Wychowuję moje dzieci, by służyły innym

Służba – wykonywanie pracy służącego w czyimś domu. „Służyć jak piesek na dwóch łapkach”. Służba, służący, niewolnik. A może „praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem”?

„Służba” to takie niedzisiejsze słowo. Jeżeli już ktoś go używa, to raczej w pejoratywnym znaczeniu. A tak naprawdę czasy, gdy służenie innym ludziom było uznawane za wielki honor, nie są tak odległe. Przecież takie zawody jak: lekarz, strażak, sędzia, żołnierz, policjant, nauczyciel czy profesor akademicki polegają na służbie innym. Mało tego, kto dziś pamięta, że polityk to ktoś, kogo podstawową rolą jest służenie ludziom swego kraju?

Obecnie, w szerokiej tematyce związanej z wychowaniem dzieci, karierę robią inne tematy. W sumie mnie, jako psychologowi, bliskie. Dużo się mówi o asertywności, o chronieniu swoich granic, o troszczeniu się o swoje emocje i dbaniu o swoje potrzeby. I są to jak najbardziej ważne sprawy. Ale gdy skupiamy się na nich za bardzo, to łatwo sprawić, byśmy uznali je za dobro samo w sobie. Tymczasem są to po prostu narzędzia. Narzędzia, które mają nam służyć do nawiązywania zdrowych i bliskich relacji z innymi. A czasami zdarza się, że stają się usprawiedliwieniem dla egoizmu i przedkładania naszego dobra zawsze ponad potrzeby innych.

Fajnie byłoby, gdyby pojawiło się więcej równowagi. Aby na tematy takie jak: niesienie pomocy, poświęcanie się i służenie innym (tak! To nie jest poniżające zajęcie!) mówiło się i pisało więcej w świecie blogów rodzicielskich. I nie chodzi mi tu o: szanowanie uczuć czy granic innych ludzi, nieobgadywanie, niebicie zwierząt czy nieśmiecenie. To jest tylko „nierobienie źle”. Można powiedzieć, że dobre i tyle. Ale ja się z tym nie zgadzam. „Tyle” nie jest wystarczająco dobre. Aktywne pomaganie, reagowanie, zakasywanie rękawów i realne działanie przynoszą dużo więcej dobra. I dużo więcej satysfakcji osobie, która postanowiła działać. Dlatego też wychowuję swoje córki tak, by wiedziały, że czasami warto poświęcić coś swojego, jakąś odrobinę swojego dobrostanu, by inni mieli dobrze. I że to jest zajebiste uczucie. A wiem to zarówno z badań naukowych*, jak i z własnego doświadczenia.

Moja przygoda ze służbą zaczęła się w harcerstwie. To stamtąd wzięła się u mnie postawa, którą w skrócie nazywam: „kto, jeśli nie my? Kiedy, jeśli nie teraz?”. Takie założenie, że jeśli chcę, żeby coś było inaczej, żeby się zmieniło na lepsze, to podwijam rękawy, skrzykuję ekipę i zabieramy się za to. I że mało jest większych przyjemności w życiu niż wspólne działanie na rzecz innych. A już na pewno nic nie równa się z satysfakcją z tego, że udało się nam coś zmienić. To nastawienie i przyjaźnie na całe życie są największymi skarbami, które wyniosłam z harcerstwa. Dlatego też nic dziwnego, że jeszcze w trakcie studiów trafiłam najpierw na wolontariat, a następnie do pracy w fundacji. Poświęciłam jej niesamowicie dużo swojego czasu i wysiłku, a w zamian dostałam poczucie Sensu. Tak, Sensu. Takiego przez duże „S”. Czyli poczucia, że to, co robię jest ważne, pomaga ludziom i zmienia świat (chociaż trochę) na lepsze. Gdy zamiast w fundacji zaczęłam pracować w korporacji, to myślałam, że najtrudniejsze będzie dla mnie, że muszę pracować codziennie po 8 godzin i chodzić ubrana w eleganckie, „dorosłe” ubrania. Tymczasem po kilku tygodniach okazało się, że najgorsze dla mnie jest coś zupełnie innego. To, że moja praca jest kompletnie pozbawiona Sensu. Że poświęcam tyle godzin dziennie i tyle swojego wysiłku, by robić coś, co nie zmienia nic. I to było najgorsze. Lepiej poczułam się dopiero, gdy urodziła się Młodsza i zostałam dawczynią w Banku Mleka*. Wtedy dopiero jakaś niezauważalna do tej pory pustka się wypełniła, jakiś niewysłowiony niepokój znikł. Moje życie stało się na powrót bardziej pełne.

Na ten moment traktuję ten blog jako miejsce, gdzie będę mogła pomagać innym. Chciałabym, by był miejscem, gdzie rodzice, którzy się zmagają, znaleźli wsparcie albo po prostu poczuli ulgę, że nie są w swoich rozterkach sami. Ale nie wiem, czy to wystarczy. Ciągle chciałabym robić coś, co będzie zmieniać świat na lepsze. Trochę jak taki „altruistyczny ćpun” szukam miejsc i sytuacji, gdzie mogłabym coś dobrego zdziałać. Bo jak się raz zacznie, to naprawdę ciężko przestać. I, co ciekawe, pomaganie działa tak, że im więcej zrobisz, tym… większą masz ochotę zrobić to kolejny raz. Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Każdy z nas może pomagać innym. Naprawdę. Każdy ma jakieś umiejętności, którymi może się podzielić, czas, ręce zdolne do pracy. I to wszystko można dać innym. Na początek można też dać po prostu pieniądze. W Polsce pokutuje takie przeświadczenie, że żeby dawać pieniądze na dobroczynność, trzeba być bogatym. A my? No przecież kredyt na mieszkanie sam się nie spłaci, za samochód też nie. I tak ciężko miesiąc dopiąć, więc jak tu jeszcze komuś pomagać? Tymczasem ZAWSZE możemy. Zawsze możemy oddać na jakiś cel na przykład 10 złotych. Albo 5. Albo 2. I nie mówcie, że to nie ma znaczenia. A gdyby wszyscy w Polsce postanowili dać 2 złote na jakiś cel? Wiem, że działania jednej osoby rzadko kiedy zmieniają świat. Jednak w żaden sposób nie powinno to nikogo powstrzymywać przez robieniem dobrych rzeczy.

Nie piszę tego wszystkiego, bo jestem jakąś totalną altruistką. O, nie. Ja już po prostu wiem, jak dobrze człowiek się czuje, gdy pomaga innym. Naprawdę ciężko przebić to uczucie. Żaden nowy ciuch, wycieczka do egzotycznych krajów, kolacja w drogiej restauracji nie dały mi nigdy takiego poczucia szczęścia i spełnienia (możecie teraz stwierdzić, że najwyraźniej nie był to wystarczająco fajny ciuch, wystarczająco egzotyczny kraj lub wystarczająco droga restauracja). I to jest właśnie to, co chciałbym przekazać moim córkom.

Chcę, by czuły moralną odpowiedzialność za świat, w którym żyją. Żeby nigdy nie odwracały się od cudzego nieszczęścia, myśląc: „to nie moja sprawa”. To ZAWSZE jest nasza sprawa. Żeby czuły, że pomaganie to ich obowiązek. Aby widząc, że trzeba komuś pomóc, myślały: „kto, jeśli nie ja? Kiedy, jeśli nie teraz?”. I ucząc je takiej postawy, uważam, że wręczam im bilet do szczęśliwego, spełnionego życia*. Nie muszą zarabiać grubych tysięcy, nie muszą mieć wielkiego domu, nie muszą skończyć prestiżowych studiów (w sumie nie muszą skończyć żadnych studiów). To im nie zapewni szczęścia. A bycie z ludźmi i dla ludzi – owszem.

A jak na ten moment uczę Starszą służenia innym? Na razie głównie poprzez rozmowy i własny przykład. Pomagam innym, daję pieniądze na różne fundacje, pytam się obcych ludzi, czy nie trzeba im pomóc. Rozmawiam z nią o tym. Opowiadam jej też, jak nasze wybory wpływają na świat i innych ludzi. Dlaczego nie należy marnować jedzenia, zostawiać odkręconej wody, śmiecić. Dlaczego oddajemy jej zabawki, książki czy ubranka innym. Za kilka lat nie będę chciała wypełnić jej kalendarza zajęciami dodatkowymi. Zamiast tego będę wspierać moje córki, by znalazły sobie jakieś miejsce, gdzie mogą pomagać innym. Wcale nie zależy mi, by zostały harcerkami. To nie noszenie munduru i chodzenie nie zbiórki jest ważne. Można służyć ludziom gdzie indziej i w inny sposób. Może będą chciały pomagać w schronisku dla zwierząt? A może robić zakupy starszej sąsiadce? A może udzielać się w Szlachetnej Paczce albo Wielkiej Orkiestrze? Albo pomagać młodszym dzieciom w lekcjach? Jeśli ktoś rozgląda się, patrzy ze szczerym zainteresowaniem na innych ludzi, to zawsze zauważy miejsce, gdzie jego pomoc może się przydać.

I tak na koniec tego wyjątkowo filozoficznego wpisu. Ostatnio Starsza ma fazę na śmierć***. Dużo mnie pyta o umieranie, o to, co się dzieje później, czy wszyscy kiedyś umrą (a jeśli tak, to kiedy?). No i najważniejsze – czy ona kiedyś też umrze. Ponieważ nie mam zwyczaju jej okłamywać, to odpowiedziałam, że owszem, ona też kiedyś umrze. Tak wyglądała nasza rozmowa:

– Czy ja też kiedyś umrę?

– Tak, ty też. Ale to jeszcze bardzo, bardzo, bardzo dużo czasu, zanim umrzesz.

– Ale ja bym chciała żyć na zawsze.

– Jeśli będziesz pomagać innym, będziesz miała wokół siebie ludzi, których kochasz i którzy Ciebie kochają, to jak przyjdzie czas umrzeć, to wcale nie będzie Ci tak żal, Kochanie. Bo będziesz wiedziała, że Twoje życie było dobre. A w sercach i wspomnieniach ludzi, którym pomogłaś, będziesz żyła na zawsze.

Pozdrawiam,

Matka Skaut.

P.s. Przepraszam, jeśli ten wpis jest zbyt patetyczny. Sama nie lubię wielkich słów i patosu. Ale pisanie o tak ważnych rzeczach w sposób prosty i pozbawiony nadęcia jest strasznie trudne. Nie mam (jeszcze!) takich umiejętności pisarskich. Więc proszę o przymknięcie oka na mój warsztat literacki. Uznałam, że temat jest na tyle ważny, że lepiej napisać teraz niż za kilka lat.

P.s. Jeśli po przeczytaniu tego wpisu czujesz niepohamowaną chęć zrobienia czegoś dobrego dla innych, to proszę Cię, działaj! Pomóc możesz na przykład tutaj: siepomaga.pl A jeśli samo dawanie kasy Ci nie wystarcza, możesz poszukać miejsca, by zostać wolontariuszem na przykład przez ten serwis KLIK.

* dla wszystkich, których nie przekonują moje argumenty – jeśli w google scholar wrzucicie hasło „helping others”, to jako dodatkowe słowa zaproponuje Wam „makes you happy”. Wrzucenie tego zdania w wyszukiwarkę spowoduje wyplucie 755 tysięcy wyników badań naukowych na ten temat. Badań pokazujących, że ludzie, którzy pomagają innym są: zdrowsi, szczęśliwsi, żyją dłużej i jeżdżą po tęczy na jednorożcu. Przykładowe linki:

https://www.psychologytoday.com/blog/teen-angst/201701/achieving-happiness-helping-others

http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0277953608000373

https://link.springer.com/article/10.1207%2Fs15327558ijbm1202_4?LI=true

http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0277953699000490

http://science.sciencemag.org/content/319/5870/1687

http://www.pnas.org/content/103/42/15623.full?maxtoshow=&HITS=10&hits=10&RESULTFORMAT=&fulltext=MRI+charity&searchid=1&FIRSTINDEX=0&resourcetype=HWCIT

A tu zgrabnie napisane artykuły na ten temat:

http://mentalfloss.com/article/71964/7-scientific-benefits-helping-others

http://theunboundedspirit.com/power-empathy-helping-others-can-make-happy-improve-well/

http://time.com/4070299/secret-to-happiness/

https://thinklivebepositive.wordpress.com/category/helping-others-makes-you-happy/

** jeśli mieszkasz w: Gdyni, Szczecinie, Toruniu, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Opolu, Krakowie lub Rzeszowie i karmisz piersią, to masz niepowtarzalną szansę zostania Super-bohaterką. Możesz dać najdelikatniejszym, najbardziej kruchym istotkom na świecie (wcześniakom) coś, czego nikt im nie może kupić za żadne pieniądze. Szczerze polecam.

*** mam wielkie plany dotyczące śmierci 😉 To znaczy chciałabym po pierwsze napisać wpis o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o umieraniu, a po drugie – spróbować własnoręcznie stworzyć książeczkę, która ma w takiej rozmowie pomóc. I podarować ją Wam. Dobry pomysł?

Comments

  1. Post
    Author
    Matka Skaut

    O! Dzięki! Bardzo chętnie poczytam. Ja to aż takich wielkich planów nie mam – bardziej myślałam o jakiejś prostej, obrazkowej historyjce.

  2. Marta

    Polecam znakomita lekturę dr E.Kubler- Ross „Rozmowy o śmierci i umieraniu” oraz „Dzieci i śmierć”. Bardzo poruszające książki, zwłaszcza jesli chodzi o świadomość dzieci nieuleczalnie chorych, które doskonale wiedza co je czeka. Doktorka odbywala z nimi długie rozmowy w szpitalu, które następnie spisala. Niewiele takich książek….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *