Zrób, jak Ci serce dyktuje… albo zupełnie nie

Robienie tak, „jak Ci serce matki podpowiada” jest mocno przereklamowane. No ale mówię to ja – matka bez instynktu macierzyńskiego. Z drugiej strony – jako psycholog wiem, że często nasze odruchowe reakcje bywają fatalnie błędne.

Strasznie mnie drażni apoteoza „naturalności”, jaka ma teraz miejsce w internecie. Takie opowiadanie, jak to kiedyś było dobrze, bo ludzie robili tak, jak czuli, a jak to teraz jest źle, bo ludzie „zatracili swoje naturalne instynkty”. No świetnie, gdybym ja podążała za swoimi „naturalnymi instynktami” po urodzeniu Pierworodnej, to bym ją zadusiła poduszką. Albo uciekła na Białoruś. Takie miałam „instynkty”. Dlatego też proszę, nie mylmy działań instynktownych z naszą pierwszą, nieprzemyślaną reakcją. Nie stawiajmy znaku równości między instynktem a poddawaniem się silnym emocjom i działaniem zgodnie z nimi. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Instynktowne jest wyciąganie rąk do przodu, gdy lecimy na twarz. Instynktowna jest chęć ucieczki przed fizycznym bólem. Działania instynktowne są związane z najbardziej podstawową wolą życia. Tymczasem nasza pierwsza reakcja na daną sytuację jest najczęściej wynikiem naszych wcześniejszych doświadczeń i emocji, które w danym momencie odczuwamy. I oczywiście, często reakcja oparta na tych przesłankach jest słuszna, ale nie musi tak być zawsze. Tak naprawdę psychologia społeczna pełna jest badań na temat tego, jak często popełniamy fatalne błędy, gdy działamy „odruchowo”. Przykłady? Gdy znajdujemy się w większej grupie osób, to „instynktownie” postanawiamy nie pomóc osobie, która jest w sytuacji zagrożenia życia (więcej na temat „efektu widza” znajdziesz tutaj →KLIK). Gdy działamy bez namysłu, to damy się namówić obcej osobie do zrobienia komuś poważnej fizycznej krzywdy (słynny eksperyment Milgrama →KLIK).

I dlatego nie jestem wielką fanką działania odruchowo i „podążania za swoimi impulsami”. Także w rodzicielstwie. Wiem, że brzmi to trochę, jakbym próbowała namawiać ludzi, żeby postępowali wbrew swoim uczuciom. I w pewnym stopniu tak jest. Ale pozwólcie mi się z tego wytłumaczyć.

Młodzi rodzice (a już w szczególności świeżo upieczone matki) spędzają sporą część swojego czasu odczuwając dyskomfort emocjonalny. Dlaczego? Ponieważ dyskomfort, napięcie emocjonalne czy zaniepokojenie pojawiają się zawsze, gdy robimy coś, co jest trudne, nowe lub wymagające dużego wysiłku intelektualnego. Pojawia się także, gdy wykraczamy poza swoją strefę komfortu – czyli poza swoje utarte schematy postępowania. Albo gdy postanawiamy skonfrontować się z sytuacją, która powoduje u nas lęk. Brzmi jak definicja rodzicielstwa, co? A jednocześnie nie ma na świecie ludzi, którzy lubią się czuć w ten sposób. W związku z tym naturalne jest dążenie do jak najszybszego zniwelowania odczuwanego napięcia i dyskomfortu. A co się pojawia, gdy się to uda? Myśl: „uff, już po wszystkim”, spuszczenie powietrza z balonika, ulga.

Dzisiaj wpis z „sercem” w tytule, więc będą zdjęcia z sercem 🙂 Photo by Gaelle Marcel on Unsplash

Czyli mamy następujący ciąg zdarzeń:

trudna sytuacja → napięcie emocjonalne →szybkie działanie przerywające sytuację →uczucie ulgi

A czego nie ma w tym ciągu? Czasu do namysłu, czy to, co mamy zamiar właśnie zrobić, jest sensowne. Nie ma czasu na pytanie: „jaki to będzie miało długofalowy skutek?”. Albo na jeszcze ważniejsze pytanie: „Dlaczego ta sytuacja wyzwala we mnie tyle lęku i niepokoju?”. I to są właśnie momenty, w których nie jestem fanką podążania za swoimi emocjami. Stwierdzenie: „jeśli poczułam ulgę, jak to zrobiłam, to znaczy, że zrobiłam dobrze” nie jest prawdziwe. A jeszcze nazywaniu tego „działaniem instynktowym” ergo „naturalnym”, ergo „oczywiście na pewno najlepszym możliwym” jest już w ogóle fatalną pomyłką. Ulga oznacza tylko, że udało nam się zmniejszyć poziom odczuwanego napięcia emocjonalnego. Ulga oznacza tylko, że poprawiliśmy swoją sytuację tu i teraz. Ulga nie oznacza, że to, co zrobiliśmy, będzie miało dla nas pozytywne skutki na dłuższą metę.

Uczucie ulgi może się pojawić w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy postanowisz się skonfrontować z sytuacją, którą oceniasz jako trudną lub zagrażającą i wyjdziesz z niej zwycięsko. Po drugie, gdy uda Ci się „wywinąć” z zagrażającej sytuacji. Na poziomie emocjonalnym każdy z nas bardzo łatwo potrafi odróżnić te dwie sytuacje. W pierwszym wypadku ulga jest długotrwała i najczęściej związana z pozytywnymi uczuciami – zadowoleniem z siebie, poczuciem, że stawiliśmy czoła jakiemuś swojemu lękowi. I takich odczuć każdemu życzę. Tymczasem ulga w sytuacji „wywinięcia się” jest krótkotrwała i często związana z późniejszym poczuciem niezadowolenia, porażki i dalszym napięciem (bo wiesz, że ta zagrażająca sytuacja się powtórzy).

I tu dochodzimy do sedna. Nie próbuję nikogo namówić do postępowania wbrew swoim emocjom. Raczej postuluję pewną ostrożność, gdy orientujesz się, że Twoje działania są podyktowane chęcią jak najszybszego pozbycia się niepokoju czy napięcia. Warto wtedy zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytanie: „jaki rodzaj ulgi właśnie czuję?”. A jeśli stwierdzisz, że to była ulga drugiego rodzaju, to do refleksji nad tym, co się właśnie wydarzyło.

Nie chciałabym, żeby ludzie działali wbrew swoim emocjom i odczuciom. Bo one są bardzo ważne, potrzebne i tak naprawdę to one czynią z nas istoty ludzkie, a nie humanoidalne roboty. Raczej chodzi o to, by zamiast skupiania się na jak najszybszym pozbyciu się dyskomfortu, spróbować potraktować te trudne, nieprzyjemne emocje jako sygnał, że należy się zatrzymać i przemyśleć, co się dzieje i co w związku z tym należy zrobić. Potraktujmy napięcie i zaniepokojenie jak kontrolkę w samochodzie. Prowadzisz auto i widzisz, że zaczyna migać jakaś kontrolka. Co robisz? Zaklejasz ją plastrem, żeby nie musieć na nią patrzeć? Ignorujesz ją? Wiem, wiele osób ignoruje. I szczerze wątpię, żeby dobrze na tym wyszli. Czy też próbujesz się dowiedzieć o co chodzi i co w związku z tym trzeba będzie naprawić w samochodzie? Trudne emocje są naszym „systemem wczesnego ostrzegania”, a im bardziej są nieprzyjemne, tym bardziej nie powinniśmy ich ignorować.

Photo by Melissa Askew on Unsplash

A jakie to wszystko ma przełożenie na rodzicielstwo? Myślę, że dyskomfort emocjonalny jest drugim najpoważniejszym powodem*, dla którego podejmujemy niekiedy fatalne decyzje wychowawcze. A powody napięcia mogą być różne. Na przykład:

– napięcie związane z tym, że nie jesteśmy w stanie wytrzymać ani chwili płaczu naszego dziecka („moje biedactwo, tak cierpi, taka krzywda mu się dzieje, muszę jakoś mu pomóc. Natychmiast!”);

– napięcie związane z różnymi irracjonalnymi lękami o dziecko („ na pewno zaraz upadnie i zrobi sobie krzywdę!” albo „czemu on jeszcze nie raczkuje/nie chodzi/nie umie bawić się w sortowanie zabawek? Na pewno ma jakieś zaburzenie”);

– napięcie, które wiąże się z poczuciem, że ktoś negatywnie ocenia nas jako rodziców albo nasze dziecko („o, matko! Co oni sobie teraz myślą? Rozwydrzony bachor i jego niewydolna wychowawczo matka”).

Każdy z nas ma swój „pstryczek-elektryczek” – myśl, która wyzwala w nas panikę. I w takich chwilach przestajemy myśleć racjonalnie. Zaczynamy działać zgodnie z hasłem „whatever works” i chcemy tylko jak najszybciej zakończyć tę sytuację, która powoduje w nas tyle napięcia. A gdy nam się to uda, to przez chwilę odczuwamy boską ulgę. I tak aż do następnego razu.

Przykład z mojego podwórka. Kiedy Młodsza przeszła z karmienia piersią na „normalne” jedzenie, to zaczęłam świrować, że „ona za mało je”. W związku z tym przy każdym posiłku zaczęłam ją naciskać, by zjadła więcej, szukać sztuczek, żeby tylko „jeszcze jedną łyżeczkę”. Oczywiście dziecko zareagowało na to w jedyny możliwy sposób – zaczęła jeść jeszcze mniej. No i miałam wybór – mogłam szukać kolejnych, jeszcze bardziej wysublimowanych sposobów by wepchnąć w nią więcej kalorii dla uśmierzenia moich macierzyńskich lęków („czemu ona nie chce jeść tego czy tamtego? Czemu ona tak mało je? Ona prawie nic nie zjadła!”). A mogłam też wycofać się i uznać, że dziecko nie da się zagłodzić i póki waga jest ok, to nie ma co robić dramatu. Wiele mnie kosztowało pójście tą drugą drogą (np. w ogóle wycofałam się z kuchni na czas posiłków, bo emanowałam napięciem, irytacją i chęcią wciśnięcia Młodej większej ilości jedzenia). Ale się udało i Drugorodna je i rośnie zupełnie normalnie.

Photo by Brigitte Tohm on Unsplash

I być może, jak teraz o tym piszę, to brzmi, jakby to była dla mnie łatwa sytuacja na zasadzie: „ok, głupio robię, zacznę robić mądrze”. Zupełnie nie tak to wyglądało. Robiłam bez sensu i jedynym celem moich działań było uspokoić samą siebie, przestać czuć to nieznośne napięcie i napierdalanie w głowie: „je za mało. Znowu tak mało zjadła. Czemu ona je tak mało?”. I dla mojego spokoju zmuszam dziecko do jedzenia więcej, niż potrzebowało i psułam jej relację z jedzeniem. Trochę trwało zanim się zorientowałam, że swoim zachowaniem tylko pogarszam sytuację. I że tak naprawdę rozkręcam tę całą imprezę tylko ze względu na moje potrzeby. A zmiana i przyznanie się do błędu były dla mnie strasznie trudne.

To doświadczenie i kilka podobnych sprawiły, że uważam, że rodzicielstwo często nie polega na tym, żeby działać zgodnie z pierwszą emocją i odruchem, który się pojawi w naszej głowie. Czasami rodzicielstwo polega na tym, by robić różne rzeczy POMIMO tego, co się czuje. By nie dać się ciągnąć w chaotyczne działania, które mają na celu tylko uśmierzenie naszych lęków i krótkotrwałe uczucie ulgi. Emocje mogą być naszym pomocnikiem, ale gdy bezrefleksyjne poddajemy się im, to możemy zrobić krzywdę zarówno sobie jak i naszym dzieciom. Myślę, że hasło z kartki, która przez kilka lat wisiała nad moim biurkiem dobrze oddaje to, o co mi chodzi: „moje emocje są moje, ale moje emocje nie są mną”. Jestem czymś więcej, niż moje emocje. One mogą być moim drogowskazem, pomocą, moim systemem wczesnego ostrzegania, ale nie będą doprowadzać do tego, że podejmuję szkodliwe decyzje tylko po to, by przestać je czuć. Moje emocje nie będą rządzić mną ani moją rodziną.

Czego i Tobie życzę.

No i jeszcze jak najwięcej momentów „ulgi pierwszego rodzaju”.

Matka Skaut

P.s. Strasznie się cieszę, że jest Was tu coraz więcej, że możemy porozmawiać, że czytam raz po raz w komentarzach: „ja też tak mam” albo „myślałam, że to tylko ja”. Nie jesteśmy same! Proszę, pomóż następnym rodzicom trafić tutaj, jeśli uznajesz, że to wartościowe miejsce – kliknij lubię to lub udostępnij. No i koniecznie napisz, co myślisz.

* Chcesz poczytać o pierwszym? → KLIK

Zdjęcia we wpisie zostały użyte za zgodą autorów. Zdjęcie tytułowe – Ileana Skakun on Unsplash

  • Marta

    Droga Matko Skaut:) chciałam od razu dać Ci pozytywny feedback – piszesz bardoz dobrze. Jasno, rzeczowo, płynnie, zrozumiale. prosto o nieprostych sprawach. masz bardzo analityczny umysł a jednoczesnie umiejętośc zgrabnej syntezy. Więc nie szukaj mitycznego „lepiej” bo jest bardoz dobrze. i pisz jak najwięcej, bo poruszasz bardoz wazne tematy, których próżno szukac na innych blogach. Z wielkim zainteresowaniem cię czytam i bardzo prosze o więcej.
    Jest to opinia fachowca od pisania:) ponieważ jestem naukowczynią, nauczycielką akademicką, pracuję wiec w słowach i myślach i potrafię odróżnić dobre od złego;)
    pozdrowienia

    • Matka Skaut

      Bardzo, bardzo Ci dziękuję. W pisanie wkładam ogromnie dużo wysiłku i to jest taka uzależniająca mieszanka frustracji i satysfakcji. Z jednej strony ogrom irytacji, gdy zmagam się z kolejnymi słowami i cały czas, gdy czytam, to czuję, że „coś tu zgrzyta”, że „to nie tak”. A z drugiej – to wszechogarniające zadowolenie, gdy wreszcie uda mi się znaleźć właściwe słowa, odpowiednią metaforę. Ja naprawdę lubię opowiadać historie. Niestety, mówienie pozwala na spore niechlujstwo, a język pisany nie jest już tak wybaczający. Także jeszcze raz dziękuję, czuję się zmotywowana do dalszych zmagań. Pozdrawiam!

  • Ha! Fajne i mądre. Dla mnie czasem rodziciestwo jest jak bycie na diecie. Musze hamowac swoje naturalne instynkty jedzenia ciastek czekoladowych (puszczania bajek, żeby mieć spokój, karmienia dziecka byle czym) i pomysleniem żeby dać czasem te kasze z jarmużem. Ale mam tez czasem myśli ze tak się nie da cały czas. Ze nie mogę ciągle być lepsza wersja mnie. Nie wytrzymam na diecie non stop. Wiec czasem naturalny instykt a czasem walka z nim ☺

    • Matka Skaut

      O! Bardzo elegancka metafora! Rzeczywiście, wiele wysiłku wymaga nie zrobienie tak, jak jest najłatwiej i myślenie o dalekosiężnych skutkach. I też często nie daję rady. Piszesz u siebie, że czytałaś „Wychowanie bez kar i nagród” i na tym się opierasz. Napisz coś więcej!

  • Edyta

    Ponieważ feedback jest, jak zaznaczono, bardzo tutaj ważny, chciałam dać znać, że — ani nie jestem matką, ani się do tej roli przygotowuję, ale i tak przeczytałam ten wpis trzy razy i uważam, że jest jedną z mądrzejszych rzeczy, jakie przeczytałam ostatnio w sieci, a szukam ich (i w ogóle czytam) niemało. Wystarczy pod słowa „matka, macierzyństwo, instynkt macierzyński” podstawić „człowiek, człowieczeństwo, instynkt do-ludziowy” i mamy food for thought na dooooooobrą chwilę.

    pozdrawiam serdecznie
    i ponieważ mam „Matkę Skauta” od dziś w feedly w folderze „na deser” — życzę jak najwięcej weny w pisaniu 🙂

    Edyta

    • Matka Skaut

      Dziękuję! Strasznie do dla mnie ważne, bo bardzo się zmagam z samym procesem pisania. Ten wpis na przykład powstawał z półtora miesiąca i raz to już nawet miałam plan to wszystko wyrzucić. Na razie działa to tak, że zakiełkuje mi w głowie jakaś myśl albo jest temat, który już od dawna międlę i siadam do komputera. I piszę, piszę, piszę. A potem przez ileś dni albo tygodni wracam do tego pliku i poprawiam, poprawiam, poprawiam. Zmagam się strasznie że słowami, ze zdaniami. Jakoś cały czas te teksty nie brzmią tak, jakbym chciała. Wydają mi się za mało płynne, za mało eleganckie, za mało logiczne. Mam wielkie plany pracowania nad swoim stylem pisarskim, bo mam tyle do powiedzenia, a tak ciężko mi idzie przelewanie tego do pliku tekstowego. Także każdy pozytywny feedback jest dla mnie motywacją.