Za dużo dobrego może być tylko… cudowne

Bardzo rzadko zdarza się coś, co mnie naprawdę zachwyci lub zaciekawi. Grudzień był w tej kwestii wyjątkowy – znalazłam kilka nie tylko wpisów ale i całych blogów, które mnie zachwyciły. Sama bardzo lubię, gdy blogerzy, których cenię, polecają mi różne treści. Dzięki temu przeczytałam wiele ciekawych rzeczy, na które w innym wypadku bym nie trafiła. Dlatego też zapraszam Was na pierwszy wpis, w którym chciałabym się z Wami podzielić swoimi internetowymi odkryciami ostatnich tygodni.

1. Jako pierwszy będzie blog, na którym poczułam się jak u siebie. I nie wynika to z jakiejś wielkiej wspólnoty przeżyć czy zainteresowań. Autorka jest w innej sytuacji życiowej niż ja (na emigracji, bez dzieci) i nie łączą nas też wspólne pasje. Ale jest coś w jej sposobie pisania, takim szczerym, od serca, że uznałam ją za w jakiś sposób za bliską mi osobę. Co do podobieństw, to łączy nas pewna postawa życiowa – obydwie z pewnością nie jesteśmy radosnymi kwiatuszkami (z całym szacunkiem dla wszystkich radosnych kwiatuszków). Najchętniej poleciłabym Wam cały blog, a na pewno wszystkie wpisy z serii „przemyślenia”. Ale jeśli już mam coś wybrać, to zacznijcie od:

-wpisu, gdzie autorka bierze do galopu wszystkich introwertyków →KLIK

-tekstu o tym, że (tak, jak pisałam TUTAJ) zawsze warto się spytać „czy wszystko w porządku?”→KLIK

-bardzo wyważonej wypowiedzi na temat zaburzeń psychicznych i tego, do kogo wtedy najlepiej zwrócić się po pomoc (spoiler – nie do blogerki, która sama ma problemy) →KLIK

Ozdobą tego wpisu będą zdjęcia będące wizualizacją pojęcia „dużo dobrego”. Wszystkie pochodzą ze strony unsplash.com

2. proseksualna.pl – trafiłam jakiś miesiąc temu i przeczytałam większość zawartości z kilku lat. Uważam, że seks jest bardzo ważną częścią naszego życia i jesteśmy istotami seksualnymi niezależnie od tego, czy uprawiamy seks kilka razy dziennie (wszyscy rodzice małych dzieci – wybuch histerycznego śmiechu) czy też nie robiliśmy tego od miesięcy (wszyscy rodzice małych dzieci – smutne kiwanie głową i dyskretne otarcie łzy z policzka). Dlatego zawsze warto wiedzieć coś więcej na ten temat. Mam poczucie, że dzięki temu blogowi poszerzyłam swoje horyzonty, dowiedziałam się wielu nowych rzeczy i rozwiałam kilka wątpliwości. I to nie chodzi o to, że teraz to ja nie wiadomo jakie ekscesy w łóżku (co tam w łóżku! Łóżko jest dla pruderyjnych nudziarzy! Lepiej na żyrandolu!) będę wyprawiać. Gigantycznej większości gadżetów erotycznych, o których pisze Proseksualna, nigdy nie użyję (ani nawet nie zobaczę na własne oczy). Większości rzeczy nie spróbuję. Nie w tym rzecz. Ta autorka promuje wiedzę, samoświadomość i seks-pozytywność, które (wbrew opiniom wielu) nie są równoznaczne z obsesyjnym zainteresowaniem seksem czy z seksualnym rozpasaniem. Mało jest takich miejsc w sieci i warto je chawalić. Tak, jak powyżej, najchętniej poleciłabym cały blog, ale jeśli mam wskazać kilka konkretnych wpisów, to zajrzyjcie tu:

-bardzo fajny wpis, który daje bardzo mądre ogólne wskazówki dotyczące tego, jak rozmawiać o seksie ze swoimi dziećmi →KLIK. Pracując z młodzieżą wielokrotnie widziałam, jak to, co rodzice mówili (lub nie mówili) dzieciom na temat seksu, miało wieloletni, niszczący wpływ na ich seksualność. I jak ważne jest, by ten temat z dzieckiem podjąć, nawet jeśli jest to dla rodzica (ze względu na to, jak sam był wychowywany) bardzo niekomfortowa sytuacja (tzn. bardziej komfortowa byłaby kolonoskopia bez znieczulenia);

-tekst, który mnie poruszył i zmusił do myślenia →KLIK. A największe wrażenie zrobił na mnie ten fragment:

Ostatnio ktoś uświadomił mi, jak powszechne jest zjawisko kompleksowego zespołu stresu pourazowego, którego źródło może leżeć w egzystencji – zwłaszcza w przypadku ludzi z nienormatywną cielesnością. Wiele osób zmagających się ze swoim ciałem latami doświadczało różnych form opresji związanych z cielesnością – ciągłych przytyków, negatywnej uwagi, prób „naprawiania” ciała bez zgody samych zainteresowanych – głównie ze strony najbliższego otoczenia, czyli opiekunów, rodzeństwa, rówieśników, a nawet profesjonalistów – lekarzy, nauczycieli. Latami ciało nie było dla tych osób bezpiecznym miejscem, a powodem lub pretekstem dla powtarzających się aktów przemocy, a co najsmutniejsze, często dokonywanych przez sprawców w „dobrej wierze”, w wyniku troski o czyjeś zdrowie lub poczucie szczęścia.

-wpis o tym, że pozytywne nastawienie do seksu to nie guma w majtach – na metry się nie mierzy →KLIK. A  o jakości Twojego życia seksualnego nie świadczą statystyki dotyczące: liczby stosunków albo partnerów albo gadżetów erotycznych, które posiadasz.

-no i jeszcze te dwa linki, bo uważam, że sensowne tutoriale dotyczące tak ważnych tematów zawsze warto promować (żebyście się nie poczuli wpuszczeni w maliny – to są poradniki, jak doprowadzić kobietę do orgazmu. Jeśli pomyśleliście: „pff! Co w tym trudnego?”, to polecam przeczytać i tak. Obstawiam, że wszystkich sztuczek nie znaliście.) →KLIK, KLIK.

3. A teraz dla odmiany wywiad. Wywiad z politykiem →KLIK. Ta rozmowa zachwyciłam mnie właśnie dlatego, że pomimo że jest rozmową z politykiem, to nie ma w niej ani krzty tego, do czego w ostatnich latach politycy mnie przyzwyczaili. Nie ma jechania po ludziach z innych opcji politycznych, nie ma wywyższania się kosztem innych. Czytając ten wywiad, miałam poczucie, że to jest rozmowa z menadżerem zarządzającym miastem. Takim, co sobie świetnie zdaje sprawę, że nie jest tu panem i władcą, a miasto nie jest jego własnością, ale z drugiej strony z całego serca chce dla tego miasta jak najlepiej. Czytałam i myślałam jak jakaś starsza pani: „cóż za sympatyczny, młody człowiek!”. I ani razu nie myślałam: „mądrze mówi, jak na tego geja z sejmu”. No właśnie, po przeczytaniu całego wywiadu nawet nie wiem, z jakiego on jest ugrupowania politycznego.

4. I jeszcze raz w tematach okołoseksualnych. Tym razem opowieść dziewczyny z wulwodynią – poruszająca historia walki ze schorzeniem, które naprawdę może człowiekowi odebrać ogromną część radości z życia, a jednocześnie przez większość lekarzy jest zbywana wzruszeniem ramion albo „delikatną” sugestią, że „ktoś tu chyba jest histeryczką” →KLIK. Tutaj fragment:

Już się z powodu wulwodynii napłakałam. Czasem próbuję to zaakceptować. Ale nie w takim sensie, że „to już tak będzie” – taki moment w życiu też przeszłam. Wtedy brałam leki, chodziłam na leczenie psychologiczne, bo w Anglii jest to refundowane, a w Polsce nie. W końcu na wulwodynię się nie umiera. Po prostu nie ma się seksu, radości i dzieci […].

5. A na koniec przepis na obiad! →KLIK. I to nie byle jaki – jeśli uda Wam się kupić chorizo pokrojone w plastry, to jedynym wysiłkiem, który trzeba włożyć w przygotowanie tego dania, jest pokrojenie cebuli z czosnkiem i starcie sera. A pyszne jest nieprzytomnie. Zrobiliśmy sobie w sobotę na obiad, obżarliśmy się jak dzikie świnie (i jeszcze zostało!), a potem całą rodziną oglądaliśmy „Mustanga z dzikiej doliny” (po raz nie wiadomo który). I to było idealne, rodzinne popołudnie (tzn. nawet ja nie znalazłam powodów do narzekania). Proponuję tylko podwoić ilość gnocci.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Tytuł wpisu to tekst, który pamiętam z programów Nigelli Lawson (zazwyczaj, gdy to mówiła, to wrzucała do garnka kostkę masła albo oblewała ciasto polewą czekoladową). Jeśli ktoś zna prawdziwe pochodzenie (i brzmienie) tego powiedzenia, to dajcie znać.

  • Nat

    Dziękuję Ci za polecenie moich wpisów i morze miłych słów, które zalało moje serce miodem i posypało orzeszkami! Ostatnio sama czytałam Twoje posty o mądrym pomaganiu i byłam pod ogromnym wrażeniem – zwłaszcza dzięki wglądowi w działalność fundacji w Polsce i system, w którym muszą funkcjonować, za co też bardzo dziękuję. Uściski 🙂

    • MatkaSkaut

      Dzięki! Ależ te internety małe 😉 Nie ma co dziękować, to nie komplementy, to sama prawda 🙂