Za dużo dobrego może być tylko… cudowne vol.2

Jako matka blogująca w połogu miałam w ostatnich tygodniach kilka marzeń: przespać trzy godziny bez przerwy, wypróżnić się bez krwawienia, nosić przez dłużej niż 30 minut bluzkę, która nie jest obrzygana w co najmniej dwóch miejscach, wypić do końca gorącą herbatę i napisać wpis. Możecie zgadywać, co z tego udało mi się zrealizować.

Wpis o porodzie w domu będzie, ale dopiero jak to doświadczenie w pełni ułoży mi się w głowie, bo na razie mam wrażenie, że w każdym tygodniu mogłabym napisać coś trochę innego. Zacznę więc powrót na łono internetu od wpisu, który najłatwiej mi napisać, czyli o rzeczach, która umiliły mi ostatnie tygodnie i mam nadzieję, że umilą czas także Wam.

– Pani Basia – Pani Basia ma swój sklepik na dawandzie KLIK, a w nim wydziergane przez siebie cudeńka z wełny. Od kilku lat mam spore ciśnienie na to, by kupować ubrania, które po pierwsze, są szyte w godziwych warunkach (bardzo się staram nie kupować rzeczy szytych np. w Bangladeszu) oraz z dobrych materiałów (wełna, ze swoimi prawie magicznymi właściwościami, jest moim faworytem). Nic się nie martwcie, jeśli wśród produktów wystawionych przez Panią Basię, nie znaleźliście nic w swoim stylu. Możecie się z nią domówić i ona Wam wydzierga, co tylko sobie zamarzycie i z takiej wełny, jakiej chcecie. Dla naszych cór robiła sweterki, a dla najmłodszej kocyk z takiej włóczki:

Zdjęcie stąd: https://azuleta.com/en/home/1331-scheepjes-our-tribe-965-felted-button.html

Niestety, moje umiejętności fotograficzne nie pozwalają mi na zrobienie zdjęć, które oddałyby w pełni urok dzieł rąk Pani Basi. Pani Basia jest przy tym przemiłą osobą, a do każdego przedmiotu, który u niej kupicie, będzie dołączony odręcznie napisany list na papeterii w kwiaty. Świat byłby naprawdę miłym miejscem, gdyby zamieszkiwało go więcej takich osób jak Pani Basia.

Balkonowy lans w sweterkach (chcę powiedzieć, że paluszki, które znajdują się w ręce mojej starszej córki są orkiszowe, bez soli, bez cukru i w ogóle wcale nie są paluszkami).
Pani Basia ma rozmach w kwestii gratisów – gdy dowiedziała się, dla kogo dzierga kocyk, to dorzuciła do niego kamizelkę (z monogramem!).

– seriale o latach ‘60-tych – przygodę z latami ‘60-tymi zaczęłam pod koniec zeszłego roku z serialem Marvelous Mrs. Meisel. Jeżeli ktoś pamięta (i, tak jak ja, uwielbia) serial Kochane kłopoty (Gilmore girls), to Wam rekomenduję szczególnie, seriale zostały stworzone przez tę samą autorkę. Historia dziewczyny z „dobrego”, nowojorskiego, żydowskiego domu, która po rozstaniu z mężem postanawia wywrócić swoje życie do góry nogami i zrobić karierę jako gwiazda stand-upu. Cudowny serial, strasznie szkoda, że odkryłam go tak wcześnie i miałam do obejrzenia tylko jeden sezon (ale nie martwcie się, następny jest w planach!). Spędźcie z Migde kilka wieczorów, nie pożałujecie (no i cudowny Tony Shalhoub jako ojciec Migde!).

Na brak odcinków nie mogłam narzekać w następnym serialu, który sobie wybrałam. Ostatnie dwa miesiące ciąży spędziłam nadrabiając serial, który pewnie już wszyscy widzieli – Mad Men. Jeżeli jeszcze ktoś nie oglądał – szczerze polecam. Siedem sezonów, gdzie śledzimy perypetie pracowników agencji reklamowej w Nowym Jorku. Losy głównego bohatera, Dona Drapera, wspaniale pokazują zależność, o której pisałam w tym wpisie (KLIK) – nigdy nie poczujesz się blisko z innymi ludźmi, jeśli nie zdecydujesz się otworzyć i rozmawiać o sobie. No i przepiękna Christina Hendricks, można oglądać ten serial tylko po to, by podziwiać jej urodę i stroje, w których występuje. Teraz zaczynam drugi sezon Masters of sex. Ogląda się miło, choć czuję tu podobieństwo do Mad Mena – główny bohater też ma problemy z bliskością, a główna bohaterka też jest ambitną kobietą, która próbuje się przebić w „męskim świecie”. Nie wciąga tak, jak Mad Men, ale na oglądanie podczas karmienia piersią się nadaje.

– nowy sezon Homeland. Ten sezon zrobił na mnie wstrząsające wrażenie, szczególnie ukazanie mechanizmów narastającego konfliktu, który doprowadza do tragedii. No i Carrie jest taką bohaterką, którą się kocha i nienawidzi jednocześnie. Z jednej strony człowiek nie może się powstrzymać przed dopingowaniem jej, a z drugiej – nie może nadziwić, jak podle potrafi się zachować wobec innych, by tylko osiągnąć to, o co jej chodzi.

Wygląda na to, że nic więcej w życiu nie robię, tylko seriale oglądam… Ale ja sobie myślę, że cudownie wykorzystałam końcówkę ciąży, gdy byłam zbyt gruba i zmęczona, by robić cokolwiek produktywnego.

– płyta z piosenkami dla dzieci Ferida Lakharda i Kasi Rodowicz. Cudowna, cudowna muzyka dla dzieci. Jak wiadomo małe dzieci (przynajmniej moje) mają gust muzyczny, który oscyluje wokół disco-polo i piosenki biesiadnej. Część piosenek, które podobają się moim córom powodują, że mam ochotę wziąć szpikulec do lodu i wsadzić sobie do ucha (a potem do drugiego ucha). Na przykład ta:

Tymczasem udało mi się znaleźć płytę, która podoba się zarówno mnie, jak i dzieciom. Piosenki są świetne – łatwo wpadają w ucho, zarówno muzyka jak i teksty są na dobrym poziomie. Najlepszy przykład, że robić muzykę dla dzieci nie musi oznaczać odwalania chałtury. W naszym domu od miesiąca króluje gołąb Antek i Lokomotywa.

– chusta Sensimo Juicy Joy – chusta, która (troszeczkę) osładza mi fakt, że robię na trzy etaty jako niewolnik terrorystki, która waży mniej niż 5 kilogramów. Nie wiem, kto wymyślił nazwę tej chusty, ale nijak ma się do jej kolorystyki – to żadne soczystości, to najpiękniejszy zachód słońca w ciepłych krajach (w Indiach albo na egzotycznych wyspach). Za każdym razem, jak ją wiążę, to się uśmiecham, bo jest pięęękna.

Dla wszystkich, którzy nie zauważyli – pod tymi dziećmi jest chusta. Bardzo ładna chusta.

– ciasto – każda córa wnosiła do naszej rodziny deser, który mnie i Pawłowi kojarzy się z pierwszymi tygodniami ich życia. Starsza – ciasteczka owsiane z orzechami, Średnia – pishinger, a Najmłodsza – ciasto z tego przepisu – KLIK. Ciasto jest super proste (innych nie piekę), pyszne i lekko wilgotne. Można je modyfikować na milion sposobów – zamienić owoce na inne, orzechy na inne, dodać kakao, nie dać owoców, nie dać orzechów. Napisałabym, że można też nie dać kajmaku, ale, hej, kto chciałby zrobić coś takiego?

– biżuteria – bardzo lubię biżuterię, ale… na kimś. Sama zawsze zapominam założyć albo mi przeszkadza w czymś i zdejmę i przeleży tam następne parę miesięcy. Poza tym mam fatalne uczulenie i musiałam dawno temu pożegnać wiecznie ropiejące dziurki w uszach i wraz z nimi marzenia o noszeniu pięknych, wiszących kolczyków. Z okazji urodzenia dziecka Mój Kochany Mąż postanowił kupić mi biżuterię. A ponieważ wie, że co by nie wybrał, to i tak by mi się nie spodobało, to skończyło się tym, że wybrałam sobie sama (Wiem, brzmi to szalenie nieromantycznie, ale cóż – jaka żona taki romantyzm. Dla mnie romantycznie jest to, że zna mnie tak dobrze, że wie jakby skończyło się kupowanie mi czegoś w tajemnicy.). Tak więc, dzięki Mojemu Mężowi stałam się posiadaczką najbardziej matkoskautowej biżuterii ever. O takiej:

Wiem, powinnam niekiedy użyć kremu do rąk… A kupić taki sam pierścionek możecie tutaj – https://kavodesign.com/shop/compass-ring-gold-plated/.

– blogi

http://www.migawkim.com – bloga Małgosi poznałam w ten sposób, że zostałam przez nią polecona podczas tegorocznego Share Weeka. I widzę, że powtarza się tu pewna zależność – ludzie, którym podoba się moje pisanie, sami piszą w sposób, który mi się podoba. Małgosia jest młodą lekarką i młodą matką w Edynburgu. Świetnie pisze i robi piękne zdjęcia. Gdy wpadłam na jej bloga, to w ciągu kilku dni przeczytałam wszystkie wpisy z ostatnich dwóch lat. Najbardziej podobają mi się te dotyczące bycia lekarzem. Zawsze lubiłam poznawać kulisy pracy w różnych zawodach, a Małgosia potrafi pisać o tym wyjątkowo ciekawie i… poetycko!

http://www.migawkim.com/2015/08/zli-ludzie-robia-ze-rzeczy-o-bedach-w.html

http://www.migawkim.com/2015/10/szesciu-lekarzy-i-900-pacjentow-czyli.html

http://www.migawkim.com/2017/11/znalezione-lekarstwo-na-jedna-trzecia.html

http://tumnieboli.com/ – a to jest blog Basi, która dla odmiany jest psychiatrą. Oprócz tego jest starą harcerką, więc w moim świecie ma automatyczne +100 punktów do fajności. Basia pisze mądrze i w sposób przemyślany. Niestety, niezbyt często. Bardzo lubię jej wpisy, szczególnie te dotyczące psychiatrii (no dobra, tak naprawdę lubię wszystkie).

http://tumnieboli.com/2018/04/24/jak-sie-czujesz/

http://tumnieboli.com/2016/08/29/slowniczek-psychiatryczny-ksobnosc/

http://tumnieboli.com/2016/05/14/co-trzeba-wiedziec-o-zaburzeniach-osobowosci/

http://www.stylerecital.com/ – Paulina pisze w sposób cudowny. Ogólnie o czym by nie pisała, to ja i tak chciałabym to czytać. Jej styl urządzania nie jest moim wymarzonym, ale jej podejście do tworzenia wnętrza własnego domu – już tak. Jak pisze Paulina w dziale „o sobie” – Kocham psy, deskorolki i generalnie chrzanię w życiu konwenanse. Wnętrzarskie też. I jak tu jej nie lubić.

Nie wiem, jakie wpisy Wam polecić, bo przeczytałam jej blog od deski do deski i lubię wszystko, ale może takie dwa wpisy na dobry początek:

http://www.stylerecital.com/2017/07/styl-zaczyna-sie-gdy-nikt-nie-patrzy.html

http://www.stylerecital.com/2018/05/moj-flirt-z-eklektyzmem-to-dzis-dojrzay.html

– bajka Sekrety morza – bajka zupełnie nie dla dzieci w wieku 4 i 2 lata. Ale jest to bajka zupełnie magiczna i cudowna, wzruszająca i smutna. Ja płakałam. Wszystkie postaci są… nie wiem, jak to napisać… prawdziwe? Tata zastygły w żałobie po żonie, starszy brat – wściekły na siostrzyczkę, która zabrała mu mamę, główny czarny charakter – Maka – tak przepełniona cierpieniem. Coś niesamowitego. Do tego piękna (choć bardzo niepokojąca dla młodszych dzieci) animacja, zupełnie nie w stylu Disneya czy Pixara i cudowna muzyka.

– piosenka, którą znam jeszcze z czasów „przeddzieciowych” (no wiecie, to te czasy, gdy tekst „wstałam bladym świtem” oznaczał zwleczenie się z łóżka o 8 rano). Teraz wróciłam do słuchania płyty Afrokolektywu i tekst tej piosenki zrobił na mnie piorunujące wrażenie – rozmyślania wrażliwego jeszcze-nie-ojca nad wychowaniem jeszcze-nie-istniejącego syna. Mnie chwyta za serce.

– i na koniec dwie książki o wychowaniu. Od dłuższego czasu zastanawiam się nad napisaniem wpisu na temat książek o wychowaniu. Mam ich naprawdę dużo. Tym, co mnie powstrzymuje, jest fakt, że znowu bym wyszła na największą marudę i malkontenta, bo żadnej z książek na temat wychowywania dzieci nie umiałabym polecić z czystym sercem. Ale w ostatnich miesiącach przeczytałam dwie, które naprawdę mi się spodobały. Mam nadzieję napisać (za jakiś czas) szerszą recenzję każdej z nich (Te podtytuły do każdej z tych książek są naprawdę z dupy… nie wiem, kto to wymyśla.):

Peter Gray Wolne dzieci. Jak zabawa sprawia, że dzieci są szczęśliwsze, bardziej pewne siebie i lepiej się uczą? – prawie się zakochałam w autorze tej książki. Czuję z nim braterstwo dusz – on kocha przypisy tak samo, jak ja (każdy rozdział jego książki ma ODDZIELNĄ numerację przypisów – serce mi się rozpłynęło jak masełko na gorącej patelni).

Lenore Skenazy Dzieci wolnego chowu. Jak wychować bezpieczne i samodzielne dzieci (i nie zwariować ze zmartwienia). – książka, którą kupiłam z myślą, że to będzie tylko takie przyjemne czytadło, a okazała się całkiem ciekawa i skłaniająca do przemyśleń. Choć nadal jest to styl pisania typu „amerykański poradnik”, więc dla mnie troszkę niestrawny i infantylizujący czytelnika. Warto też przeczytać, by poznać totalnie odjechany świat amerykańskich rodziców z tzw. wyższej klasy średniej. Dla mnie szokujące, oddycham z ulgą, że w naszym kraju ludzie jeszcze nie mają takiego pierdolca na tle bezpieczeństwa dzieci.

I to by było na tyle dzisiaj, zabieram się do spisywania historii porodowej. Trzymajcie kciuki, by udało mi się to zrobić zanim wszystkie nasze córki wyjadą na studia.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Zdecydowałam, że żeby w ogóle wziąć się za pisanie wpisów, muszę zastosować politykę grubej czerwonej kreski – nie będę odpisywała na wszystkie komentarze z ostatnich dwóch miesięcy. Zaniedbałam to wtedy i narosło tego tyle, że sama myśl o odpisywaniu powoduje u mnie atak paniki. Przepraszam, jeśli ktoś zadał jakieś pytanie, na które bardzo chce odpowiedź, to proszę, niech napisze je jeszcze raz chociażby pod tym wpisem.

P.s.2. Nie czerpię żadnych materialnych korzyści z polecania Wam akurat tych rzeczy. Robię to, bo cenię sobie dobrych twórców i przedsiębiorców.