Wielki groźny świat

Starsza ma 3,5 roku. A ja coraz częściej się zastanawiam, jak to będzie z samodzielnym wychodzeniem z domu. Kiedy to nie będzie niebezpieczne? Czy to w ogóle jest niebezpieczne? Dlaczego uważamy, że to jest niebezpieczne?

W głowie mam cały czas swoje dzieciństwo spędzone w większej części na osiedlu domków jednorodzinnych, a częściowo na wsi. I pamiętam szwendanie się z rówieśnikami z sąsiedztwa, granie w dwa ognie na ulicy, jeżdżenie na rowerach po osiedlu, wspinanie się na drzewa, wyciąganie pijawek patykami z pobliskiej rzeczki. I chciałabym, żeby moje dzieci też tego zaznały. Tymczasem w ostatnich miesiącach przeprowadziliśmy się z typowego osiedla emerytów na osiedle młodych rodziców. Dużo placów zabaw, nieprawdopodobna liczba prywatnych przedszkoli. No dziki szał. I oczywiście liczba dzieci, które widuję codziennie, zwiększyła się wielokrotnie. Ale są to zawsze dzieci pod opieką. Z mamą, z tatą, z babcią. Zawsze z kimś. Widuję też grupki gimnazjalistów – siedzą, gadają, puszczają hip-hopowe piosenki na smartfonach, flirtują ze sobą. Ale nigdzie nie widzę tego, co pamiętam ze swojego dzieciństwa. Nigdzie nie widzę ganiających bez nadzoru grupek dzieciaków w wieku wczesnoszkolnym. Żadnych dziewczyn skaczących w gumę. Żadnych rozwrzeszczanych hord kopiących piłkę przed naszym blokiem. Tylko diady mama-dziecko, tata-dziecko. Nie mam w sumie wśród znajomych i rodziny prawie w ogóle dzieci w tym wieku i po prostu nie wiem, gdzie te dzieciaki się podziewają? Nie chcę ferować niesprawiedliwych wyroków, że pewnie przed komputerem towarzystwo siedzi albo w drodze z chińskiego na balet. Bo serio nie wiem. No gdzie oni są?

Photo by Jason Blackeye on Unsplash

Mam spore zaufanie nie tylko do swoich dzieci, ale w ogóle do dzieci. Nabrałam go prowadząc drużynę harcerską. Tam nauczyłam się, że dzieciaki chcą być samodzielne, chcą być użyteczne, pomocne. Że można 6-klasiście powierzyć różne odpowiedzialne zadania i on sobie z tym poradzi. I jeszcze będzie z siebie dumny. Co do sporego rozsądku młodszych dzieci przekonuje mnie znany eksperyment z założenia dotyczący postrzegania głębi[1]. Niemowlęta w wielu od 6 do 12 miesięcy były wołane przez swoje mamy. Na drodze do matki znajdowała się przepaść (nie prawdziwa, ale tak to wyglądało). I okazało się, że dzieci radośnie raczkowały do krawędzi, a potem zatrzymywały się. Wielokrotnie obserwowałam własne córy i widziałam, że jak człowiek nie leci ich ratować, to one same mają sporo zdrowego rozsądku i przerywają potencjalnie niebezpieczne zabawy zanim się im coś stanie. Tylko zazwyczaj my, dorośli, reagujemy wcześniej i nie mamy szansy zobaczyć, co zrobiłoby dziecko. Naprawdę wierzę w instynkt samozachowawczy i rozsądek mojej córy. I chyba nawet wzięłabym pod uwagę puszczenie jej na plac zabaw samej już teraz (widzę go z okna, można dojść do niego chodnikiem między blokami, wokół żadnej ulicy czy samochodów). Tak naprawdę to moje obawy dotyczą dorosłych. Już teraz, gdy ją po osiedlu puszczę przodem na rowerze, to często za chwilę ją odnajduję z jakimś dobrym Samarytaninem, co postanowił się zaopiekować najwyraźniej zagubionym dzieckiem. Widok dziecka bez rodzica jest tak zadziwiający w dzisiejszych czasach, że każdy uznaje, że najwyraźniej koleżanka mi zwiała, bo niemożliwe, żebym ją samą puściła.

Skąd takie podejście? Skąd ten strach? Skąd poczucie, że nie można stracić dziecka z oczu, bo przydarzy mu się coś złego?

Przejrzałam statystyki policyjne [2] dotyczące przestępczości w naszym kraju. Wnioski są następujące – przestępstw, których najbardziej się obawiamy (zabójstwo, pobicie, rozbój, kradzież, zgwałcenie) jest coraz mniej, a skuteczność ich wykrywania jest coraz większa. Tymczasem, gdy zajrzycie sobie na „statystyki dnia” prowadzone przez policję, to okazuje się, że na polskich drogach standardem jest śmierć około 7 osób. Tymczasem zabójstw w 2015 roku było 502 (z czego zabójstw dzieci w Polsce rocznie odnotowuje się pomiędzy 15 a 20 [3]).

To może jednak szalejący pedofile są powodem, dla którego nie można dziecka bez opieki z domu wypuścić? Znaleźć jakiekolwiek rzeczowe informacje i statystyki na temat tego zjawiska w Polsce jest bardzo trudno. W związku z tym nawiążę do trochę już starego raportu UNESCO [3]. W 2009 zarejestrowano 6 021 przypadków pedofilii. Na pewno ciemna liczba [4] w wypadku tego przestępstwa jest bardzo wysoka. Niemniej dziecko na ulicy czy placu zabaw ma dużo mniejsze szanse na spotkanie pedofila niż… we własnym domu. W społeczeństwie obraz tego, jak wygląda molestowanie dziecka (tak samo jak w wypadku zgwałcenia) jest błędny. To nie są sytuacje, że ktoś obcy na placu zabaw zaciągnie dziecko w krzaki. Większość czynów pedofilnych dokonują dorośli, którzy dobrze znają dziecko. Ojcowie, wujkowie, „przyjaciele rodziny”, konkubenci matki. Najczęściej sam czyn jest poprzedzony długotrwałym budowaniem relacji z dzieckiem („wspólnej tajemnicy”) [5]. No to może jeszcze na koniec uprowadzenia. W Polsce jest ich koło 170 – 230 rocznie [4]. Ale tu znowu należy brać pod uwagę, że często jako uprowadzenie jest zgłaszane „uprowadzenie rodzicielskie”, czyli sytuacje, które zdarzają się, gdy po rozwodzie rodzice porywają dziecko od siebie nawzajem. Z tych wszystkich statystyk wynika, że najczęściej krzywda spotyka dziecko z rąk ludzi, których zna i którym ufa (bicie, maltretowanie, rozpijanie, molestowanie, gwałty, uprowadzenia), a nie od obcych na ulicy. I to nie na nich powinniśmy się skupiać w pierwszej kolejności, gdy myślimy o bezpieczeństwie dziecka.

W tym wpisie →KLIK trafiłam na bardzo ciekawe pojęcie – wskaźnik loda na patyku [6]. Jest to sposób mierzenia zaufania społecznego. Nie opiera się na jakichś zawiłych obliczeniach i skomplikowanych testach. Pytanie jest jedno i masz na nie odpowiedzieć tak, jak Ci serce podpowiada: „czy uważasz, że w miejscu, gdzie mieszkasz, dziecko może bezpiecznie iść samo do najbliższego sklepu, kupić sobie loda i wrócić do domu?”. Im wyższy procent ludzi w danej społeczności odpowiada na to pytanie twierdząco, tym wyższy poziom zaufania społecznego. Wskaźnik ten jest kluczowy dla naszego poczucia szczęścia. Nie da się żyć tak naprawdę szczęśliwie, gdy my sami i wszyscy wokół mają podejście „ufam tylko mojej rodzinie, a na obcych, to wiadomo – zawsze trzeba uważać”. Dzięki zaufaniu społecznemu możliwe jest budowanie trwałych relacji społecznych. Kiedy go brakuje, ludzie stają się bierni i aspołeczni, ostrożni w relacjach z innymi, przestają wierzyć w skuteczność jakichkolwiek działań. Według Davida Gooda: „codzienne życie społeczne, które uznajemy za naturalne, jest bez zaufania po prostu niemożliwe” [7,8].

Kilka lat temu uznałam, że przestanę się tak martwić o to, że ktoś mnie może okraść. Że martwienie się o to, żeby cały czas pilnować swoich rzeczy, zabezpieczać je (zamykanie na klucz, kłódki, zapięcia) zabierają mi czas i niepotrzebnie „obciążają” głowę. Wolę myśleć o czymś innym. Oczywiście, nie jestem naiwna, wiem, że kiedyś ktoś mnie okradnie. Ale wolę nie zajmować się zabezpieczaniem wszystkich swoich własności i raz na kilka lat ponieść tego konsekwencje niż każdego dnia poświęcać swój czas i energię na pilnowanie i ochranianie swojego majątku. Dlatego teraz standardem jest dla mnie zostawianie np. torebki na ławce na placu zabaw, w poczekalni u lekarza czy w szatni na zajęciach fitness. Często różne osoby życzliwie zwracają mi uwagę, że powinnam to schować „na wszelki wypadek”. Zawsze odpowiadam: „wątpię, żeby ktoś tu przyszedł, żeby kraść”. Pilnuję się tylko w miejscach, gdzie mam świadomość, że kieszonkowców może być dużo np. zatłoczona komunikacja miejska, Rynek Główny napakowany turystami, lotnisko. W pozostałych przypadkach – olewam. I możecie mi teraz powiedzieć, że oczywiście, że WIĘKSZOŚĆ ludzi nie przyszła na plac zabaw kraść matkom torebek, ALE zawsze może się ktoś znaleźć. No, może. Wiem. Być może jest jedna szansa na tysiąc, że ktoś mi tę torbę zabierze. Tylko, że dla mnie ten jeden przypadek nie jest wart tego, by zajmować się kwestią zabezpieczania pozostałe 999 razy. Trudno, poniosę koszty swojego „rozbuchanego zaufania”. I nawet, gdy to się stanie, to nie będę myśleć, że byłam głupia, bo nie pilnowałam swoich rzeczy. W końcu, jak można z jednej strony chcieć, by ludzie sobie ufali i ubolewać nad niskim poziomem zaufania społecznego, a z drugiej strony mieć 3 zamki w drzwiach?

Lody na patyku nie są tak popularne jak rożki. Photo by Jared Sluyter on Unsplash

Istnieje taki związek frazeologiczny: „kredyt zaufania”. I ja się staram dawać go ludziom. Choć naprawdę nie zawsze mi to wychodzi. Pochodzę z rodziny, gdzie przez wiele lat pchano mi do głowy, że obcy, to tylko człowieka chcą oszukać, nikomu nie można ufać, ludzie są zawistni i zawsze za plecami człowieka obgadują itd. (Tak, wiem. Mój dom rodzinny nie jest przykładem zdrowego miejsca.). Moje zaufanie do ludzi (w tym do nieznajomych) budowało się latami na bazie pozytywnych doświadczeń. I staram się nie bagatelizować tych sytuacji, gdy ludzie okazali się godni zaufania. Nie myśleć: „no, tak. Może ten raz było ok, ale kto to wie, czy następnym razem – kto to wie”. Staram się, by mój kredyt zaufania był coraz większy. Widzę, że jeżeli traktujesz ludzi tak, jakby zasługiwali na zaufanie, to oni starają się na nie zasłużyć. Widzę też pozytywny efekt dla siebie samej. W sprawie bezpieczeństwa i zaufania staram się zachowywać jak naukowiec. Nie zakładam z góry, że nie powinnam czegoś robić tylko sprawdzam. Czy jak zostawię torebkę na placu zabaw, to coś się stanie? Czy jak zostawię telefon na stoliku w knajpie i pójdę do toalety, to coś się stanie? No i nic się nie dzieje. W związku z tym myślę: „ok, to był przypadek czy norma? Sprawdźmy jeszcze raz!”. I sprawdzam. I za każdym razem, gdy te „zasiedziane” w głowie prawdy, że „trzeba uważać”, że „na wszelki wypadek” okazują się nieprawdziwe, to czuję się coraz lepiej. Coraz bezpieczniej. Nabieram zaufania do ludzi wokół mnie, coraz rzadziej zakładam, że ktoś chciałby celowo zrobić mnie czy moim dzieciom krzywdę, okraść nas czy oszukać. Coraz ufniej uśmiecham się do ludzi.

W mojej korpo-pracy miałam następującą sytuację. Na każdym piętrze mamy wspólne kuchnie, gdzie do użytku pracowników wystawiona jest herbata, kawa, cukier i mleko. Ale wszystkiego tylko po jednym opakowaniu. Jeśli jedno się skończy, to musi przyjść pani, otworzyć szafeczkę zamkniętą na klucz i wyjąć stamtąd kolejne opakowanie. Oczywiście ta pani nie jest cały czas w kuchni, więc niekiedy kilka osób sobie zrobi kawę z mlekiem, a reszta musi obejść się smakiem. Gdy spytałam się, czemu to tak wygląda, to ze śmiechem opowiedziano mi, że kiedyś był jeden gość, co wynosił po kilkanaście kartonów mleka w plecaku codziennie. No i jego zwolnili, a zamki w szafeczkach zamontowali. I nikt nie widział nic złego w tej historii. A ja miałam wrażenie, że mi za chwilę głowa eksploduje. Jak to?!? Jedna osoba kradła i w związku z tym tysiąc ludzi pracujących w tym budynku zostało uznanych za potencjalnych złodziei?!?

Photo by James Sutton on Unsplash

Właśnie z takim nastawieniem staram się walczyć. Dlatego, że ktoś, gdzieś, kiedyś zawiódł moje zaufanie, to na wszelki wypadek nie będę ufać nikomu, nigdzie, nigdy. Jakiż smutny będzie świat, gdzie wszyscy ludzie postępują zgodnie z takim założeniem! A przecież ludzie mają zwyczaj zachowywać się w miarę moralnie[8]. Ludzie kradną i oszukują mniej, niżby mogli. Ludzie nie wykorzystują każdej nadarzającej się okazji, by popełnić przestępstwo, oszukać kogoś albo okraść. A z drugiej strony, jeśli ktoś będzie Cię chciał okraść czy oszukać, to zapewne i tak mu się to uda. Dobry włamywacz otworzy każdy zamek, dobry kieszonkowiec wyciągnie Ci kasę choćbyś ją w majtach schowała. Raz na jakiś czas ktoś Cię oszuka lub okradnie. Wątpię, by ktokolwiek przeszedł przez życie i czegoś takiego nie doświadczył. Ale czy w związku z tym jest sens poświęcać każdego dnia tyle czasu i energii, by się przed tym uchronić?

Nie chodzi mi o lekkomyślność. Gdybym szła ciemną ulicą i zobaczyła, że ktoś zbliża się do mnie z wyciągniętym nożem, to nie będę zakładać, że zaraz wyjmie zza pazuchy pomarańczę i zacznie ją obierać. Gdy mam powody, by spodziewać się oszustwa lub kradzieży, to się przed nim chronię. Chodzi mi tylko o ograniczenie tej ogromnej liczby przypadków, gdy chronimy się „na wszelki wypadek”, bo „nigdy nie wiesz na pewno” i „zawsze jest prawdopodobieństwo”. Tak, zawsze jest. Tak samo, jak jest spore prawdopodobieństwo, że potrąci mnie samochód, gdy będę przechodziła przez ulicę. Albo że spadnę ze schodów, gdy będę z nich schodzić. A jednak każdego dnia przechodzę przez ulicę i schodzę po schodach. I nie zaprzątam swojej głowy zastanawianiem się nad możliwymi skutkami tych zachowań.

Chciałabym, żeby moje córki dostały od nas w spadku zupełnie inny obraz świata niż ten, który mnie tłoczono do głowy. Chciałabym, żeby dawały ludziom kredyt zaufania, a odmawiały swojej ufności tylko, gdy będą miały ku temu podstawy. Chciałabym, żeby miały poczucie, że żyją w bezpiecznym świecie, a ludzie wokół nich są godni zaufania. A jak Wy oceniłybyście wskaźnik loda na patyku w waszym sąsiedztwie?

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

[1] https://www.mala-psychologia.eu/wpis/spostrzeganie-glebi.

[2] na stronie komendy głównej policji bez trudu można sobie ściągnąć takie statystyki.

[3] Dzieci w Polsce raport UNICEF, do ściągnięcia w sieci.

[4] Ciemna liczba przestępstw – liczba przestępstw faktycznie popełnionych, lecz nie objętych przez statystykę kryminalną wskutek nieujawnienia ich przez organy ścigania.

[5] tutaj artykuł z psychologiem na ten temat: http://zdrowie.trojmiasto.pl/Wiekszosc-aktow-pedofilii-ma-miejsce-w-domu-n83077.html# W wielu artykułach na ten temat pojawiają się informacje, że w wypadku czynów pedofilnych w około 80% przypadków dziecko znało wcześniej sprawcę. Niestety, poległam na szukaniu źródeł naukowych na ten temat (płatny dostęp do artykułów naukowych ssie 🙁 ). Jak coś kiedyś znajdę sensownego, to wrzucę link.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=4uOq5XFfVHw

[7] Cytat z artykułu naukowego „Zaufanie jako fundament życia społecznego na przykładzie badań w województwie łódzkim” Moniki Mularskiej-Kucharek, całość można znaleźć w internecie i ściągnąć za darmo.

[8] Polecam niesamowity (być może „wstrząsający” byłoby lepszym określeniem) film „Bowling for Columbine”, do obejrzenia za darmo na youtubie → KLIK https://www.youtube.com/watch?v=SbA5Pejo0eo fragment o różnicach w zaufaniu społecznym pomiędzy USA i Kanadą i skutkach tych różnic zaczyna się od 1:16:42.

[8] Najnowsza książka mojego ulubieńca Dana Ariely’ego jest na ten temat. Wszyscy oszukujemy i kradniemy, gdy nadarzy się okazja. Ale tylko trochę. A przede wszystkim dużo mniej, niż można by się spodziewać. Dan Ariely „Szczera prawda o nieszczerości”.

  • Karolina

    Hmm, a ja właśnie od paru lat mam wrażenie, że sprowadziliśmy się do jakiejś społecznej mini-Arkadii. Mieszkam na nowym osiedlu we Wrocławiu, więc większość sąsiadów to młodzi ludzie, bardzo wielu z nich już z małymi albo szkolnymi dziećmi. Już przed zostaniem rodzicami nawiązaliśmy znajomości z kilkoma sąsiadami, bywaliśmy u siebie na winkach, kolacjach, sylwestrach, itp. Natomiast kiedy zostaliśmy rodzicami, nastąpił jakiś społeczny boom, przynajmniej dla mnie, jako mamy na macierzyńskim-wychowawczym-znów macierzyńskim (spędzanie wspólnych godzin na placu zabaw naprawdę zbliża ludzi;). Mam teraz grupkę bliskich kolsyeżanek z osiedla, która jest mi mini-wioską (mamy swoją grupę na messengerze, gdzie dzielimy się smutkami, radościami, robimy wspólne zamówienia w sklepie internetowym, itp.). Dziedziniec przed blokiem, kiedy tylko jest ładna pogoda, jest pełen sąsiadów – rodzice gadają, dzieci bawią się razem. Co więcej – i ten widok raduje me serce – dzieciaki od mniej więcej 6 roku życia wzwyż latają codziennie razem samopas i robią różne dzieciackie rzeczy, które pamiętam z dzieciństwa. Naprawdę szczerze żałuję, że mamy tu malutkie mieszkanie, które chcemy za niedługo wymienić na coś większego i zapewne będzie trzeba się stąd wyprowadzić. Dobijając do brzegu – tak, wysłałabym moje dziecko po loda do sklepu (jak będzie miało ze 6 lat, bo najbliższy sklep jest dość daleko i trzeba przejść dość ruchliwą ulicę). 🙂

    • Matka Skaut

      Ale masz fajnie!!! Marzy mi się coś takiego straszliwie. Wiem też, że gdybym miała dość umiejętności interpersonalnych (oczywiście w tym też gigantyczne umiejętności liderskie), to w prawie każdym miejscu da się coś takiego zrobić. Bo ludzie, w głębi swoich serduszek, właśnie tego pragną i właśnie do tego tęsknią. Niestety, aż taka dobra to nie jestem. Ale mam za sobą mały sukces. Po ostatniej przeprowadzce przeszłam się z córami po wszystkich sąsiadach z naszego piętra (6 mieszkań, oprócz naszego) i zaprosiłyśmy wszystkich na gofry do nas. Strasznie się bałam, że będzie drętwo, a na 40 minut przed przyjściem gości się zorientowaliśmy, że w przeprowadzce zaginęła nam gofrownica i mój Mąż jechał kupować nową. Było naprawdę sympatycznie, niektórzy rozmawiali ze sobą pierwszy raz. A w kolejnych dniach kilka osób zaczepiło mnie na schodach i powiedziało, że to było bardzo miłe. Może nie przełożyło mi się to na jakieś super znajomości, ale zawsze stanę i porozmawiam na korytarzu i nie mam oporów iść poprosić o pomoc.
      Także jeszcze raz – zazdroszczę bardzo, super sprawa mieć taką społeczność wokół siebie. Pewnie żal Wam będzie się wyprowadzać.

  • Matka Skaut

    Edyta! Dzięki za taki fajny komentarz – super się czytało. Zawsze chciałam zobaczyć zorzę polarną, ale oprócz tego nie potrafiłam zrozumieć po co ktoś miałby jechać na Islandię?!? A teraz czuję się zachęcona – chciałabym zobaczyć w akcji takie zaufanie społeczne (ale to pewnie trzeba dłużej posiedzieć?).
    No właśnie o takie historie, jak Twoje dzieciństwo mi chodzi. Wieś spokojna, wieś szczęśliwa, ale dzieci się straszy, że jak nie wrócą, to je Baba Jaga zabierze (to z kolei cytat z mojej kochanej babci). A co do historii z cukierni – fajnie, że takie jedno zdarzenie nie narusza Twojego przekonania o świecie. Też myślę, że nawet jeżeli ktoś się zachował źle, to i tak jest szansa, że czuje wstyd za to, co zrobił i powstrzyma go to przed powtórzeniem tego zachowania (albo choć sprawi, że się zawaha następnym razem?). Ogólnie wierzę, że ludzie są dobrzy i tak podskórnie czują się źle, gdy robią innym podłe rzeczy, a czują ulgę i radość, gdy zdecydują się zrobić dobrze. Czy to czyni ze mnie naiwną osobę?

    Pozdrawiam Cię i przepraszam za taki słaby refleks w kwestii odpisywania. Trochę mnie od miesiąca zajmują kłopoty zdrowotne, ale mam nadzieję, że już niedługo będzie po wszystkim.

  • Barbara

    Nooo, to jest bardzo trudny i ciężki temat, do długoletniego opracowywania socjologicznego;)
    Mieszkam w Szwajcarii, gdzie ludzie o wiele bardziej sobie ufają i o wiele mniej się siebie nawzajem boją, niż w Polsce. Przykładowo, na wsiach można spotkać rozstawione bez opieki stoiska z warzywami i owocami, gdzie klient obsługuje się sam, po czym wrzuca do skrzyneczki odliczoną kwotę. I tak to sobie stoi i nic. Ale trzeba pamiętać, że co kraj, to obyczaj, wszędzie inna historia, inne społeczeństwa, inne przyzwyczajenia.
    Sama mam wielki dylemat z tym wychowywaniem dzieci w ufności do świata, bo z jednej strony ludzie ufni mają chyba w życiu łatwiej, ale z drugiej, boję się, żeby nie skończyło się na jakiejś naiwności. Słowem, to wzajemne zaufanie społeczne zawsze jest jakoś ograniczone.
    Tutaj na przydomowych placach zabaw często się widuje dzieci w wieku szkolnym bawiące się same. I moim zdaniem dobrze to robi i dzieciom, i ich rodzicom.

    • Matka Skaut

      Widziałam podobne stoiska w Niemczech i mnie to zachwyciło! A wiesz, co mnie smuci? Wcale nie uważam, że „w Polsce się tak nie da”, że u nas to sami złodzieje (w ogóle mam wrażenie, że często to Polacy sami swoich rodaków tak określają). Myślę, że jakby coś takiego w Polsce na wsi postawić, to mogłoby się okazać, że to też działa (a nawet jakby ktoś zabrał, to świetnie wiadomo kto i można iść i powiedzieć, żeby oddał). Ale w Polsce nikt tego nie zrobi, bo „na pewno rozkradną”. Mam poczucie, że sami siebie nawzajem oceniamy źle i nawet nie próbujemy dać szansy takim rozwiązaniom opartym na zaufaniu społecznym. I to jest smutne, bo póki nie ma pozytywnych doświadczeń, to nie ma możliwości zmiany.

      • Barbara

        Masz rację. Pozostaje mieć nadzieję, że to się będzie jednak zmieniać, choćby bardzo powoli. Zwłaszcza właśnie w małych społecznościach.
        Choć pamiętam, jak parę lat lemu otworzyłu Biedronkę w moim rodzinnym miasteczku, to po paru mięsiącach nie było koszyków, bo klienci pozabierali. Tak więc będzie to chyba długotrwały i żmudny proces…;)

  • Edyta

    ajwaj, Matko Skaut, tradycyjnie — wielkie, wieeeelkie <3 za tę notkę :).

    osobiście — również wychowywana byłam w rodzinie, gdzie mimo mieszkania calusie dzieciństwo na arcyspokojnej podkarpackiej wsi (pobicia czy awantury jedno max na kilka lat i to z reguły między osobami, które znały się doskonale i zrobiły to w szale emocji & pod wpływem używek), regularnie tłuczono mi do głowy, że już przed zmrokiem mam być w domu, że nigdzie nie chodzić, że o borzeborze, uważaj kochanie, bo nigdy nie wiadomo, co i jak. Z tego programowania (strachu przed byciem o późnej godzinie na zewnątrz czy w towarzystwie obcych mi ludzi) zdałam sobie sprawę dopiero kilka lat temu, gdy ze znajomą na kilka miesięcy wyjechałam na Islandię. Nie powiem, łatwo jest się od-programowywać w miejscu, gdzie po części każdy zna każdego (Islandczyków jest bardzo mało i z tego tytułu nawet mają swoistą wersję naszej-klasy, prowadzoną przez władze państwowe, gdzie można sprawdzić, kto w jakim stopniu jest z kimś spokrewniony, bo że jest, to więcej niż pewne), zaś po części każdy (jako turysta) jest znowu zupełnie obcy (ale tu znowu – czy można sobie wyobrazić jako agresywnego turystę, który na cel swojej wakacyjnej podróży wybiera przepiękną, ale pizgającą wiatrem i złem Skandynawię?…) acz nadal — do tej pory pamiętam, jaki szok po tych kilku miesiącach zaliczyłam, gdy z super-przyjaznego i otwartego dla wszystkich miejsca ja znowu byłam w Polsce, której do obu tych przymiotników niestety daleko.

    Ponieważ i bez wniosków wyciągniętych z pobytu tam – trudno mnie uznać za osobę mającą się na 'ty' z konwenansami, lekcja islandzka wyłącznie podbiła we mnie odruchy bycia otwartą i bezpośrednią i ufającą względem całego świata i od powrotu stamtąd po prostu walę nimi po oczach jeszcze mocniej niż zwykle ;))).

    Kilka dni temu zaś zdarzyło mi się zgubić w cukierni ponad 200 zł. Ot, wypadły mi one z kieszeni i jak dotarło do mnie po czasie, znaleźć je i podnieść musiała młoda rodzinka (mama i trójka dzieci w różnym wieku), która podczas kupowania stała za mną i sekundę później podchodziła do lady. Pewna tego oczywiście nie jestem, ale nagłe ich zbicie się w 'kupę' w pewnym momencie.. Cóż. Co zabawne, dosłownie chwilę wcześniej pytałam ich mamę z uśmiechem, czy jest ich starszą siostrą, na tak młodą wyglądała, zaś jeszcze przed wyjściem życzyłam im wszystkim miłego dnia, na które to życzenia nikt odburknięto mi, że "nawzajem" ze spojrzeniami wbitymi w talerzyki.

    200 zł mi szkoda, bo jeśli o kasę chodzi, naprawdę nie mam czym szastać, jakkolwiek — mam dziś nadzieję, że jeśli to oni te środki znaleźli, to (a) wykorzystają je sensownie, zaś (b) że 'nierównowaga' w uprzejmości między mną a nimi zasieje w ich głowie choćby malusie pytanie do samych siebie, jak się zachowali i czy aby na pewno to było ok. I tyle. Swojej wychodzącej do nich uprzejmości nadal nie żałuję, drugi raz zachowałabym się dokładnie tak samo. Kasa to tylko kasa. Była, poszła, przyjdzie skądś kolejna. Za to gdybym zachowała się wtedy inaczej, ja zwyczajnie nie byłabym sobą. A że zbyt dobrze wiem i znam, jak wyglądają u mnie konsekwencje sobą-nie-bycia (bardzo, ale bardzo mocno i źle to odchorowuję)… Cóż ;).

    pozdrawiam ciepło, Matko Skaucie ;))
    Edyta