczytania książki. Sam także jestem maniakiem robienia researchów internetowych, więc wiedzę uzupełniałem. Natomiast samo wyposażenie się w wiedzę, nie było tutaj istotne. Istotne było to, że Magdzie bardzo zależało na porodzie w domu. Wiem jak bardzo przeżywała poród Idy oraz jak również negatywnie oceniła poród Poli i pobyt w szpitalu. Myślę, że gdyby chodziło o nasz pierwszy poród, o nasze pierwsze dziecko, nie zgodziłbym się na poród w domu. Tak to jest przy pierwszym dziecku. Gdy Ida miała kilka tygodni i dostała wysypki w postaci kilku krostek na pupie jak poparzeni ruszyliśmy do lekarza. Gdy Ania jakieś 2 tygodnie po urodzeniu, dostała trądziku niemowlęcego, który nasilał z dnia na dzień, byliśmy już wyposażeni w wiedzę i nasze organizmy miały już za sobą wyczerpujący czteroletni trening z cierpliwości, więc postanowiliśmy robić nic. Po trądziku dziś (7. tydzień) nie ma śladu. To, co chciałbym poradzić męskiej części potencjalnych uczestników porodu domowego to, po pierwsze, wyposażenie się w wiedzę (być może w tym nawiasie moja żona zamieści linki, które mi przesłała, bądź książki, które przeczytałem[6]). Jeżeli po przyswojeniu sobie wiedzy, odpowiedź na pytanie: „czy zgadzasz się na poród domowy?” brzmi: „Nie”, to to jest ok. Nie jest to i nie powinna być sytuacja, że „chcę coś komuś udowodnić”, albo „zesram się, a nie dam się”. Jeżeli to ma być poród domowy (z domownikami pt: ojciec dziecka i matka dziecka), to dwie strony muszą być na to zdecydowane. Ważne także, aby przyszła mama, czyli najważniejsza uczestniczka całego przedsięwzięcia, potrafiła uszanować: „Nie” przyszłego taty. W ogóle uważam, że najważniejsze w związku jest szczerze wyrażać swoje zdanie i szanować zdanie partnera/partnerki, no ale to już inny temat.

I gdy już myśleliście, że to koniec – krótki opis osoby, która widziała tę historię trochę bardziej z zewnątrz – Marysia. Marysia jest moją przyjaciółką i jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Gdy zaczęłam myśleć o porodzie w domu i o tym, że (być może) chciałabym, aby Ida i Pola były z nami podczas tego wydarzenia, ale pod czyjąś opieką, to wiedziałam, że nie mogę poprosić o pomoc nikogo innego, tylko ją.

Historia porodowa – Marysia

Śniadanie i kolacja – to zapamiętałam najbardziej 🙂

 

Przyjechałam około 5:30, spodziewając się jakiegoś napięcia, zamieszania. Sama nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno zaskoczyła mnie sytuacja, którą zastałam – Ty, Paweł i Wiola siedzicie sobie przy stole w kuchni, miło rozmawiacie (i to nie o porodzie), za chwilę ktoś robi herbatę, później wjeżdża pieczywo, sałatka. Wstawiamy rosół. Pamiętam, że wtedy właśnie wyobraziłam sobie, jak inaczej wyglądałoby to w tym momencie w szpitalu i poczułam, że ja też chciałabym kiedyś spróbować urodzić w domu. Po 7 budzi się Pola, Paweł się nią zajmuje, a my idziemy pospacerować. Chodzimy chyba prawie godzinę, nie pamiętam o czym rozmawiamy, ale na pewno nie wyłącznie o porodzie. Odprowadzamy Polę do żłobka, Ida wraca do domu z nocowania. Wtedy decydujesz, że chcesz zostać sama z Pawłem i Wiolą, więc jedziemy z Idą na Stachiewicza.

15:36 Paweł pisze, że jeszcze jesteście w trakcie i żeby poczekać z powrotem. 16:44 pisze, że to już i że wszystko ok, mamy czekać na kontakt. Około 17 dzwoni i mówi, że potrzebujecie jeszcze co najmniej pół godziny, żeby posprzątać. Przychodzimy około 18 z Idą, Polą i Ignasiem. Zapamiętałam bladego Pawła, Ciebie leżącą na łóżku, okropnie zmęczoną, patrzącą przed siebie. Mówiłaś chyba, że było strasznie i bardzo bolało. Wiola siedziała przy stole i też wyglądała na zmęczoną. Powiedziała tylko, że było bardzo ciężko. Ale na pytanie, czy wszystko w porządku, wszyscy mówili, że tak. Dziewczyny poprzytulały się do Ciebie i Ani przez kilka minut, po czym stwierdziły, że chcą pójść na plac zabaw. Zabrałam je i Ignasia, po drodze spotkaliśmy Kalinę z tatą i wszyscy razem poszliśmy na plac zabaw. Później dołączył do nas Rafał i po dwóch godzinach, trochę po 20, przyprowadziliśmy dziewczyny z powrotem. Wioli już nie było, ale nastroje były dużo lepsze. Zjedliśmy wszyscy rosół. I to był drugi raz, kiedy pomyślałam sobie, że też bym tak chciała. Że zamiast pobytu na sali poporodowej z obcymi kobietami, w obcym łóżku, z obcą łazienką (pewnie na korytarzu), ze szpitalnym jedzeniem przynoszonym o dziwnych porach, z położnymi i lekarzami, którzy co chwilę wtrącają się i każą coś robić lub nie robić, Ty jesz domowy rosół, a za chwilę położysz się we własnym łóżku, z własnym mężem. I to był moment, w którym obok podziwu dla Ciebie pojawił się ogromny podziw dla Pawła – bo gdyby nie on, to ta część poporodowa (zwłaszcza że poza Tobą i Anią były jeszcze Pola i Ida, którymi też trzeba było się zająć) nie miałaby szansy się udać.

7 tygodni po porodzie. To po prawej to aspirator – siotry zaraziły ją zapaleniem spojówek i katarem (ale zniosła to z godnością).

I na koniec jeszcze jedna rzecz: dziękuję, Kochanie. To Ty byłeś ze mną po pierwszym porodzie, gdy czułam się najgorzej i teraz po trzecim, gdy czuję się najlepiej. Jesteś prawdziwym ferrari wśród mężów i ojców. Jesteś miłością mojego życia.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

Jeżeli jesteś tu pierwszy raz i chcesz zrozumieć, dlaczego zdecydowałam się na poród w domu, to zapraszam tu (KLIK).

Jeżeli myślisz sobie, że to było nieodpowiedzialne i ryzykowałam zdrowiem i życiem zarówno swoim jak i dziecka, to zapraszam Cię tu (KLIK).

[1] Taki inside joke, zrozumiały tylko dla kobiet, które rodziły dzieci.

[2] Tak, jak się przekroczy termin porodu, to 9-ty miesiąc ciąży się kończy, więc oficjalnie jest się w 10-tym miesiącu ciąży.

[3] Wiem, nie zawsze, nie w każdych okolicznościach. Ale w miarę możliwości.

[4] po poprzednim porodzie lekarka nie chciała podpisać mi papierów do wyjścia, bo „nie karmię piersią poprawnie”.

[5] bez przesady, takiej sielanki, żeby dziecko się dało odłożyć po uśpieniu, to nie było.

[6] Paweł przeczytał część książki Ireny Chołuj Urodzić razem i naturalnie dotyczącą fizjologii porodu i Jeannette Kalyty (jak to się odmienia???) Położna. 3550 cudów narodzin.

  • Joanna

    Magda – serdeczne uściski, cieszę się, że Ania cała i zdrowa, Ty i Paweł bogatsi o kolejne przeżycie i kolejnego członka rodziny. Muszę Ci powiedzieć, że byłam bardzo ciekawa jak będzie z realizacją planu porodu domowego i teraz dziękuję za taki szczery wpis. Zazdroszczę Ci decyzji i wytrwałości w realizacji. Ja rodziłam ponad 20 lat temu, w szpitalu, a jedyne co wspólne w naszych doświadczeniach to prawie 2 tygodnie „opóźnienia”. Ja swój poród po prostu przeżyłam, tak jak trzeba znieść każe inne nieuniknione. Jak dobrze, że inne kobiety mają wybór.

    • MatkaSkaut

      Dziękuję. Mam nadzieję, że opieka nad rodzącą w Polsce będzie się zmieniać i coraz więcej kobiet będzie mogło wspominać swój poród jako wzmacniające doświadczenie, a nie coś, o czym chcą jak najszybciej zapomnieć.

  • Domi

    Bardzo wartościowy wpis. Sama urodziłam miesiąc przed Tobą. Ze względu na moją chorobę musiałam rodzic w szpitalu. Bardzo zazdroszczę Ci tego, że moglas rodzic właśnie w domu, u siebie, w miejscu gdzie czujemy się najlepiej i najbezpieczniej. Podziwiam siłę i to jak poradziliscie sobie z porodem i tym czasem po. Wszystkiego dobrego ☺️

    • MatkaSkaut

      Dzięki!

  • Dziękuję, że to opisaliście. To będzie mój kolejny przykład, że poród może być jednocześnie trudny i piękny. Niebywałe jest to, jak wcześnie zaczyna się ta ambiwalencja w rodzicielstwie. Wszystkiego dobrego dla Was i dla malutkiej 🙂

    • MatkaSkaut

      Tak, to jest niesamowite. Ja nadal świetnie pamiętam jak straszliwy ból to był, a jednocześnie nie zamieniłabym tego na poród w szpitalu z możliwością poproszenia o znieczulenie.

  • pod wieloma względami było mi bliskie to, co piszesz. ja urodziłam tylko czwartego dnia po terminie, ale oczywiście w siódmej dobie miałam się zgłosić do szpitala na indukcję i, szczerze mówiąc, do teraz nie wiem jaką bym decyzję podjęła, gdyby się samo nie zaczęło. kiedy wody mi odeszły to prawie się popłakałam ze szczęścia. doświadczenie bólu, nad którym nie mam kontroli znam z obydwu porodów – przy pierwszym to były skurcze po oksytocynie, przy drugim samo z siebie tak bolało – praktycznie cała akcja skurczowa trwała jakieś dwie godziny i była właśnie taka piorunująco-boląca. po pełnym rozwarciu też miałam skurcze I fazy przez jakiś czas. dla mnie zawsze II faza to mega ulga 🙂
    pod wpływem twoich wpisów łatwiej było mi podjąć decyzję o miejscu porodu – w końcu zdecydowałam się na prywatny szpital, w którym przyjmują tylko fizjologiczne niepowikłane porody. wiele osób z mojego środowiska go odrzuca ze względu własnie na to „a jeśli coś się stanie…” (a jeśli cos się stanie to przewiozą dziecko do innego szpitala i tyle). pomyślałam sobie, że nie ma co wymyślać, że będę miała powikłany poród skoro wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na czystą fizjologię – i tak było.
    dobijające dla mnie jest to, że żeby zrobić to, co najlepsze dla dziecka należy się przeciwstawić personelowi medycznemu. ja ostatnio stoczyłam jakąś chorą walkę o kp, w tym szpitalu było o niebo lepiej, choć tez mi neonatolog uprzejmie zaproponowała butlę, żeby troszkę popchnąć smółkę („bo aż się prosi” ;)). na szczęście spokojnie przyjęła moją odmowę, ale pamiętam jak po pierwszym porodzie pielęgniarka się na mnie wydarła, że „zwariowałam” i „chcę zagłodzić dziecko” – to się wydaje niedorzeczne, ale nie kiedy którąś godzinę dziecko wisi na piersi, jestem skrajnie niewyspana i w sumie nie mam aż takich kompetencji, żeby wiedzieć, że na pewno tego dziecka nie głodzę (zwłaszcza przy pierwszym). naprawdę w tej kwestii trzeba jeszcze dużo poprawić.
    mój syn urodził się w końcu z wagą 4300g i potem rozmawiając z przyjaciółką doszłyśmy do wniosku, że dobrze, że mi pod koniec go nikt nie mierzył, bo mogłabym dostac skierowanie na cc – tak samo kiedy zdecydowałabym się na indukcję, która by się nie udawała, a z pomiarów wychodziłoby właśnie takie duże dziecko. tego się chyba najbardziej bałam.

    dziękuję bardzo za ten wpis. czytało się super 🙂 i mąż wydaje się super gościem 😀 może pisać częściej!

    • MatkaSkaut

      No, po 7 dniach od terminu to już było tylko świrowanie jak uniknąć indukcji i cesarki. Przykre jest to, że aby mieć fizjologiczny poród, to trzeba się przeciwstawiać personelowi medycznemu 😕
      Cieszę się, że pomogłam przy wyborze. Mam nadzieję, że nie żałujesz.

      • bardzo mnie zasmuca poziom i charakter opieki medycznej kobiet w ciazy i rodzacych w Polsce. kazda decyzja zwiazana ze zdrowiem jest kalkulacja ryzyka, prawo pacjenta to znac to ryzyko i przy pomocy lekarzy/poloznych podjac najlepsza dla siebie decyzje! u nas nawet najbardziej zagrozone porody moga sie odbywac w domu jesli taka jest wola matki i dwie polozne z NHSu beda obecne nawet jesli beda siedzialy tam z dusza na ramieniu bo nie mozna rodzacej zostawic w takim czasie nawet jesli jej swiatopoglad jest zupelnie inny. przy indukcji tak samo, podawane sa dane i ryzyko pacjentce, raczej wiekszosc dzieci chce sie zeby byly urodzine przed poczatkiem 43 tygodnia ciazy ze wzgledu na ryzyko niewydolnosci lozyska i smierci intrapartum, ale decyzja nadal nalezy do kobiety. i przekazane jej informacje beda rzetelne i przekazane delikatnie a nie w sposob zastraszajacy. az boje sie wracac do Polski jesli tak to tam wszystko wyglada! napewno balabym sie rodzic w Polsce z tego co mowicie.

        • MatkaSkaut

          Twoje opowieści (też te z bloga) na temat służby zdrowia u Was czyta się jak bajkę o żelaznym wilku. Gdyby w Polsce tak to wyglądało… Jestem teraz w wieku, gdzie wszystkie znajome rodzą dzieci. I to są same historie o mniejszym lub większym zmuszaniu i zastraszaniu pacjentki, by robiła to, co personel medyczny uważa za słuszne. A największy dopust boży to pacjentka, która ma własne zdanie. 😕 strasznie to smutne.

  • Kasia Czubkowska

    Magdo, bardzo ciekawy tekst i jak zawsze doskonale napisany. Brakuje mi jednak jednej bardzo istotnej informacji – jak poradziliście sobie z kwestią badań przesiewowych niemowląt i szczepień w pierwszej dobie. Czy zajęła się tym położna czy też lekarz który jak napisałaś odwiedził Was w trzeciej dobie po porodzie? Uważam że jest to informacja o tyle istotna, że warto uzupełnić o nią wpis. Szczególnie interesuje mnie kwestią badań przesiewowych bo na własnej skórze przekonałam się jak krytyczne są dla przyszłego zdrowia dziecka. Część chorób przez nie wykrywanych (np. fenyloketonuria) nie daje żadnych objawów póki nie jest za późno dla maluszka.

    • MatkaSkaut

      Ten wpis jest zarezerwowany dla odczuć i refleksji, nie chce tu wrzucać spraw formalnych. Bardziej myślę, że mogę dopisać te informacje we wpisie o bezpieczeństwie porodów domowych. Badanie przesiewowe robi położna (oprócz badania słuchu). Co do szczepień- robi się je w przychodni, oprócz szczepienia przeciw gruźlicy, na które trzeba się umówić do przyszpitalnego centrum szczepień, a terminy mają kosmiczne (np. teraz są dopiero na listopad).

  • przepiekne wydarzenie, wielkie gratulacje, ciesze sie bardzo ze udalo sie Wam przezyc cos tak pieknego i mocnego jako rodzinie, czyta sie jak powiesc polifoniczna, co jeszcze lepiej oddaje atmosfere tego wydarzenia. ps. przeszly mnie ciarki na wiadomosc o odklejeniu sie lozyska. sama mysle o drugim dziecku coraz czesciej i o porodzie w domu ale nie sadze ze bede na tyle odwazna zeby sie na to zdecydowac. dziekuje ze podzielilisice sie tym wydarzeniem z nami czytelnikami.

    • MatkaSkaut

      O, widzisz. To ja nawet tej akcji z łożyskiem nie odebrałam jako potencjalnego zagrożenia, bo Wiola była kompletnie spokojna, gdy to zobaczyła. A ja wiem, że odklejenie w trakcie porodu jest bardzo niebezpieczne, ale jak już dziecko wyszło, to nie wiedziałam.

      • zachowanie spokoju jest jak najbardziej wskazane, nie ma co myslec co by byo gdyby, wazne ze wszystko sie dobrze skonczylo. jak juz dziecko wyszlo to normalne ze sie okleja lozysko, wczesniej tak jak mowisz to niebezpieczne.