Znam kierunek

Na terapię po raz kolejny trafiłam, bo czułam, że jest mnie o wiele za mało. Że jestem malutkim kocykiem, który chce otulić całą rodzinę. Jeśli ktoś sobie podciągnie pod brodę, to ma nogi gołe. Jak ktoś chce się przykryć bardziej, to ktoś inny zostaje bez niczego. I, niestety, ja te potrzeby mojej rodziny odbierałam właśnie jako takie nieustanne szarpanie i rozciąganie mnie, poza granice moich możliwości. I moją reakcją na to była nieustanna wściekłość, złość, irytacja, żal i pretensje. Miałam poczucie, że CAŁY CZAS któraś z dziewczyn coś ode mnie chce, a ja JUŻ NIE MAM. Nie mam im co dać. Terapeutka, do której chodziłam, podsunęła mi taką metaforę, która wyjaśniała dobrze, to, co się ze mną działo i moje emocje z tym związane. Wyobraź sobie, że jesteś całe życie głodna. Nigdy nie najadasz się do syta. I trzymasz w ręce pół kromki chleba. I przybiegają okrąglutkie, najedzone dzieci i Ci te pół kromki próbują zabrać.

Być szczodrym i dawać innym można tylko wtedy, gdy samemu ma się wystarczająco dużo (nie bardzo dużo, nie trzeba być bogaczem. Tylko wystarczająco dla nas). A ja miałam poczucie, że już nic nie mam. Nie mam miłości, troski, zainteresowania i nie mogę im tego dać. Nie mogę, bo nie mam. A one ciągle przybiegają i żądają tego ode mnie. Z taką niezachwianą pewnością, że mam. Bo przecież jestem ich matką. Jestem od tego, by to mieć. Cierpliwości nie muszę mieć nieskończonej. Ale miłość – tak. A tymczasem ja się czułam jak pusty kubek, z którego ktoś przez słomkę próbuje wyciągnąć ostatnią kropelkę. I czułam się wściekła. W moich oczach moje córki były dwoma wampirami, które wysysały ze mnie wszystko. I nawet jednej kropelki siebie nie udaje mi się przed nimi uchronić. A, co w tym wszystkim jest naj, najgorsze – one w sumie mają do tego pełne prawo.

Wszystkie zdjęcia we wpisie pochodzą ze strony unspash.com.

Jest takie powiedzonko – z próżnego i Salomon nie naleje. Ja znam podobne, ale mniej finezyjne – z gówna bata nie ukręcisz. Ale ogólnie sens jest ten sam – jeśli sama nie mam (w sobie miłości), to i komuś nie dam. Po urodzeniu dziecka żadne magiczne źródło energii się w nas nie otwiera. Nadal musimy pracować na zasobach, które mamy.

Póki nie pojawiły się dzieci, to (po pierwszej terapii) w relacjach interpersonalnych radziłam sobie naprawdę dobrze. Utrzymywałam przyjaźnie i fajny związek. Czułam się dobrze z samą sobą. Ale relacje dorosłych są inne. Dajesz z siebie dużo, ale i dostajesz dużo (oczywiście, o ile to jest zdrowa relacja). Więc bilans pozostaje mniej więcej na zero. Ale noworodek, niemowlę, dziecko! To jest NIEUSTANNE dawanie z siebie WSZYSTKIEGO. I to bez jakichkolwiek widoków na zwrot. Ja wiem, że część z Was może się ze mną nie zgodzić, twierdzić, że dzieci też nam coś z siebie dają. Tak, ale nigdy nie jest to nawet w przybliżeniu tyle, ile wkłada w tę relację rodzic. I ja tego nie piszę z pretensją czy żalem. Nie oczekuję, by moje dzieci mi oddały tyle, ile wzięły. Ja po prostu zwracam uwagę, że tak to wygląda. W relacji rodzic-dziecko istnieje gigantyczna nierówność na korzyść dziecka. I tak ma być. Rodzic, który oczekuje równości, czy żąda zwrotu zaciągniętego (według niego) przez dziecko długu, powinien poważnie przemyśleć swoje postępowanie[1]. Systemowa teoria rodzin [2] tłumaczy, że ta nierówność rodzic-dziecko to jest tak zwany dług pokoleniowy. To znaczy, że dziecko zaciąga dług wobec rodziców, którzy się nim opiekują, ale nigdy nie będzie go spłacać rodzicom. Spłacać będzie swoim dzieciom. Niestety, są rodzice, którzy żądają spłaty tego długu. Albo starają się, by relacja z dzieckiem była jak najmniej nierówna. I potem, gdy to dorosłe dziecko idzie w świat i w końcu ma własne dzieci, to okazuje się, że nie ma w sobie zbyt wiele „kapitału”, którym mogłoby obdarować swoje dzieci.

Kilka miesięcy temu, co wieczór powtarzała się taka sama sytuacja. Czytałam Starszej bajkę na dobranoc. Gdy kończyłam, to ona prosiła, bym się z nią chwilę położyła. Robiłam to z głębokim westchnieniem niezadowolenia i myślą: „ile jeszcze???”. I wtedy ona kładła się twarzą do mnie i zaczynała mnie głaskać po policzku. I w tym głaskaniu i w Jej oczach był tak nieprawdopodobny ładunek wielkiej, czystej, dziecięcej miłości, że ja… nie mogłam tego znieść. I mówiłam, żeby w tej chwili przestała. Tłumaczyłam sobie, że to dlatego, że chcę, żeby ona w końcu zasnęła, bo jest późno. Ale to nie była prawda. Gdy się przyjrzałam tej sytuacji podczas terapii, to zrozumiałam, że ja nie mogłam tego znieść, bo uważam, że nie zasługuję na tę miłość. Na to czyste, dziecięce uwielbienie w Jej wielkich oczach. Że czuję się jak oszust. Że mam ochotę krzyczeć: „nie, dziecko! Daj to komuś, kto na to zasługuje!”. Bo ja nie zasługuję na pewno. Bo jestem beznadziejną matką, cały czas w trybie „ile jeszcze?”, wykonującą kolejne czynności z Wami tylko dlatego, że „trzeba to zrobić” i marzącą o chwili, gdy zaśniecie. Jestem beznadziejną matką, a Ty… Ty jesteś najwspanialszą małą dziewczynką. Dobrą i mądrą, i wrażliwą i zasługujesz na najlepszą matkę na świecie. A nie na takie matczyne ścierwo jak ja. Taki produkt matkopodobny – niby z daleka wszystko się zgadza, nawet luksusowo wygląda, ale jak podejdziesz bliżej, przyjrzysz się dokładniej, to widzisz, że to tylko słaba podróba. Lepiej dla Ciebie, moje Cudowne Dziecko, byłoby gdybym umarła. Wtedy mogłabyś w swojej głowie pielęgnować wspomnienie po mnie, w którym ja bym była fajną mamą. I mogłabyś sobie mówić, że miałaś matkę, na jaką zasługiwałaś – dobrą. A tak, widzisz mnie i zaraz będziesz wystarczająco duża i mądra, by dostrzec, jak fatalna jestem. I żadne moje odfajkowywanie kolejnych książeczek czy zabaw nic nie da.

To, co dała mi terapia, to taka refleksja, że byłam w błędzie. Bo owszem, w wielu momentach jestem niefajną matką i robię wobec nich beznadziejnie. Ale to, że mam tego świadomość, to, że staram się to zmienić i w końcu to, że uważam, że moje niedociągnięcia powodują, że nie zasługuję na tak wielki dar, jakim jest ich miłość, to wszystko świadczy o tym, że na pewno nie jestem aż tak bardzo złą matką. To jest dowód mojej „dobrości”. Złe, toksyczne matki biorą od swoich dzieci wszystko. Zainteresowanie, troskę, miłość, czas, wdzięczność. Bez oglądania się, z pełnym przekonaniem, że im się to należy, bo „sobie to dziecko urodziłam” (to jest w ogóle ciekawy zwrot „urodzić SOBIE dziecko”). I czasami nawet jeszcze pretensje mają, że za mało od dziecka dostają, a „ja dla Ciebie wszystko zrobiłam. Dziewięć miesięcy Cię pod sercem nosiłam. Zobacz na mój brzuch! A do swojej figury sprzed ciąży, to nigdy nie wróciłam. Wszystko dla Ciebie poświęciłam, z doktoratu zrezygnowałam, pięć lat w domu z Tobą siedziałam”. Myślę, że potraficie sobie wyobrazić dalszy ciąg tego monologu.

Czasem, by zobaczyć różnicę pomiędzy mną a złą matką, muszę wykonać ćwiczenie myślowe. Biorę daną sytuację, daną wypowiedź i zastanawiam się, czy ja bym tak wobec moich córek zrobiła. Czy wypominałabym im, że moje ciało nie wygląda jak za czasów studenckich? Mój brzuch, moje piersi, moje biodra – moje, a jakby nie-moje. Patrzę i tylko układ pieprzyków mnie upewnia, że to jednak jest moje ciało. Ważę 13 kilogramów więcej niż przed pierwszą ciążą. Ważę teraz więcej, niż w dzień PRZED urodzeniem Starszej. Ale myśl, że to ich wina, nie postała mi w głowie. Bo to była moja decyzja. Czy wypomniałabym moim córkom wszystkie pieniądze, które na nie wydajemy? Gdybyśmy postanowili nie mieć dzieci i odkładali na konto oszczędnościowe równowartość tego, co miesięcznie wydajemy na dzieci, to na starość by nas było stać, żeby sobie kupić jakąś małą wysepkę na Pacyfiku (wraz z jej mieszkańcami, żeby nam szklankę wody podawali). Czy uważam, że są mi coś winne? Czy uważam, że należy mi się ich dozgonna wdzięczność za te wszystkie złotówki? Nie, to ja jestem dorosła. To moja i Pawła decyzja, by wydawać na nie te pieniądze. Miło by mi było, gdyby to doceniły kiedyś, ale nie mam prawa tego od nich żądać. Ani mieć żalu, że nie dość mi tę wdzięczność okazują.

…to może jednak nie jestem taką złą matką?…

Kolejną bardzo ważną refleksją z terapii jest myśl, że tak strasznie się staram im dać (pomimo, że sama nie mam), a jednocześnie nie daję sobie prawa, by od Nich wziąć cokolwiek. By przyjąć to, co One i tak chcą mi dać. I że mogę, mam prawo przyjmować tę czystą, wielką miłość od Nich. Nie mam prawa jej żądać. Nie mam prawa jej wymuszać. Ale, gdy z dziecięcą szczodrością dają – mam prawo wziąć. I tą miłością uzupełniać to puste miejsce we mnie. Tworzyć we mnie ten „kapitał miłości”, z którego one też będą mogły korzystać.

Poprzednią terapię, tę sprzed pojawienia się dzieci, skończyłam z hasłem: „spokojnie, ja się dopiero uczę”. I, choć to było fajne hasło, to gdzieś z tyłu głowy miałam założenie, że ta „taryfa ulgowa” dla samej siebie kiedyś się skończy. Że może w tym momencie, to jeszcze nie mogę od siebie wymagać nie wiadomo czego, ale za jakiś czas będę doskonałością w relacjach interpersonalnych i chodzącym zdrowiem psychicznym. A teraz wiem, że to się nigdy nie wydarzy. Że już do końca życia będę popełniała błędy, a już szczególnie jako matka. Że jeszcze wiele, wiele razy będę beznadziejną matką – zbyt wymagającą, oschłą, szorstką, niepotrzebnie ironizującą, wiecznie poirytowaną czy nawet wybuchającą wściekłością matką-furiatką. ALE teraz wiem też, że umiem być inną matką – pełną troski, uważną, dającą wolność, ale i bezpieczeństwo, akceptującą, wspierającą, mądrą i potrafiącą tę mądrość przekazać. Wiem, że potrafię taka być, bo są momenty, gdy taka jestem. I to nie jest przypadek, ja POTRAFIĘ taka być.

Wiem, że potrafię taka być także stąd, że moje córki zachowują się jak dzieci, które mają zdrowych psychicznie, kochających rodziców. I, choć mnie się wydaje, że jestem dobra za rzadko, to to nie jest prawda. Jestem taka wystarczająco często, by moje córki wyrastały na wspaniałe osoby. I wystarczająco często, by one wiedziały, jak radzić sobie ze mną, gdy jestem okropna (a może, by w ogóle radzić sobie w życiu z ludźmi, którzy będą ich traktowali niefajnie?). Gdy jestem zła, to moje dzieci nie chowają się po kątach, pełne strachu. Gdy podniosę na Nie głos, to Starsza wprost mi mówi, że nie mam prawa tak się wobec niej zachowywać („mamo, możesz być zła, ale nie wolno Ci tak krzyczeć. Ale możesz się na mnie popatrzeć takim złym wzrokiem”). A Młodsza podbiega do mnie wymachując wskazującym palcem i krzycząc: „nu, nu, nu, mama!”. To wszystko świadczy o tym, że momenty, gdy jestem dobrą matką przeważają nad momentami, gdy jestem złą matką.

Umiem być dobrą matką. Zawsze, w najbeznadziejnieszych momentach, będę pamiętała, że taka byłam i będę pamiętała, że zawsze jeszcze mogę do tego wrócić. Wiem, jak ma wyglądać moja droga, jako matki, wiem jak jest cel. Jeszcze bardzo wiele razy się potknę, zboczę, przewrócę się. Pozostaje mi tylko z całego serca przepraszać moje córki za te błędy i iść dalej. Bo ZNAM KIERUNEK. Jedni mogą powiedzieć, że to niewiele. Ale ja uważam, że niczego więcej mi w życiu nie trzeba.

Pozdrawiam,

Magda (Matka Skaut).

P.s. Nie wiem, czy nigdy nie wrócę już na terapię. Nie żegnałam się z moją Terapeutką definitywnie. Jeszcze nie raz życie może mnie przerosnąć. I nie będę się wtedy wahała, by po raz kolejny skorzystać z pomocy.

(Edytowane) P.s.2. Gdy piszę tak osobiste wpisy, to nigdy nie proszę o lajki albo udostępnienie, bo wydaje mi się, że to będzie wyglądało, jakbym pisała to dla poklasku. A ja to piszę, bo wiem, że gdzieś są ludzie, którzy czują się tak jak ja kiedyś i wielką ulgę przyniesie im informacja, że nie są w tym sami i, co więcej, nie musi tak być i da się to zmienić. I uważam, że to ma wartość i dobrze by było, gdyby ten wpis miał szansę dotrzeć do jak największej liczby ludzi. Dlatego udostępnijcie ten wpis, polajkujcie fanpage, będę wiedziała, że moje pisanie ma znaczenie.

[1] Tak. Rodzenie i wychowywanie dziecka z myślą, że robi się to, by na starość mieć służących to postawa moralna, która budzi mój sprzeciw.

[2] Taki nurt w psychologii i psychoterapii. Dla mnie bardzo przekonujący. Więcej możecie sobie poczytać tutaj KLIK. A jeśli chcecie się dowiedzieć jeszcze więcej, to bardzo polecam książkę Jak żyć w rodzinie i przetrwać

  • mimi

    Dziękuję za ten wpis. Bardzo potrzebny, bardzo mi pomógł, tak, jak i wiele pozostałych. Dziękuję i proszę pisz dalej 🙂

  • Anna Maria

    Pani Magdo podziwiam, mną tez targają takie rozterki i również chodzę na terapię bo w moim życiu i głowie panuje mętlik. Moja starsza córka ma 5 lat , ale ona niestety na moje złości nie reaguje tak jak Pani córki , tylko płaczem i strachem slowami -Mamusiu nie złość się na mnie- ja zloszcze się rzadko częściej robi to mój mąż ale nie wiem co mam z tym zrobić , boje się ze wyrośnie z niej taka osoba jak ja czyli taka która kompletnie nie radzi sobie ze złością innych robi wszystko żeby nikt się na mnie nie złości i wiem ze to jest problem ale jak mam córkę uchronić przed tym?

    • Na pewno bardzo pomaga to, że chodzisz na terapię. Napiszę ze swojego doświadczenia, ale mam poczucie, że te zasady są dość uniwersalne i powinny podziałać też przy innych dzieciach.
      – dziewczyny wiedzą, że złość to tylko jedna z emocji. Każdy ją czasami czuje i każdy MA PRAWO ją czuć. Jedyne ograniczenie dotyczy sposobu okazywania – żadnej przemocy fizycznej ani wrzasków;
      – dorosłych te zasady dotyczą tak samo, jak dzieci;
      – jeśli ktoś w złości zrobi coś, czego nie powinien – uderzy, nakrzyczy, zniszczy coś, to późnej przeprasza;
      – dorośli też przepraszają dzieci!!!
      – dziecko musi wiedzieć, że wściekłość (napad złości?) rodzica NIGDY nie jest winą dziecka, tzn. możesz czuć złość na dziecko, ale tak naprawdę wściekłość ma dużo więcej wspólnego z tym, co dzieje się w Twojej głowie, niż z tym, co realnie robi Twoje dziecko;
      – złość to KRÓTKOTRWAŁA emocja. To, że się na kogoś złościsz nie znaczy, że przestajesz wtedy tę osobę kochać (to jest najtrudniejsze do zrozumienia dla dzieci, bo one funkcjonują w sposób totalny).

  • Nat

    Świetny wpis! Jak zwykle poruszasz temat, o którym się w rozmowach o rodzicielstwie nie mówi, a który stanowi jego istotę. Nie jestem matką i kiedy myślę o byciu nią to jest we mnie ogromną obawa przed tym, czy będę w stanie tak nieustannie dawać, być na każde zawołanie, kochać bezinteresownie i jeszcze czerpać z tego satysfakcję i radość. Nie czuję się na to gotowa, ale czy można czuć się gotową na coś, o czym nie ma się pojęcia, na całkowite nieznane?

    • Miałam jakiś czas temu przemyślenie, że nikt na świecie nigdy nie jest gotowy na pierwsze dziecko, bo to jest taka zmiana w życiu i w głowie, że nie da się tego z niczym porównać. I nikt, naprawdę nikt nie umie przewidzieć, jak zareaguje na urodzenie się dziecka.

  • Serce biło mi szybciej gdy czytałam ten wpis. Terapia to niezwykłe doświadczenie. Powodzenia w trzymaniu się kierunku!

  • Alicja

    Hmm, bardzo dobrze to wszystko ujęłaś w słowa (jak zawsze z resztą ;)) . Ja w takich chwilach, gdy dopada mnie myśl że jestem złą matką, mówię sobie, że te naprawdę złe matki nie miewają takich refleksji, nie zastanawiają się nad sobą, nie drążą, nie kwestionują i nie żałują swoich zachowań i wyborów… Jestem tylko człowiekiem, czasem nawalam, ale staram się wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Walczę o to, aby napełnić regularnie ten swój metaforyczny kubeczek empatii, żeby było z czego nalewać im. I cały czas mam nadzieję, że będą pamiętać te lepsze dni, których jest przecież więcej, że obraz krzyczącej sfrustrowanej matki nie będzie tym najbardziej utrwalonym w ich głowach.

    • Dokładnie! Złe matki nie mają refleksji, że robią coś źle. Ja mam nadzieję, że moje córki będą o mnie myśleć, że byłam spoko, tylko za dużo zrzędziłam i się czekałam

  • Marta

    Tak. Dokładnie tak jest jak piszesz. Co mnie najbardziej złości w samym fakcie istnienia moich dzieci – to, ze one ciągle czegoś ode mnie chcą, a ja NIE MAM. Ta metafora kocyka – genialna. Bardzo chciałabym poczuć więcej miłości a mniej złości i cieszę się, że tak to wprost nazwałaś – bardzo to do mnie przemówiło. Ja zazwyczaj wcale nie czuję, że dzieci mnie kochają – tylko że mnie potrzebują, a to jest zupełnie coś innego i budzi wręcz przerażenie – że jak to, tak ciągle i ciągle potrzebują!
    No i niestety, mam taką refleksję, że ten model oddawania dzieciom, co sie dostało od rodziców ma zasadniczą wadę – gdy się od rodziców dostało za mało, to nie ma skąd brac dla dzieci i z tym się zmagam bardzo.

    na szczęście teraz, po 2 tygodniach wakacji poczułam, że po pierwsze już trochę mam, a po drugie, pomaga plemię, gdy ktos inny cos im daje, a nie tylko ja.
    Zagadnieniem pozostaje, jak to przenieść na życie pozawakacyjne – tzn jak utrzymywać swoją dobrą i wypoczętą formę i jak nie być zamkniętą z nimi w domu. Tego jeszcze nie opracowałam;) Moja przyjaciółka sugerowała cofnięcie się do wczesnych lat 90 , gdy wszyscy znajomi byli bezrobotni i mieli masę czasu, oraz wyprowadzkę z Warszawy, gdzie jest wszędzie daleko;) Pracuję nad bardziej realistycznymi sposobami…

    • Tak! Plemię bardzo pomaga! Na tych wakacjach spędziłam pierwszy tydzień z innymi mamami i ich dziećmi pod namiotem i to było genialne doświadczenie. Teraz już wiem jak kiedyś kobiety mogły mieć i po 5 dzieci i więcej obowiązków i ogarniać.

      • Marta

        w ogóle takie okoliczności namiotowe tez pomagają – jak moje dzieci 2 tygodnie ganiały boso po błocie/igliwiu to też już nie zgłaszały tyle chceń, co w domu. najgorzej, ze nie umiem im tego w warszawie zapewnic, ale wierzę, że w końcu się nauczę to robić.

        • Dokładnie to samo przemyślenie mam – dzieci w lesie o wiele mniej absorbujące niż w mieście.

  • Anna Maria

    Świetnie dobrany tytuł, taki finalny wniosek podkreślający zakończenie 🙂

  • Domi

    Bardzo wartościowy wpis. Dziekuje:) Bardzo czesto łapie się na tym, że nie mam juz siły, a dzieci znowu czegoś chcą, że nie mam czasu dla siebie, że mam dość. Sęk w tym, że jak zasypiaja, to chcę mi się płakać, bo tego wszystkiego żałuję. Nagle szkoda mi tego czasu, który mogliśmy spędzić w super sposób, a ja to zepsulam jęcząc, fuczac i narzekajac. Co do długu pokoleniowego, to z biegiem czasu jestem coraz bardziej rozczeniowa w stosunku do moich rodziców. Dziwne, bo przecież moje dzieci rosną, jestem coraz bardziej na ich miejscu, powinnam bardziej rozumiec, a jest wprost przeciwnie :/

  • Bardzo ważny, wartościowy wpis. Poruszasz tu kwestie mi bliskie, szczególnie tą nad spłacaniem długu rodzicom. Jestem świeżą matką i od niedawna odczuwam dylemat związany z tym, że rodzice oczekują, że postawimy ich nad własnym dzieckiem. Dzwonią to masz rzucić wszystko i lecieć na każde zawołanie, nieważne, że masz maluszka, który ząbkuje. Łatwo się w tym wszystkim pogubić, dziękuję za dobry kierunek:)

    • Dzięki! Gdy Ci trudno z rodzicami i zastanawiasz się, czy zachowujesz się wobec nich w porządku czy nie, to polecam to ćwiczenie myślowe z wpisu – czy ją bym się tak zachowała wobec mojego dziecka? Czy ja bym wymagała tego samego? Człowiek jest przyzwyczajony do pewnych absurdów, jeśli tkwi w tym całe życie i dopiero inna perspektywa sprawia, że dostrzegamy dziwaczność danej sytuacji.