Wielomyśli o wielodzietności

„Trójka dzieci to lajtowy wstęp do wielodzietności”. Taki tekst kiedyś przeczytałam w internecie. Oczywiście napisany przez kogoś, kto sam ma tych dzieci 5 czy 7 czy jeszcze więcej. I tak to widzę. Nie czuję, że jesteśmy „rodziną wielodzietną”, nie uważam siebie za „wielomatkę”, nie mam wrażenia, że w domu jest nas dużo. Naszą trójkę dzikich kóz uważam za „lajtowy wstęp” i zawsze myślę, że jest wiele rodzin, gdzie tych dzieci jest dużo więcej i nasz trójka to doprawdy żaden wyczyn. Ale w dzisiejszym świecie jednak jest to pewna egzotyka, więc podzielę się z Wami swoimi refleksjami na ten temat.

Zanim zacznę chciałabym poruszyć kilka ważnych spraw. Ten wpis nie jest próbą namawiania kogokolwiek, by miał więcej dzieci. Ani próbą zasugerowania, że matki wielodzietne są lepsze niż matki jednego dziecka lub kobiety bezdzietne. Nie powstał też, aby przekonać matki jedynaków, że krzywdzą swoje dzieci nie rodząc im rodzeństwa. I ostatnia rzecz, którą ten wpis nie jest – nie jest próbą pokazania, że tak wygląda wielodzietność. Tak wygląda MOJA wielodzietność i takie są moje refleksje na ten temat. Mnie, mojemu Mężowi i naszym córkom wielodzietność służy. Tak nie musi być w wypadku każdej rodziny.

Wpis ma formę luźnych, niepowiązanych myśli, które pojawiały się w mojej głowie na przestrzeni tego roku. Jest chaotyczny i wielowątkowy. Treści ważne i wzruszające mieszają się ze śmiesznymi i mało ważnymi. Dokładnie jak w doświadczeniu wielodzietności.

Zmęczenie matki jest funkcją wielu zmiennych, a liczba dzieci jest tylko jednym z nich. Ważny jest temperament każdego dziecka i przerwy pomiędzy dziećmi (bo ciąża, poród, połóg, karmienie i nocne pobudki wyczerpują bardzo). Ale ważna jest też: jakość związku z drugim rodzicem, sieć wsparcia, budżet domowy, czy się pracuje czy nie. No i pewnie jeszcze pierdyliard innych zmiennych. Mogą istnieć matki jednego dziecka zmęczone dużo bardziej, niż ja. A mogą istnieć matki piątki dzieci zmęczone mniej, niż ja. To nie jest wcale takie oczywiste.

Karta dużej rodziny jest do dupy. Daje tylko duże zniżki na rozrywki w stylu muzeum czy zoo. Bardzo wiele miejsc chwali się, że ma zniżki dla dużej rodziny, ale w przytłaczającej większości przypadków jest to działanie czysto PR-owe, żeby można sobie tę fajną naklejeczkę na drzwiach lokalu przykleić. Realne zniżki są często rzędu 3-5%, więc naprawdę, jeśli ktoś liczył, że na tych „pińćsetplusach” i kartach dużej rodziny się obłowi, to chcę poinformować, że… nie.

Wszystkie zdjęcia z unsplash.com

Rodziny wielodzietne funkcjonują w sieci wsparcia. Czasami czuję, że razem z Pawłem toniemy. A dokładniej, że utrzymujemy usta nad taflą wody tylko dzięki szaleńczej machaninie rękami i nogami. I jeśli teraz pojawi się chociaż drobna fala, która zaleje nam usta, to po nas. Kiedy decydowaliśmy się na kolejne dziecko, to nie zastanawialiśmy się, jak to ogarniemy. Przecież z dwójką dzieci jakoś dawaliśmy radę. Tymczasem tylko we dwójkę jest bardzo trudno, szczególnie gdy pojawia się jakiś kryzys (np. wszyscy chorują, któreś dziecko trafia do szpitala). Rodziny wielodzietne funkcjonują dużo bardziej „starodawny” sposób. Zawsze są jacyś dziadkowie, siostra z mężem i dzieckiem, bezdzietna ciotka na emeryturze, bardzo zaprzyjaźnieniu sąsiedzi. Dzieci przechodzą „z rąk do rąk”, w domu albo przez płot mieszka starsze pokolenie, istnieje jakaś „wioska”. Mam poczucie, że wielodzietność wymaga posiadania dużo bliższych i głębszych więzi z ludźmi. Ufania, że nie jesteście sami w tej sytuacji i, że inni Wam pomogą. Niestety, u nas to nie działa (jeszcze?). Jest bardzo wiele momentów, kiedy czuję, że jesteśmy z Pawłem osamotnieniu w naszym rodzicielstwie. Zaczynam robić jakieś pierwsze, nieśmiałe ruchy w celu stworzenia sobie zastępczej (nierodzinnej) sieci wsparcia, ale na razie to jest jeszcze pieśń przyszłości.

Nie musisz mnie żałować. Naprawdę, ja mam te dzieci z wyboru, nikt mi ich nie podrzucił. Mnie się nie dzieje krzywda, nie trzeba mi współczuć. Nie jestem też bohaterką, nie trzeba mnie podziwiać. Podziwianie czy żałowanie jest przez chwilę miłe = ktoś widzi i docenia mój trud. Ale na dłuższą metę zniechęcają mnie. Czuję, że dla kogoś przestaję być sobą, Magdą, a zaczynam być fikcyjną postacią – wielomatką. I cała jestem widziana tylko z tej perspektywy. A ja naprawdę mam w sobie wiele kawałków niezwiązanych z byciem matką.

W kontakcie z matkami wielodzietnymi ludzie doznają paraliżu możliwości logicznego myślenia. O co chodzi? Już służę przykładem. Raz w miesiącu wyjeżdżam na szkolenie ze szkoły psychoterapii. Jadę pociągiem do Warszawy, w piątek mam zajęcia od 15 do 21. Żeby było taniej, to nocuję w ośrodku szkoleniowym, gdzie do 22 odbywa się terapia, więc dopiero wtedy mam możliwość wejścia do sali, w której śpię. Śpimy po kilka osób w sali, na materacach, rano ustawiamy się w kolejkach do nielicznych łazienek. W sobotę od 8 lub 9 do 19 mam zajęcia. Potem wracam pociągiem, jestem w domu po 23. Jakbym nie miała dzieci, to mogłabym w niedzielę powiedzieć: „byłam w piątek i sobotę na szkoleniu, wróciłam w sobotę w nocy. Jestem zmęczona.”. I myślę, że spotkałabym się ze zrozumieniem. Gdy mówię (jako matka trójki małych dzieci): „byłam w piątek i całą sobotę na szkoleniu, wróciłam w sobotę w nocy”, to najczęstszą reakcją ludzi jest: „O! To sobie odpoczęłaś!”… jak??? W jakiej równoległej rzeczywistości to jest odpoczynek??? Ustalmy sobie jedno – to, że jestem gdzieś bez dzieci, to nie oznacza, że odpoczywam. Albo że wracam do nich z nową energią, bo przecież „sobie od nich odpoczęłam”. Ciało matki wielodzietnej odpoczywa W TAKI SAM SPOSÓB jak ciało kobiety bezdzietnej. Aż takich różnic w fizjologii między nami nie ma. Więc błagam, nie mów matce wielodzietnej, że „sobie odpoczęła”, bo spędziła cały dzień bez dzieci w urzędzie załatwiając jakieś formalności albo pojechała bez dzieci zrobić zakupy spożywcze dla całej rodziny.

Jestem kwoką z kurczakami. I żeby z tego czerpać, a nie się na to wściekać, to potrzebowałam zmienić tak zwany mindset (wiem, że mogłaby użyć polskiego słowa „nastawienie”, ale to angielskie lepiej według mnie oddaje to, o co chodzi). Kiedy jesteś matką jednego dziecka, to (jak pisała Basia http://tumnieboli.eu/2017/03/20/widmo-drugiego-dziecka/) zakończenie każdego etapu witasz z ulgą. Wreszcie zaczęło raczkować, wreszcie zaczęło mówić, wreszcie je coś oprócz mleka, wreszcie zacznie przesypiać noce, wreszcie się odpieluchowało. I to jest nastawienie, które u mnie powodowało, że żyłam na ciągłym wkurwie. Była we mnie ciągła, podskórna irytacja. Zniecierpliwienie. Że ile jeszcze? Jak długo? Kiedy wreszcie? Dlaczego ona jeszcze nie…? A teraz, gdy w domu jest trójka małych dzieci, to nie myślę o tym. Bo zadawanie sobie tego pytania byłoby dołujące. Kiedy w końcu będzie cisza i spokój? Kiedy nikt już nie będzie ode mnie nic chciał? Za 10 lat? Za 15? Nie ma co na to czekać z niecierpliwością popatrując na zegarek i przytupując nogami. Lepiej po prostu w tym BYĆ. W tych pieluchach, wrzaskach, porozrzucanych zabawkach, jedzeniu roztartym na podłodze, ciągłym „mamooo! Chodź!”, „mamooo! Kupa!”. Cały czas sobie powtarzam: „teraz jest taki etap w moim życiu. Jestem kwoką z kurczakami.”. Widzieliście kiedyś kwokę z kurczakami? One cały czas pipczą, plątają jej się pod nogami, łażą za nią. No to ja mam tak samo. I w końcu uznałam walczenie z tym za bezproduktywne. W jednej z piosenek Florence and the Machine jest tekst, który to pięknie podsumowuje: „I’m not giving up, I’m just giving in”.

Matka wielodzietna chodzi w spódnicy. Najchętniej noszę zamaszyste spódnice do kolan. I ta spódnica dla moich dzieci jest naturalną częścią mnie. Za spódnicą można się schować przed jakimś nieznanym dorosłym. W spódnicę można się owinąć albo pod nią wejść, gdy zimno. Można za nią trzymać zamiast za rękę, gdy mama niesie zakupy. Można za nią ciągnąć, gdy chce się zwrócić na siebie uwagę. Można sobie ją zarzucać na głowę i bawić się w „a kuku!”.Można obetrzeć w nią smarki, gdy brak chusteczki. Można trzymać się za nią, gdy uczysz się chodzić. Kwoki mają skrzydła, ja mam swoje spódnice.

Cały czas trzymam kogoś na rękach, ktoś na mnie siedzi, wchodzi ma na plecy, ciągnie mnie za spódnicę. Jak tylko siadam, żeby odpocząć, to obsiada mnie stonka ziemniaczana. Są momenty, że jest to tak dotkliwe i czuję się tak przebodźcowana, że wolę krzątać się czy robić coś w kuchni, bo wtedy łaskawie dają mi spokój. Nalot zaczyna się, jak tylko usiądę. Więc lepiej nie siadać.

Dzieci w sposób naturalny są przystosowane do funkcjonowania w „różnowiekowym stadzie”. Pisał o tym Peter Gray w książce „Wolna zabawa”. Obserwowanie tego jest moją ulubioną rozrywką związaną z dziećmi. Młodsze uczą się od starszych ogarniania świata, a starsze uczą się dzięki młodszym odpowiedzialności i umiejętnego przekazywania wiedzy. A to wszystko dzieje się tak… mimochodem. Na przykład Najstarszą ja uczyłam kroić nożem, gdy miała 3 lata. Młodszej nigdy nie musiałam – jak miała 2 lata, to usiadła koło Najstarszej i… zaczęła kroić. Tak samo było z ubieraniem się, wkładaniem butów czy sprzątaniem zabawek.

„Jak ty to wszystko dajesz radę zrobić?” Gdy słyszę to pytanie, to ogarnia mnie pusty śmiech. Bo, po pierwsze, kto mówi, że ja daję radę? Z czego człowieku o tym wnioskujesz? Z tego, że jeszcze nikogo nie zabiłam? Po drugie, to nie jest tak, że ja mam wybór, żeby nie dawać rady, ale postanawiam jednak dać radę. To jest sytuacja, że albo dam radę albo wszyscy zginiemy. To jest tak, jakby ktoś wyrzucił mnie na środku jeziora z łódki, a ja nie umiem pływać. Albo się bardzo szybko nauczę albo utonę. Więc jakie mam wyjście? Nie ma co podziwiać. Byłbyś człowieku w takiej samej sytuacji, to nauczyłbyś się ogarniać tak samo.

Więcej dzieci zmusza do mniejszego przejmowania się. Kiedyś napisałam taki test, o byciu skończonym zasobem (KLIK). I przy większej liczbie dzieci to widać, jak na dłoni. Bardzo dużo moich rodzicielskich rozterek zniknęło nie dlatego, że jestem lepszym rodzicem, tylko dlatego, że nie mam czasu i energii tego roztrząsać, czytać o tym czy pisać na grupach facebookowych. Często po prostu włączam strategię „na przetrwanie” i nie zastanawiam się „co będzie najlepsze dla rozwoju mojego dziecka?”. Ponieważ ważniejszym pytaniem jest dla mnie „jak dotrwać do wieczora i nie zabić żadnej z nich?”. I widzę, że to nie szkodzi. Oczywiście, możecie sobie pomyśleć: „ha! Albo po prostu ty nie widzisz, że to szkodzi!”. I może tak być. W związku z tym mam dwa plany. Jeden dotyczy tego, że gdy kiedykolwiek moje dojrzewające lub dorosłe dziecko przyjdzie i postanowi poinformować mnie o moich błędach i potknięciach, to mam zamiar powiedzieć po prostu: „tak, przepraszam. Nie widziałam tego. Moją intencją nigdy nie było skrzywdzenie Ciebie”. Po drugie, uważam, że nie jestem im w stanie zrobić krzywdy, której nie naprawiłby rok lub dwa lata psychoterapii. Bardzo pocieszająca jest dla mnie myśl, że nasze dzieci mogą wyjść z domu z jakimiś brakami, ale to nie oznacza, że zostaną z nimi na zawsze. I nawet za tę terapię możemy im zapłacić.

Chętnie przyjmę Twoje dziecko. Tak, to jest zawsze szokująca informacja, szczególnie dla rodziców jedynaka. Jedno dziecko więcej nie robi mi różnicy. A nawet często jest mi łatwiej, bo dzieci razem się bawią i dają mi spokój. Także tak, nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś zostawił u mnie swoje dziecko. Niestety, nikt w ramach wymiany nie weźmie trójki naszych dzieci do siebie.

„Po co Wam tyle dzieci?” Takie pytanie, mniej lub bardziej wprost, przewija się w wielu moich rozmowach z ludźmi. I nie jestem pewna, czy umiem odpowiedzieć tak, by mój rozmówca to zrozumiał (i jeszcze jedna sprawa, to jest pytanie, które w większości przypadków jest nie na miejscu i co najmniej grubiańskie.). Po co? Ponieważ jestem lepszą matką trójki dzieci niż byłam matką jednego dziecka. Ponieważ przy każdym dziecku uczę się czegoś nowego o sobie i czerpię coraz większą przyjemność z bycia z dziećmi. Ponieważ z każdym dzieckiem w naszym domu jest coraz więcej miłości. Ponieważ każde dziecko przynosi ze sobą nową miłość do naszej rodziny. Często w rozmowach na temat powiększania rodziny pojawia się temat związany z tym, że przecież rodzice będą musieli podzielić swój czas/ uwagę / miłość pomiędzy większą liczbę dzieci. I że dzieci na tym tracą (a już szczególnie to pierworodne). Tymczasem moje doświadczenie mi pokazuje, że miłość naprawdę mnoży się przez dzielenie (taki matematyczny absurd). Jak patrzę na Najstarszą, jak bawi się z Najmłodszą, jak ją głaszcze, przytula, jak jej śpiewa, łaskocze ją, jak się cieszyła z pierwszych kroków czy z tego, że Najmłodsza nauczyła się klaskać, to nie widzę straty. Nie widzę, żeby Najstarsza coś traciła, bo ma rodzeństwo. Widzę nieprawdopodobną miłość, czułość, troskę, którą one się nawzajem obdarzają. I wiem, że ani ja, ani Paweł nie potrafilibyśmy dać Najstarszej tyle miłości, ile dostaje w tej chwili od swoich młodszych sióstr.

Jak to jest mieć trzecie dziecko? Kiedyś sama zadałam to pytanie znajomemu, któremu kilka miesięcy wcześniej urodziło się trzecie dziecko. I on się tak uśmiechnął promiennie i powiedział: „cudownie! Trzecie dziecko tak niesamowicie zmienia dynamikę rodziny!”. I zanim go zdążyłam zapytać, co to znaczy, to ktoś go zawołał i nasza rozmowa została przerwana. Spotkałam go dwa lata później (gdy już był ojcem czwórki dzieci) i zapytałam o to. Powiedział, że nie pamięta, o co mu chodziło. Ale dziś, gdyby, ktoś mnie spytał „jak to jest mieć trzecie dziecko?” to bym powiedziała: „cudownie! Ono tak niesamowicie zmienia dynamikę rodziny!”. Ale nie martwcie się, nigdzie nie idę i wyjaśnię Wam, o co mi chodzi. Przy Najmłodszej dopiero zobaczyłam, że posiadanie w domu „dzidziusia” wpływa niesamowicie na dynamikę rodziny. Że ten dzidziuś, który niby tylko je, śpi, płacze, a czasami będzie chichotał, jak się go całuje w stópkę, „robi” coś nam wszystkim. Wpływa na dziewczyny, wpływa na mnie i Pawła. Razem na nią patrzymy, razem się nią cieszymy. I to nie jest coś, co oddziela mnie od moich starszych córek. To wspólne patrzenie, wspólne radości z rozwoju dzidziusia, to jest klej, który nas wszystkich łączy. Póki nie było Najmłodszej, to nie mieliśmy razem tylu chwil takiej czystej, wspólnej radości, wspólnego zachwytu. I Najmłodsza nam to dała. I już zawsze będę jej za to wdzięczna.

Doprawdy, nie mam pojęcia, co napisać w tym ostatnim akapicie. Przydałoby się jakieś błyskotliwe podsumowanie, ale nie mam żadnego. Zamiast tego zostawię Was z dialogiem moim i Najstarszej.

Ja: Kochanie, a wiesz, że Wiera [niedawno poznana pięciolatka] nie ma ani brata ani siostry? W ogóle nie ma rodzeństwa.

Najstarsza (chwilę milczy zdziwiona): To ona musi być samotna z mamą i tatą! To bardzo smutne. Nie ma się z kim bawić.

Ja: jak to nie ma? Przecież może się bawić z rodzicami.

N.: No tak, ale dorośli to nie umieją takich fajnych zabaw wymyślać.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).