Seriale, przy których nie masz ochoty na facepalm

I oto jest. Pierwszy wpis, gdzie nikt nie będzie zmuszany ani do wysiłku intelektualnego ani do poważnej refleksji. Możecie zrobić sobie coś dobrego do picia, zawinąć się w kocyk i poczytać. No chyba, że u Was dzisiaj „dzień rozwydrzonego dzieciura”, wtedy możecie na 5 minut zamknąć się w toalecie.

Czytając książkę Joanny Czeczott „Macierzyństwo non-fiction” uderzyła mnie jakże trafna uwaga na temat różnic pomiędzy bezdzietnymi a rodzicami w wydawałoby się błahej kwestii – co oglądamy wieczorami? Bezdzietni mogą sobie pójść do kina albo film na kanapie obejrzeć, wiadomo – nawet jeśli położą się późno, to ich sen do rana będzie nieprzerwaną niczym sielanką. A dzieciaci? Oczywiście, człowiek musi zawsze brać pod uwagę, że się nie wyśpi. Albo tyle, co by chciał albo w tak komfortowych warunkach, jakby chciał. Albo i jedno i drugie. Ogólnie sen jest tematem drażliwym wśród młodych rodziców (tzn. tych, co mają dzieci w wieku od 0 do 7 lat). Bo nawet jeśli Twoje dziecko szybko usypia, wstaje po siódmej i nie budzi się w nocy, to świetnie wiesz, że Twoje dziecko (aż mnie palce świerzbiły, żeby wtrącić to słowo) ZAZWYCZAJ szybko usypia, zazwyczaj wstaje po siódmej i zazwyczaj nie budzi się w nocy. A co będzie dzisiaj w nocy, któż to wie? W związku z tym dzieciaci inaczej gospodarują swoim czasem na rozrywki wieczorne. Kto by zaczynał oglądanie filmu, gdy człowiek wie, że go do końca nie obejrzy albo (co gorsza) obejrzy i później będzie baaardzo żałował, że nie poszedł spać wcześniej. Dlatego też dzieciaci oglądają seriale. Najchętniej takie z niezbyt długimi odcinkami.

Jeszcze kilka lat wstecz serial był czymś „gorszym” niż film. Filmy mogą być ambitne, nowatorskie, poruszające ważne kwestie. A seriale, to tylko seriale – taki zapychacz czasu, co człowiek kątem oka ogląda jak prasowanie robi. Ale to się zmieniło i dzisiaj seriale potrafią być równie ciekawe, jak filmy, przyciągać rzesze fanów i nawet dla największych hollywoodzkich gwiazd to już nie jest ujma na honorze, by pojawić się w serialu.

Zdjęcie tytułowe i to pochodzą ze strony unsplash.com

My oglądamy seriale bardzo często. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio obejrzeliśmy razem film w domu. Ale „przerabiając” kolejne znane tytuły, mam poczucie, że staję się coraz bardziej wyrobionym widzem i moje wymagania rosną. Nie marzą mi się większe efekty specjalne, więcej gołych piersi, piękniejsze krajobrazy. Nie marzę nawet o inteligentniejszej intrydze i zagadkach kryminalnych, które miałyby jakiś sens (no dobra, trochę marzę, ale jestem racjonalna, cudów się nie spodziewam). Za to, gdy siadam do oglądania serialu to chciałabym, żeby ludzie zachowywali się jak… ludzie. Żeby świat przedstawiony, relacje międzyludzkie, rozmowy między bohaterami miały sens i był jakiś pozór normalności. Żebym podczas oglądania odcinka nie chciała wykonać gestu totalnego zażenowania tym, co widzę na ekranie (czyli tzn. facepalmu). To, że jestem psychologiem i sporo wiem o ludzkich zachowaniach, dodatkowo utrudnia mi zadanie. Więc ręka do czoła leci często. A liczba seriali, do których mam ochotę wracać, maleje dramatycznie.

Co mnie drażni najbardziej? Najbardziej drażni mnie brak prawdy. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że w prawdziwym świecie ludzie nie są tacy ładni albo nie budzą się z idealnie ułożonymi włosami (chociaż to też jest trochę irytujące). Drażni mnie brak prawdziwości w relacjach i emocjach. W wielu momentach postaci w serialach zachowują się nieprawdopodobnie głupio i kompletnie nielogicznie. I problem polega na tym, że to nie jest prawdziwe głupio i życiowo nielogicznie. To są zachowania, które są potrzebne scenarzyście, by poprowadzić fabułę tak, jak tego potrzebuje. Przykładem są wszystkie sytuacje, gdy jakaś relacja kompletnie się sypie z powodu jakiegoś głupiego nieporozumienia albo niedomówienia. Albo jak jakaś postać, do tej pory racjonalna i odpowiedzialna, nagle zachowuje się jak szaleniec. Szlag mnie trafia, gdy widzę coś takiego na ekranie. A jeszcze bardziej drażni mnie, gdy relacje międzyludzkie stają się w serialach zupełnie nierealne. I tak para, której (jak wszyscy wiemy od pierwszego odcinka) pisane jest być na zawsze razem, na potrzeby piętnastu sezonów serialu, schodzi się i rozchodzi po kilkadziesiąt razy, zdradzają się, okłamują, wybaczają i znów zdradzają i tak dalej. I to jest strasznie słabe. Bo ja wiem, że są na świecie takie pary, ale nie czarujmy się, to nie są fajne związki. I to są osoby, które mają najczęściej spore problemy z relacjami z ludźmi. A w serialu pokazują nam fajnych ludzi, którzy niby mają fajny związek, którzy niby potrafią ze sobą rozmawiać, tylko „jakoś tak im się wydarza” kolejne rozstanie czy zdrada. Nie znoszę też, gdy scenarzyści próbują wmówić widzom, że to jest fajna, sympatyczna postać, a jednocześnie co chwilę pokazują, jak kłamie, oszukuje czy zdradza. Ustalmy pewną rzecz – jak ktoś jest w miarę zdrowy psychicznie i szanuje innych ludzi, to się tak nie zachowuje. Z powodu takich „dwoistych” postaci (niby fajnych i napisanych tak, że przecież trzeba je lubić, a z drugiej strony robiących podłe rzeczy na każdym kroku) przestałam oglądać serial „W garniturach”. Od pewnego momentu ten serial zaczął polegać na tym, że kilkoro głównych bohaterów na zmianę albo deklaruje sobie nawzajem, że są rodziną i będą wobec siebie lojalni po grób albo z błahego powodu spiskują za swoimi plecami, stosują szantaż emocjonalny a nawet pospolite groźby („albo to zrobisz albo zrywam tą znajomość!”). Drogi scenarzysto! Przyjaźń tak nie wygląda. Lojalność tak nie wygląda. Fajni ludzie się tak nie zachowują.

To tym przydługim wstępie zapraszam Was dzisiaj na pierwszy „wpis do kawy”, a w nim przegląd seriali, gdzie ludzie zachowują się zgodnie z zasadami psychologii i podczas oglądania odcinka nie zrobi Wam się wgłębienie w czole od ciągłych facepalmów. Przy okazji są to też seriale, gdzie ludzie prezentują całkiem niezły poziom zdrowia psychicznego i zasad moralnych. Ogólnie będą to seriale zaludnione przez bohaterów, których naprawdę chce się lubić i wielu z nich chętnie zaprosiłabym na herbatę do domu.

1. This is us („Tacy jesteśmy”) – przecudowny serial obyczajowy, o trzech osobach, które urodziły się tego samego dnia. Do tej pory jest jeden cały sezon (18 odcinków) i jesteśmy w trakcie drugiego (9 odcinków). Wzruszający serial o zwyczajnych ludziach, o ich błędach i radościach, dużo o relacjach rodzinnych (pomiędzy małżonkami, rodzic-dziecko, pomiędzy rodzeństwem), o związkach. Serial podejmuje też trudne tematy – kłopoty osób z dużą nadwagą, zazdrość pomiędzy rodzeństwem o miłość rodziców, umieranie czy rasizm i za każdym razem udaje się to zrobić w sposób nieprzesłodzony (według mnie), psychologicznie prawdziwy, a jednocześnie pozytywny. To jest serial, który pokazuje, że ludzie robią czasami głupio (nawet bardzo), popełniają błędy (nawet bardzo wielkie), ale potrafią też je naprawiać, wybaczać, przepraszać i dogadywać się. Jeśli potrzebujecie czegoś, co w ponury, listopadowy wieczór sprawi, że pomyślicie sobie, że świat jednak nie jest taki zły, to jest to właśnie 45 minut tego serialu.

2. Grace and Frankie – króciutkie, 30 minutowe odcinki (w tej chwili 3 sezony), które są jak promyczek słońca w depresyjny poniedziałek. Historia dwóch starszych kobiet, które muszą ułożyć swoje życie na nowo po tym, jak ich mężowie oznajmiają, że są w sobie zakochani i mają zamiar wziąć ślub. Wiem, że pomysł może wydawać się wydumany, ale serial jest po prostu cudowny. Niesamowite są główne bohaterki, grane przez Jane Fondę i Lily Tomlin, tak różne, niechętne sobie nawzajem od dawna, a jednak skazane na siebie, bo nikt inny nie rozumie, z czym się zmagają. Bardzo lubię ten serial także za podejmowanie problematyki dotyczącej starszych ludzi – chorób, niesprawności, osamotnienia, zmagania się z nadchodzącą śmiercią i „rozliczeniami” z życia – „jaką matką byłam? Jaką żoną? Czemu zmarnowałam tyle lat swojego życia?”. Tematy trudne, ale w tym serialu podjęte z jakąś taką lekkością (nie mylić z lekceważeniem!). W ogóle niesamowite jest, że średnia wieku czwórki głównych bohaterów tego serialu to ponad 77 lat! Jak często spotyka się taką obsadę? Serial jest z założenia komediowy, ale dla mnie w wielu momentach był szalenie wzruszający (szczególnie poruszyła mnie relacja Grace-Robert i to, jak udało im się dojść do porozumienia. Oraz odcinek z matką Roberta.). Z wielką przyjemnością oglądam też sceny z Robertem i Solem (eksmeżami-gejami) – naprawdę widać, że bardzo się kochają, ale też jak trudna jest dla nich ta nowa sytuacja. Ta para wydaje mi się ewenementem w świecie seriali – pary homoseksualne są pokazywane, ale najczęściej są to młodzi ludzie z wielkich miast, a nie starsi panowie, którzy spędzili sześćdziesiąt lat swojego życia ukrywając swoje skłonności. Ogromnym plusem serialu jest też to, że nie ma w nim „czarnych charakterów”. Tak łatwo byłoby zbudować fabułę na tym, jak bardzo eksmężowie byli i są nie w porządku wobec naszych bohaterek. Tymczasem serial pokazuje nam różnorodne perspektywy i nie „obwinia” jednoznacznie nikogo za zaistniałą sytuację. Tak, jak w „This is us” – bohaterowie mają swoje wady i nie są idealni, ale wszyscy są ludźmi, z których chętnie zaprosilibyśmy do domu i zaproponowali im herbatę (chociaż Grace na pewno skomentowałaby niewytarte kurze na półce, a Frankie zaczęła przestawiać meble, aby udrożnnić zaburzony przepływ energii Chi 😉 ).

3. One day at a time – sitcom (ze śmiechem z puszki!) o samotnej matce, która stara się żyć, pracować i wychowywać dwójkę swoich nastoletnich dzieci z pomocą swojej matki i właściciela budynku (przyjaciela rodziny). Cała rodzina jest kubańskiego pochodzenia i jest to jeden z ważnych punktów fabuły. Główna bohaterka pracuje jako pielęgniarka, a jeszcze do niedawna była w Afganistanie na misji. Tam też został jej mąż – nie chciał wracać do USA, zdecydowali się na separację. Ten serial niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczył tym, jak pokazuje, że gdy ludzie się kochają, zależy im na sobie i są (w miarę) zdrowi psychicznie, to potrafią się dogadać nawet, gdy się nie zgadzają w ważnych kwestiach. To jest serial, który jest naprawdę… mądry. Edukacyjny w pewien sposób, a jednocześnie wzruszający i zabawny. Podejmuje tematy: stresu pourazowego po wojnie, trudnej historii Kuby, problemów finansowych, traktowania weteranów w USA, rasizmu, nielegalnych imigrantów, samotnego rodzicielstwa, dojrzewania, orientacji seksualnej, seksizmu – i za każdym razem daje radę (pomimo śmiechu z puszki). Jest to też niesamowicie „kobiecy” serial – to znaczy podejmuje tematy ważne dla kobiet i pokazuje ich perspektywę. Cudowny jest na przykład odcinek o konflikcie babcia-wnuczka dotyczącym makijażu czy nowoczesnej odmianie seksizmu, którego nasza bohaterka doświadcza w pracy. Polecam Wam z całego serca – zaczęłam pierwszy odcinek zupełnie bez przekonania, a przy ostatnim odcinku miałam łzy w oczach.

4. The ranch – nie, to nie jest tak, że Amerykanie wykupili prawa do naszego, polskiego serialu. To także jest sitcom ze śmiechem z puszki. Ale prawdziwego śmiechu jest tam bardzo mało. Za to bardzo dużo jest gorzkiej prawdy o amerykańskim społeczeństwie. Serial pokazuje Amerykę, której my prawie nie znamy – małomiasteczkową, biedną, republikańską, głosującą na Trumpa. To jest serial pełen goryczy, smaku porażki, pokazujący ludzi, którzy wiedzą, że nic szczególnego ich w życiu nie czeka, że wielkie marzenia nie są dla nich. Serial o tym, że ludzie się nie zmieniają, że często nie uczą się na swoich błędach i że nie każda historia skończy się happy endem. Brzmi strasznie przygnębiająco. I trochę tak jest. To nie jest serial, który pozwoli uwierzyć w to, że świat jest dobry, gdy macie zły dzień. Ale jest w tym serialu coś, co powoduje, że nie tchnie z niego taką beznadzieją, jak z polskich ambitnych filmów o podobnym klimacie. Czuć, że ta rodzina, pomimo wszystkich konfliktów i trudności, kocha się. Że ci ludzie są dla siebie ważni. Że wraz z innymi ludźmi z miasteczka tworzą pewną społeczność i, choć najprawdopodobniej ich życie nie będzie usłane różami, to będą potrafili być w tym razem, wesprzeć się nawzajem. I to jest pocieszające. Na koniec dodam jeszcze, że dużo jest w tym serialu żenujących żartów o seksie i penisach (nie znoszę takich żartów, dlatego większość amerykańskich komedii, gdzie szczytem finezji są żarty o pierdzeniu i o tym, że ktoś zjadł włosa łonowego, są dla mnie nie do zaakceptowania). Ale tym razem te żarty są zupełnie na miejscu, przecież takie właśnie żarty bawiłyby tych kowbojów.

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że ten wpis spowoduje, że spędzicie miło wiele zimowych wieczorów (albo zmarnujecie wiele zimowych wieczorów, zależy jak na to patrzeć).

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. Oczywiście, oglądam też inne seriale – Grę o tron, Peaky blinders, House of cards, Most nad Sundem, Homeland, Orange is the new blackBig bang theory… i wcale nie wymieniłam wszystkiego. Ale nie czarujmy się, któż ogląda Grę o tron ze względu na psychologiczną rzetelność odwzorowania relacji międzyludzkich…

P.s.2. Jeśli chcecie przeczytać recenzje tych seriali w wersji PRO, to zapraszam do Zwierza Popkulturalnego:

– Grace i Frankie →KLIK

– This is us →KLIK

– The ranch sezon 1→KLIK  sezon 2→KLIK  sezon 3→KLIK

– One day at the time →KLIK