Wgryzam się w minimalizm – Marta Sapała „Mniej”, Joshua Becker „Im mniej tym więcej” recenzja

Jak pisałam poprzednio, temat minimalizmu ostatnio zajmuje moje myśli. A że mam zwyczaj zgłębiać do dna każdą sprawę, która uznam za interesującą, to na wakacje zabrałam ze sobą dwie książki, które miały mi pomóc wgryźć się w temat.

Jako pierwszą lekturę wybrałam „Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków” Marty Sapały opisywane jako biblia polskich minimalistów. Jako drugą – polecaną przez blog moreandless książkę Joshuy Beckera „Im mniej tym więcej”. Wczoraj skończyłam czytać i ponieważ nie samymi sprawami okołodzieciowymi człowiek (matka) żyje, to chciałabym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat tych tytułów.

W ramach przerywnika w tekście – dzieci udają, że czytają.

Zacznę od bardzo znanej w Polsce książce Marty Sapały. Autorka jest dziennikarką i razem ze zwerbowaną przez siebie grupą ludzi, podejmuje wyzwanie – przez rok nie kupują niczego, co nie jest im (i ich rodzinom) „niezbędne do życia”. Kwestię „niezbędności” każdy definiuję sam. Książka przeprowadza nas przez 12 miesięcy i historie Marty oraz pozostałych uczestników. Oprócz tego Marta dorzuca do książki bardzo wiele ciekawych faktów na temat: minimalizmu, konsumpcji dóbr na świecie, biedy, jedzenia, ciekawych inicjatyw związanych z ruchem slow. Znajdziemy tu także dużo statystyk dotyczących Polaków – ile mają pieniędzy, dlaczego i na jakie przedmioty decydują się je wydać.

Po przeczytaniu moje uczucia są mocno mieszane. Z jednej strony, jakby mnie ktoś spytał, czy żałuję czasu, który zainwestowałam w przeczytanie tej pozycji, to powiedziałabym, że oczywiście nie. Dowiedziałam się bardzo dużo ciekawych rzeczy. Ale to, co okazało się dla mnie najciekawsze, to nie były same historie bohaterów i ich zmagania z postem zakupowym. Najciekawsze były dla mnie te wszystkie dodatkowe fakty i statystyki przytaczane przez autorkę. Liczyłam, że ta książka pokaże mi, jak się zabrać do kupowania mniej, coś podpowie, zainspiruje. Tymczasem same historie bohaterów były dla mnie w dużej mierze dziwne, ich wybory niezrozumiałe, a doświadczenia – niewiele wnoszące w moje życie. Dlaczego? Po pierwsze, w eksperymencie wzięły udział osoby, które i tak są bardzo, bardzo oszczędne i dobrze zorganizowane. Są świadomymi konsumentami, naprawdę odpornymi na reklamę i ich wybory zakupowe są niesamowicie racjonalne. Jak mam się uczyć od tych ludzi? Nasz punkt startowy jest zupełnie inny i nie znalazłam w tej książce informacji, jak stać się podobną do nich. Po drugie, w eksperymencie wzięły też udział osoby, które zostały zmuszone przez sytuacje losowe do ekstremalnego „zaciśnięcia pasa” (np. wysoki kredyt, rozwód, utrata pracy, urlop wychowawczy). Dla mnie sytuacje „nie kupuję, bo nie mam za co”, a „nie kupuję, bo taki jest mój wybór” są zupełnie różne. Być może, gdybym znalazła się w potwornych długach, to też przestałbym kupować cokolwiek poza podstawowymi produktami.

Ale najwięcej mojego zdziwienia było związane ze sposobem realizacji wyzwania przez uczestników. Kompletne nie pasuje mi to do wizji minimalizmu, który stworzyłam sobie w głowie. Oczywiście, minimalizm to posiadanie mniej i kupowanie mniej. Ale według mnie minimalizm nie oznacza dobrowolnej pauperyzacji*. Nie oznacza umartwiania się i odzierania swojego życia z jakichkolwiek przyjemności. Nie oznacza też kompletnej abnegacji. A czytając tą książkę miałam wrażenie, że właśnie na takie rzeczy umówili się uczestnicy eksperymentu. Na udawanie (a dla niektórych to nawet nie były udawanie) ludzi ubogich. Niektóre historie zadziwiły mnie totalnie. Na przykład wykształcona kobieta (chyba więcej niż jedne studia skończone), która po urodzeniu dziecka zostaje z nim w domu. Gdy kończy się płatny urlop, postanawia zostać na urlopie wychowawczym (który jest bezpłatny). W pewnym momencie kobieta decyduje się na dorabianie poprzez sprzątanie cudzego mieszkania. Pada pytanie, dlaczego ona, naprawdę bardzo wykształcona osoba, decyduje się na bycie sprzątaczką. A ona stwierdza, że „nie chce brać udziału w wyścigu szczurów”. Wow! Bo tylko takie są możliwości dla wykształconej kobiety w Polsce – albo bycie sprzątaczką na czarno albo „wyścig szczurów” i wysysanie duszy przez krwiożercze korporacje? Naprawdę nie istnieje nic pomiędzy tymi dwiema opcjami? Albo historie dotyczące ubierania się. Autorka idzie do jakiejś firmy, żeby dostać za darmo jabłka i zostaje tam niemiło potraktowana (tzn. jabłka i tak dostaje, po prostu szefowa firmy nie chce z nią porozmawiać). Po wyjściu stamtąd autorka stwierdza, że winien mógł być jej strój – spódnica z odciśniętą na tyłku farbą ze świeżo pomalowanej ławki w parku, dziurawy sweter, zmechacone rajstopy – ogólnie wygląd osoby z marginesu społecznego. Jednocześnie ta sama autorka pomimo postu zakupowego nie odmawia sobie i swojej rodzinie wyjazdu na Sylwestra nad jezioro Como. Inna bohaterka ubierając się rano stwierdza, że każda sztuka odzieży, którą ma na sobie, jest dziurawa. Jak to czytałam, to myślałam, że mi głowa eksploduje. Poważnie??? Nie wierzę, że ktoś nie ma w domu igły z nitką i nie może pozaszywać dziur. Czasami chodzę po lumpeksach i wiem, że autorka mogłaby, przy odrobinie wysiłku, kupić sweter i spódnicę, które są czyste i nie mają dziur, za jakieś 2 złote.

W internetowym słowniku języka polskiego pojawiają się takie definicje abnegacji:

  • wyrzeczenie się czegoś w imię wartości wyższych;
  • niedbałość o własny wygląd i własne wygody.

I myślę, że ta druga definicja jest bliska temu, co opisane jest w tej książce. I tak rozumianego minimalizmu nie chcę w moim życiu.

Niestety, po przeczytaniu tej pozycji, nie jestem ani trochę bliżej pomysłu, jak zacząć i przeprowadzić minimalistyczną rewolucję w naszym życiu. Książkę (zupełnie nieminimalistyczne) kupiłam, bo uznałam, że mądre książki zawsze będą miały miejsce w naszym domu. Niestety ta, jako co najwyżej „ciekawe czytadło” czy ciekawostka, powędruje dalej.

Z poczuciem lekkiego zawodu przeszłam do pozycji numer 2. „Im mniej tym więcej” jest książką kompletnie inną niż „Mniej”. Po pierwsze, jest to poradnik. W założeniu skierowany do ludzi, którzy chcieliby zacząć swoją przygodę z minimalizmem. Napisał ją Amerykanin, były pastor, który od kilku lat prowadzi bloga becomingminimalist.com i żyje z jeżdżenia po świecie i opowiadania ludziom, jak zacząć posiadać mniej. Więc zapowiadało się dobrze. No i jeszcze strony takie małe, a literki takie duże 🙂 Przeczyta się samo. Zaczęłam z entuzjazmem.

Entuzjazm opadł mniej więcej po 30-stu stronach. O, matko! Moje oczy krwawią! Nie jestem przyzwyczajona do amerykańskiej literatury. A już w szczególności do amerykańskich poradników. Miałam wrażenie, że w kółko autor powtarza to samo, irytowała mnie też liczba wykrzykników i poziom ekscytacji (jestem malkontentem życiowym albo jak ktoś napisał elegancko w komentarzu do któregoś wpisu „osobą, która nie jest stworzona do ekstazy”. Nie ufam ludziom, którzy się zbytnio ekscytują.). Męczyłam się strasznie i nie dokończyłabym jej, gdyby nie myśl, że chcę napisać rzetelną recenzję. Książka poprawiła się po setnej stronie (a całość ma 270). Przez tą pierwszą część książki miałam poczucie, że ktoś mi tłumaczy, jak krowie na granicy, najprostsze rzeczy. Autor był pastorem i głównie zajmował się duszpasterstwem młodzieży i to bardzo odbiło się na jego sposobie pisania. Powtarza po 10 razy, przytacza takie prościuchne historyjki z pseudo-głębokim przesłaniem i próbuje wepchnąć mi morał do gardła (wpychanie morału do gardła to według mnie grzech główny wielu książek dla dzieci). No koszmar. I zero rzeczowych informacji, tylko takie ogólniki, górnolotne frazesy i mądrości w stylu Paulo Coelho. No rzeczywiście, świetne dla nastolatków. Na szczęście dalsza część książki jest dużo lepsza. Pojawia się więcej rad i konkretów, które pozwolą wcielić zasady minimalizmu w życie. Pod koniec jest ważny rozdział o dawaniu siebie, czyli o służbie innym. Nie jestem już czynnym instruktorem, ale harcerstwo na zawsze pozostanie dla mnie bardzo ważne. Dlatego też ideał „służby” jest mi bliski i bardzo spodobało mi się to, co Joshua napisał na ten temat.

Koniec końców jestem zadowolona, że kupiłam i przeczytałam tą książkę. Co więcej, zostaje ona z nami i mam plan pożyczyć ją kilku osobom. Dlaczego? Ponieważ pomimo pewnej infantylności jest przydatna. W prosty sposób wyjaśnia podstawy minimalizmu, tłumaczy, jak zacząć. I nie ogranicza pojęcia minimalizmu do pozbycia się z naszego życia niepotrzebnych gratów. Joshua pisze, że najważniejsze w minimalizmie jest to, że pozwala nam w końcu zająć się tym, co naprawdę jest dla nas w życiu ważne. A odgracanie to tylko pomocne narzędzie. Autor namawia nas, żeby zamiast zajmować się rzeczami, zacząć zajmować się światem i innymi ludźmi. Zamiast konsumować – dawać. Z punktu widzenia psychologii, jest to niesamowicie sensowna rada i przepis na szczęśliwe, spełnione życie.

Mam jeszcze jedną refleksję po przeczytaniu tej książki. Jak potworny poziom musi przybierać konsumpcjonizm w Stanach Zjednoczonych! Na przykład – sam autor miał w domu 4 telewizory. Tak, 4. Na czteroosobową rodzinę – 2 dorosłych i 2 dzieci (5 i 3 lata). A opisywana w książce rodzina postanowiła w ramach eksperymentu przestać kupować jedzenie i żywić się jak najdłużej tylko zapasami, które mieli w domu. Zapasów starczyło im na… 7 tygodni. Tak, poważnie. Dlaczego o tym piszę? A no dlatego, że jeśli zaczynamy od tak wysoko zawieszonej poprzeczki, to zejście do poziomu, jaki zapewne reprezentuje średnia polska rodzina, to już jest przejaw „szalonego minimalizmu”. Myślę, że jakbym weszła do domu Joshuy, to naprawdę bym nie zauważyła, że jest to dom minimalistycznej rodziny. Joshua i jego żona mają 2 samochody. Tłumaczenie – bo trzeba dzieci wozić na zajęcia pozalekcyjne. Joshua ma kartę do Starbucksa. A czytelników namawia, by zrobili wielki krok i zrezygnowali ze Starbucksa raz w tygodniu (tak, zakłada, że ludzie chodzą tam 7 razy w tygodniu). A gdy pisze o kobiecie, która postanowiła przez rok nie kupować niczego prócz jedzenia i podstawowych produktów (chyba coś jak bohaterzy „Mniej”), to opis jej historii kończy słowami: „nie kupować nic innego. Nawet kawy na wynos!”. No to to jest dopiero poświęcenie. Żeby przez rok kawy na wynos nie kupić. Może mam jakieś szalone wymagania, ale wydaje mi się, że minimalista, to jest ktoś, kto kupi sobie termiczny kubek i będzie robił sobie kawę w domu. Dlatego mam poczucie, że trochę to jest taki amerykański poradnik (krótki, infantylny, pełen sztucznie pompowanego entuzjazmu), który opowiada o takim amerykańskim minimalizmie (czyli zmianie mega-powiększonego zestawu z napojem XXL i dodatkowymi frytkami na zestaw średni z sałatką zamiast frytek. Bez myśli, że można by tak ugotować obiad w domu.).

Jak widzicie, naprawdę jestem malkontentem i mało co mnie zachwyca. W związku z tym, niestety, moje poszukiwania książki o minimalizmie się nie zakończyły. Będę szukała dalej, jak znajdę coś sensownego, to dam znać (jak znajdę coś bez sensu, to też dam znać, co by Was ostrzec).

Pozdrawiam wakacyjnie,

Matka Skaut.

* Pauperyzacja – proces społeczny polegający na obniżeniu się stopy życiowej jednostek lub zbiorowości. (Trudne słowa, pojawiające się w tekście, mam zamiar tłumaczyć. Nikt nie wie wszystkiego, 2 lata temu ja też musiałam się podczas rozmowy dopytać, co to znaczy. To nie jest obciach nie wiedzieć czegoś.)

Comments

  1. Aga

    Polecam Ci książkę „Minimalizm dla początkujących” Anny Mularczyk-Meyer – była chyba pierwszą książką o minimalizmie polskiego autora, uwzględniającą polskie realia. Dobrze napisana, zawiera sporo praktycznych wskazówek ale też pewnej „filozoficznej nadbudowy” minimalizmu. Autorka prowadzi bloga prostyblog.com. Jej następna książka „Minimalizm dla zaawansowanych” jest już bardziej pamiętnikarskim zbiorem przemyśleń o „życiu i całej reszcie” ale tę pierwszą naprawdę warto przeczytać.
    Dość ciekawą pozycją jest „Chcieć mniej” Katarzyny Kędzierskiej (autorka simplicite.pl), choć brak tam jakiejś oryginalnej myśli przewodniej – odniosłam wrażenie, że autorka sporo naczytała się o minimalizmie, wprowadziła trochę zmian i postanowiła napisać o tym książkę, a że klimat wydawniczy był odpowiedni (szczyt szału na blogerskie poradniki), bez problemu ją wydano. Niemniej jednak, na początek przygody z minimalizmem mogę z czystym sumieniem polecić 🙂

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Dzięki! Tą pierwszą z chęcią przeczytam – minimalizm w polskich realiach to coś, co mnie interesuje. Co do simplicite – blog znam i kiedyś nawet lubiłam, ale od jakiegoś czasu przestałam czytać, bo mam wrażenie, że to nie jest takie pisanie „od serca”. Czytając wpisy tej autorki mam wrażenie, że obcuję z dobrze wykonanym produktem. No i niby fajnie, że dobrze wykonanym, ale pewną sztuczność i nastawienie na zysk czuć. Także chyba sobie daruję książkę.

  2. Barbara

    No nie powiem, już od dłuższego czasu się mnie wydaje, że to takie p*rdolenie kotka z tym minimalizmem i kolejna okazja do zarobienia paru groszy dla kilku przedsiębiorczych autorów. Kiedyś to się nazywało „zdrowy rozsądek”, w ostateczności „konieczność”, ale widać się ludziom w d*pach poprzewracało i już sami se nie umią zdecydować, co im potrzebne.

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      Rozumiem, o co Ci chodzi i zdaję sobie sprawę z tego, że minimalizm to kolejna moda. Ale cieszy mnie, że modne staje się coś, co przy okazji jest dobre dla ludzi. I jasne, że są ludzie, którzy i tak na tym zarobią. Ale to ja już wolę, żeby ktoś zarabiał na pisaniu książek o tym, jak mieć mniej niż żeby zarabiał na pisaniu książek jak mieć jeszcze więcej.
      Jasne, że tak naprawdę to jest kwestia zdrowego rozsądku, by nie kupować więcej, niż potrzebujemy. Ale myślę też, że ciężko go zachować, gdy porównujemy się z innymi i widzimy, że oni też kupują bardzo dużo. Mam wrażenie, że w ostatnich latach tak zapętliliśmy się z kupowaniu, że granica tego, co jest „normalne” bardzo się zatarła. No bo czy to jest normalne mieć 60 par butów? Wszyscy powiedzą: „nie!”. Ale czy to jest normalne i „zdroworozsądkowe” by mieć 15 par butów? No i tu nie ma tak jasnej odpowiedzi. Właśnie dlatego, że nasze standardy „normalności” i tego, co jest nam tak naprawdę potrzebne bardzo się zmieniły pod wpływem rozpasanej konsumpcji. Znalazłam informację, że przeciętna kobieta w Polsce ma 19 par butów. Ja na ten moment mam 8 par (tak, wszystkich, razem z zimowymi i butami do biegania). I nawet myślę, że to o 1 parę za dużo. Wydaje mi się, że jest to bardzo zdroworozsądkowa liczba – niczego mi nie brakuje. No i kto ma normalne i zdroworozsądkowe podejście – ja czy statystyczna Polka?
      I dlatego nurt minimalizmu uważam za bardzo potrzebny i pozwalający zrewidować znaczenie słów „potrzebny” czy „niezbędny” i powrotu do ich podstawowego znaczenia.

  3. Koczilla

    Wygląda na to, że Mniej…. robi idei minimalizmu dużą krzywdę. Założeniem tej filozofii jest bogacenie się przez ubożenie w żądze (że tak za antycznym filozofem powtórzę). Tymczasem książka przedstawia ją jako dopust boży, przykrą konieczność, strategię przegranych. Szkoda.

    1. Post
      Author
      Matka Skaut

      O, widzisz! Bardzo elegancko to ujęłaś. To jest dla mnie takie pociągające w minimalizmie. Żeby przestać się tak jarać zakupami. Przestać odczuwać żądzę posiadania i kupowania coraz więcej. Pojawiają się w książce też momenty pokazujące, że to było wzbogacające doświadczenie (np. gdy udaje im się stworzyć wokół siebie niewielką społeczność, która się wymienia różnymi przedmiotami i wspiera się wzajemnie). No ale w większości miałam wrażenie, że czytam książkę pod tytułem „postanowiliśmy poudawać, że jesteśmy biedni”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *